– Podejdźmy bliżej – rzekł. – Choćby nas kto zobaczył, nic wielkiego, a jestem ciekawy, co się dzieje.
Maję również zaciekawiły te odgłosy, tak sprzeczne z ciszą, do której była tutaj przyzwyczajona. Podeszli bliżej i ujrzeli scenę jedyną w swoim rodzaju.
Za stołem książę, Cholawicki i profesor, obsługiwani przez Grzegorza, prowadzili towarzyską rozmowę, jak gdyby nic nigdy ich nie rozdzielało – i przerzucali się grzecznymi frazesami w obdrapanej, zniszczonej sali. Na pozór nie było w tym nic szczególnego – przeciwnie nawet, konwencjonalna poprawność rozmowy wydawała się wprost nadmierna i przesadzona.
A jednak wyczerpane, umęczone oblicza rozmawiających, czyniły z ich gładkich zdań, ich układnych manier jakąś niesamowitą i niebezpieczną igraszkę. Wydawało się, że z najwyższym wysiłkiem zagadują sprawy stokroć poważniejsze.
Co zaś najbardziej zdumiewało, to iż – przy całej poprawności konwersacji gesty ich były jakieś… nieskoordynowane, fantastyczne. Skoliński i Cholawicki co pewien czas robili dziwne ruchy – na przykład jeden z nich zaginał palec w dół, drugi sięgał po półmisek ruchem zbyt szerokim, nazbyt zaokrąglonym a nawet Grzegorz nalewał wodę do kielichów w specjalny sposób.
– Co to wszystko znaczy? – szepnął Hińcz.
Maja ukazała się na moment Skolińskiemu, przykładając palec do ust. Zrozumiał i wkrótce zjawił się przy nich.
– Niech pan pójdzie z nami do Połyki, profesorze – szeptała Maja. Musimy z panem pomówić. Nie chcę, żeby Henryk o tym wiedział.
– Dobrze. Ja też pragnę z panią pomówić.
Na drodze do Połyki zapytał Hińcza, usłyszawszy jego nazwisko:
– Czy to pan jest tym sławnym jasnowidzem? Kto pana skierował tutaj?
– Zaraz, zaraz, panie profesorze! Niech mi pan powie przede wszystkim, czy na zamku dzieje się coś anormalnego?
– Skąd pan wie?
– Mam powód do takiego przypuszczenia.
– Nareszcie, panie święty, będe mógł z kimś to obgadać! – zawołał uszczęśliwiony profesor. W samą porę państwo przybywacie. Już dłużej nie byłbym w stanie wytrzymać!
I opowiedział im wszystko, co przeżył dotąd w tym okropnym miejscu. Kuchnia. Ręcznik. Książę. Cholawicki. Ziółkowska. Znak. Wszystko to przewijało się przed Hińczem i Mają, jak opowieść z tysiąca i jednej nocy.
– A więc nie omyliłem się – szeptał Hińcz, do głębi poruszony. Tu działają jakieś obce elementy.
– Jakie?
– Profesorze – rzekł Hińcz – niech pan uważa na siebie. Widzieliśmy was przy kolacji. Dlaczego wasze ruchy są takie – dziwaczne?
Uczony zawstydził się.
– Ja ciągle próbuje odkryć ten znak. Staram się wyzyskać każdą sposobność, aby wybadać księcia pod tym względem. Przyzwyczaiłem się do tego, że każdy ruch „wykańczam” trochę inaczej, niż normalnie.
– To bardzo niebezpieczne.
Profesor nie łudził się. – wiedział, że i on stopniowo ulega jakiemuś rozprzężeniu w tych strasznych warunkach. Według niego sytuacja przedstawiała się nad wyraz groźnie.
Doszli już do dworu i Maja przeprowadziła ich bocznym wejściem na górę do swego pokoju.
– Miałem nadzieje, że odkryję znak i zdołam wybawić księcia ze stanu, który go zabija moralnie i fizycznie. Niestety jak dotąd nie posunąłem się ani na jotę w mych poszukiwaniach. Jestem przeraźliwie znużony tym wszystkim, ledwie się trzymam… Moja odporność zmniejsza się z każdym dniem. Obawiam się, że z Cholawickim jest jeszcze gorzej. Ten człowiek zdradza objawy wyraźnego obłąkania.
– Czyżby aż źle tak z nim było?
– Bo ja wiem! Ja już nic nie wiem! A może to nie nasza odporność się zmniejsza, tylko zwiększa się ciśnienie tych tajemnych sil… Nie można się dziwić, że człowiek przestaje wreszcie rozumieć, traci pewność swych władz umysłowych. To są zjawiska przekraczające mój rozum. Niezmiernie się cieszę, że pan przy – bywa z pomocą. Pan zna te sferę zjawisk lepiej ode mnie. Czy to wszystko można wytłumaczyć w sposób naturalny?
Hińcz z kolei opowiedział Skolińskiemu historie Leszczuka.
– To by znaczyło, że ta siła zaraża – że ona rzuca się na ludzi – szepnął profesor.
