Hińcz zasłonił kawałkiem papieru oczy Frania. Momentalnie znikło podobieństwo.
Lecz Maja zadrżała, uprzytomniwszy sobie, że on wyraził się „was troje” – jak gdyby stanowili jedną rodzinę.
Tymczasem Hińcz trwał z pionową zmarszczką na czole, zamyślony.
– Proszę państwa! – rzekł. – Nie ma się co łudzić. Sytuacja w jakiej znaleźliśmy się jest niezwykle trudna i będzie wymagała całego naszego wysiłku. Trzeba wziąć się mocno w garść. Żadnej mistyki, żadnych fatalizmów. A tymczasem – chodźmy na kolację.
– Na kolację? – zdziwiła się Maja.
– No pewnie. Przecież trzeba jeść! A po wtóre nie możemy przecież ukrywać się dłużej przed pensjonatem. Niech mi pani wierzy, że im naturalniej będziemy się zachowywali, tym lepiej.
Weszli do jadalni. Doktorowa, Wyciskówna oraz radca Szymczyk, jako osoby wtajemniczone w burzliwą przeszłość i jeszcze burzliwszą „kryminalną” teraźniejszość Maji, chłonęli ślady wyczerpania na jej twarzy, podczas gdy świeżo przybyła para młodych małżonków z dzieckiem w błogiej nieświadomości oddawała się nadal bez zastrzeżeń jedzeniu.
Maja starała się wymawiać nazwisko Hińcza jak najniewyraźniej i od razu oświadczyła jak najnaturalniej:
– Przyjechał z nami pan Leszczuk, ale chłopi go pobili w Koprzywiu i będzie musiał jakiś czas się kurować.
– Aaa – rzekła panna Wyciskówna.
Maja patrzyła ze wzruszeniem na tę starą, dobrze znaną salę jadalną, oświetloną dwoma lampami naftowymi. Zdawało się jej, że od wieków tutaj nie była.
– A profesor kochany na zamku siedzi i ani zajrzy do nas! – zaśpiewała serdecznie tłusta doktorowa.
– A tak, zaprzyjaźniłem się z księciem – rzekł Skoliński – i studiuję tamtejsze archiwum.
Lecz Wyciskównie wszystkie te wyjaśnienia nie wystarczały. Ze Maja wyglądała fatalnie, to było zrozumiałe. Ale profesor? I ten nowy jegomość przypominał jej kogoś – czyżby to…
– To chyba Hińcz – szepnęła jej doktorowa. – Wie pani, ten wróż! Widziałam jego fotki w tygodnikach!
Hińcz! Pannie Wyciskównie wydało się, że ujrzała króla angielskiego! Mimo to odrzekła kwaśno.
– Być może, iż to ten wróżbita. Ja się nie interesuję.
Zapanowało milczenie przy stole, jedno z tych kłopotliwych milczeń, które w miarę trwania stają się niepokojące. Być może obecność takiej osobliwości jak Hińcz „medialnej” i „spirytystycznej” wpłynęła na to, że obie panie poczuły się nieswojo. I – zaczęły mówić o duchach. Daremnie Hińcz usiłował je powstrzymać. Doktorowa opowiedziała jakąś okropną historię, a Wyciskówna nie pozostała jej dłużna. Nie było sposobu zamknąć im ust! Delektowały się tym po prostu!
Po kolacji Hińcz poszedł do ogrodu i spacerując po krętych ścieżynach starego parku usiłował widzieć jak najjaśniej te sprawy ciemne i zawikłane.
Nigdy dotąd nie miał poczucia takiej bezsilności. I cóż z tego, że natura obdarzyła go władzą częściowego i jakże przypadkowego „jasnowidzenia”, jeżeli to jasnowidztwo niczego nie wyjaśniało, przeciwnie – wtrącało człowieka w stan jeszcze większej niepewności, każąc mu obcować z tajemniczymi i niezbadanymi potęgami.
Hińcz nieustannie ocierał się o ten świat metafizyczny, którego natury nie umiał przeniknąć.
Coraz bardziej przeto skłaniał się do wiary. Coraz wyraźniej ukazywała mu się pośród okropnych niejasności świata ta prosta i pewna prawda, że jedyną ostoją człowieka, jedyną jego bronią i prawem są wartości charakteru, a jedynym drogowskazem – moralność. Miał pewność, że jeśli Maja i Leszczuk uzyskają w sobie to dobre samopoczucie moralne – wyjdą zwycięsko z wszelkich trudności.
Dlatego cieszył się, że w profesorze znalazł sprzymierzeńca, obdarzonego wartościami duszy. Natomiast głupota i płytkość obu damulek pensjonatowych – urzędniczki i doktorowej – napełniały go najgorszymi przeczuciami. No, te, gdyby dowiedziały się o wszystkim, dopiero zaczęłyby siać popłoch i panikę. Strach odebrałby im resztki godności i rozumu.
Hińcz wziął do raki ponury ołówek i przyjrzał się w świetle księżyca śladom zębów. Któż jeszcze go gryzł? Czyje zęby – i w jakim szale? Natężył się, skupił i wyprostowany, z wyciągniętą ręką, usiłował dojrzeć coś – uchylić jeszcze raz rąbka zasłony.
Na próżno! Czy może zasięg tych sił, tutaj, w pobliżu zamku był już zbyt wielki? Czy też brakło mu bezinteresownego spokoju i równowagi ducha – daremnie się wysilał, nie zdołał nic zobaczyć. Mimo, iż przygniatające wrażenie zła – czegoś złego w tym ołówku – znowu przeniknęło go całego.
Powoli wracał do domu. Lecz w stołowym pokoju zastał doktorową, urzędniczkę, oraz to młode małżeństwo niedawno przybyłe – skupione przy małym stoliku w rogu. Hińcz był teraz tak wyczulony na wszelkie anomalie, iż momentalnie uderzyło go, że osoby te siedzą za blisko stolika, zbyt ciasno.
Na jego widok urzędniczka wydała pisk małego dziecka, przyłapanego na gorącym uczynku, a reszta towarzystwa również wydawała się jednocześnie zażenowana i rozgorączkowana.
Cóż ci znowu wyrabiali? Chciał przejść obok nich, ale na stoliku spostrzegł duży arkusz papieru z wypisanymi na nim literami a na papierze – talerzyk obrócony dnem do góry.
– Państwo urządzają seans? – zapytał.
Towarzystwo zachichotało.
– Mamy zamiar! – pisnął młody małżonek.
– Ta pani jest podobno medium – zawołała młoda małżonka, wskazując na pannę Wyciskównę.
– My wszyscy niezmiernie interesujemy się sprawami medialnymi i spirytystycznymi – mówiła rozlewnie doktorowa, spoglądając na Hińcza urzekająco.
– Czy pan nie zechciałby wziąć udziału w seansie?
Aha. To była zasadzka. Ci państwo odkryli jego incognito – w ten niezdarny sposób zamierzali wciągnąć go do niepoważnej zabawy, obiecując sobie pierwszorzędne emocje. Hińcz zapragnął wychłostać to głupkowate stadko, nieświadome tego, że igra z ogniem.
A jednocześnie przyszło mu do głowy, że można by urządzić seans – ale z Leszczukiem.
Tak! To była idea! Tą drogą, niezbyt jasną można by zyskać nowe światło. Ten eksperyment mógł się udać. Tylko – czy nie było w tym zbyt wielkiego ryzyka?
Hińcz zamyślił się tak bardzo, iż przestał słyszeć rozkapryszone głosy przygodnych spirytystów i spirytystek. Wtem rozległ się tętent konia – i wszedł wysoki mężczyzna w stroju do konnej jazdy.
Cholawicki!
– Podobno przyjechała panna Maja – rzekł, przywitawszy się niemiłym, pozbawionym wyrazu głosem, nie patrząc na nikogo.
– Owszem – przyjechała – pośpieszyły z informacjami paniusie, zachwycone nową sensacją.
– Czy jest na górze?
– Właśnie, na górze jest!
– Przyjechał także pan Leszczuk – dodała Wyciskówna, jakby nigdy nic. Cholawicki skierował się w stronę schodów, ale Hińcz powstrzymał go.
– Ja właśnie idę na górą i zawiadomię pannę Maje, że ma gościa.
Chciał ją uprzedzić, a zarazem nie dopuścić Cholawickiego na górę. Ten jednak nie zwrócił wcale uwagi na jego słowa. Ciężko wstępował po schodach.
I wyszedłszy na korytarz ujrzał Maję, która stała pod drzwiami jednego z pokojów. Obok niej stał Skoliński. Sekretarz zatrzymał się, jak urzeczony.
Od chwili, kiedy pożegnał się z nią w Warszawie, cierpienia jego jeszcze się wzmogły. Świadomość, że jest stracona, że Leszczuk owładnął nią całkowicie, nie dawała mu żyć. Kiedy doniesiono mu o przybyciu panny Ochołowskiej, zaraz wyruszył do Połyki, jak przypiekany rozpalonym żelazem. Nie wiedział, że z Mają przybył Leszczuk – dopiero urzędniczka powiadomiła go o tym.
Cholawicki był już na skraju ostatecznego upadku. Maja była dlań wspomnieniem tych dni, kiedy jeszcze – bądź co bądź – zaliczał się do świata normalnego. To jeszcze zwiększało jego przeraźliwą zazdrość.
– Maja – rzekł bezdźwięcznie.
Prędko odsunęła się od drzwi.
– Kogo widzę! – rzekła z wymuszonym uśmiechem, usiłując się opanować.
Ale jego zastanowiło, że ona najwidoczniej pilnuje przed nim tych drzwi.
– Kto jest w tamtym pokoju? – zapytał.
– Chodźmy na dół!
Spojrzał na nią bystro i zamiast odpowiedzi nacisnął klamkę. Zazdrość go ponosiła.
Maja usiłowała mu przeszkodzić, ale wdarł się do pokoju. Hińcz wpadł za nim, wściekły na tę nieoczekiwaną dywersję, która w najwyższym stopniu mogła zaszkodzić choremu. Osłupiał. Łóżko Leszczuka było puste! Nie było go!