– Mogę się mylić – rzekł Hińcz – ale moim zdaniem sens moralny i duchowy tych zadziwiających objawów nie ulega wątpliwości. Sądzę, że najmniej zagadkowym faktem jest ów ruch ręcznika. Każdy kto brał udział w seansach spirytystycznych wie o tym, iż jakieś niezbadane siły unoszą do góry przedmioty, ciskają sprzęty, a nawet uderzają zebranych. Zjawiska te niekoniecznie muszą mieć charakter nadprzyrodzony. Zapewne działają tu nie zbadane jeszcze siły naszej psychofizycznej konstytucji.
Wyobraźmy sobie, że ten nieszczęsny Franio w przystępie fenomenalnego natężenia swych sił żywotnych musiał udzielić temu ręcznikowi cząstki swojej energii. Czy pan nie zauważył, że ten ruch jest pokrewny ruchowi medium?
Tak więc ta część zagadnienia dałaby się Jeśli nie – wytłumaczyć, to przynajmniej odnieść do przykładów już znanych, do eksperymentów dokonywanych na seansach.
– Sądzę – mówił dalej – że jesteśmy tu w obliczu wypadku niesłychanego przez swoje natężenie. Franio musiał dojść do jakiegoś maksimum napięcia, o jakim normalny człowiek nie ma wyobrażenia, i rozpętał siły, które teraz działają – w zasięgu trudnym do ustalenia. Część tego fluidu musiała przeniknąć ołówek i przenieść się na Leszczuka. Jest tu jeden szczegół niezmiernie ciekawy – mianowicie, iż wszystkie te objawy pozostają w jakimś związku z ustami. Leszczukowi zsiniały parokrotnie usta. Wiemy, iż miał zwyczaj gryźć ołówek. Ale jak się okazało ołówek już przedtem był pogryziony. Nie dałbym trzech groszy, czy nie pogryzł go Franio – na tym ołówku ślady zębów Leszczuka mieszają się ze śladami zębów Frania.
– Usta – rzekł profesor. – Ja także doznałem kilkakrotnie jakichś przypadłości z ustami. Zauważyłem parę razy, że usta pulsują mi, czy też falują – ale potem mi to przeszło.
– Widocznie ta siła atakuje najłatwiej usta – rzekł zamyślony Hińcz.
– A przecież na tych świstkach pozostawionych przez Rudziańskiego również była mowa o ustach.
– Pan jednak twierdzi, że to nie wyczerpuje zagadnienia – zwróciła się Maja do Hińcza.
– O to chodzi, że nie. Ta siła która nas osacza nie jest bynajmniej neutralna pod względem duchowym. Ma ona wyraźnie znak ujemny. Jest to siła zła. Powtarzam to, co już pani powiedziałem – odczuwam ją jako wybitnie złą i polegam na tym odczuciu. Bardzo być może, iż przerzuca się ona mechanicznie za pośrednictwem „zarażonych” przedmiotów – ale mam przeświadczenie, iż daje się za szczepić tylko człowiekowi, który duchowo jest jej podatny. Dlaczego profesorowi, choć przebywał tak długo w pobliżu komnaty, nie wyrządziła dotąd większej szkody? Ponieważ profesor opierał się jej duchem. A dlaczego Leszczuk się „zaraził”? Ponieważ splot fatalnych okoliczności kazał mu zwątpić w siebie i osłabił go.
– Tak – z rozpaczą powiedziała Maja.
– Niech pani się nie poddaje! Będziemy walczyli.
– Cóż więc pozostaje do zrobienia?
Hińcz skupił się.
– Bardzo wiele. Musimy dążyć do wyjaśnienia tych spraw. Przede wszystkim trzeba bodzie wybadać Leszczuka – jestem za tym, aby nie ukrywać przed nią jego stanu. Gdy uświadomimy mu jego położenie, odzyska może zdolność oporu. Trzeba dowiedzieć się od niego co zaszło z Maliniakiem? Wyperswadować mu myśl o samobójstwie. I w ogóle niech nam opowie coś o swoich stanach psychicznych!
– To nie będzie łatwe – rzekł profesor.
– Zobaczymy. Ale to nie wszystko – mówił Hińcz, marszcząc czoło. – Zastanawia mnie ten chłop. Dlaczego Leszczuk do niego specjalnie się garnął? A dalej – dlaczego ja wtenczas trzymając ołówek, widziałem dwie osoby? Leszczuka, który szedł szosą i jakiegoś drugiego, który pisał na ścianie. Czyżby to był ten Franio?
Profesor wyjął z kieszeni starą, pożółkłą fotografię.
– Czy nie był on przypadkiem podobny do tej fotografii?
– Czy to jest Franio?
– Tak.
Przyglądali się z ciekawością.
– Tak, to on jest tym, który pisał na ścianie – rzekł Hińcz. To on.
– Czy panu się nie zdaje, że on jest podobny do Leszczuka? – zapytał profesor.
– Co pan mówi? – rzekł zdumiony. – Rzeczywiście! Ale nie! To nie jest żadne podobieństwo. Niech pan spojrzy – przecież rysy ma inne. Zachodzi tu mniej więcej to samo zjawisko, co z panią – wskazał na Maję. – Oni nie są do siebie podobni, ale robią takie wrażenie, ponieważ łączy ich pokrewieństwo natur. Podobieństwo jest tylko w wyrazie oczu, w rysunku ust, w charakterze. Was troje łączy ta sama namiętność, żywotność, ta sama pasja życia – niech pan spojrzy, profesorze.