– To znaczy? – spytał zdezorientowany Francis.
– Z badań nad wielokrotnymi mordercami wynika – wyjaśniła cicho Lucy – że jedną z ich charakterystycznych cech jest potrzeba zabrania czegoś ofierze, żeby później przeżywać to doświadczenie na nowo.
– Zabrania czegoś?
– Kosmyka włosów. Kawałka ubrania. Części ciała.
Francis zadrżał. Poczuł się nagle młody, młodszy niż kiedykolwiek, i zdziwił się, jak to możliwe, że tak niewiele wie o świecie, a Peter i Lucy, starsi od niego o osiem, najwyżej dziesięć lat, wiedzą tak dużo.
– Ale wspomniałeś, że mimo wszystko sporo się z tych dokumentów dowiedziałeś – powiedział. – Czego?
Peter spojrzał na Lucy i przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Francis przyjrzał się uważnie młodej prokurator i pomyślał, że swoim pytaniem zatarł jakiś podział. Wiedział, że są chwile, kiedy zebrane i wypowiedziane słowa nagle tworzą mosty i powiązania, i podejrzewał, że to właśnie jedna z takich chwil.
– Wszystko to mówi nam, Francis – zwrócił się Peter do chłopaka, ale nie odrywał wzroku od młodej kobiety – że anioł Chudego wie, jak popełniać zbrodnie, żeby stworzyć olbrzymie problemy ludziom, którzy chcieliby go powstrzymać. Oznacza to, że jest inteligentny. I nieźle wykształcony, a przynajmniej biegły w sprawach zabijania. Kiedy się nad tym zastanowić, są dwa sposoby rozwiązywania zagadki morderstwa, Mewa. Pierwszy, najlepszy i prowadzący do jedynego słusznego wniosku to duża liczba dowodów i śladów zebranych na miejscu zbrodni. Odciski palców, nitki z ubrania, krew i narzędzie zbrodni, może nawet zeznania naocznych świadków. Potem to wszystko się zestawia z wyraźnymi motywami, na przykład chęcią zdobycia pieniędzy z polisy, napadem albo kłótnią poróżnionej pary.
– A drugi sposób? – spytał Francis.
– To znalezienie podejrzanego, a potem odkrycie tego, co go łączy z wydarzeniami.
– Czyli na odwrót.
– Zgadza się – powiedziała Lucy.
– Czy to trudniejszy sposób? Peter westchnął.
– Trudny? Tak. Niemożliwy? Nie.
– To dobrze. – Francis spojrzał na Lucy. – Zmartwiłbym się, gdyby nasz cel okazał się niemożliwy do osiągnięcia.
Peter wybuchnął śmiechem.
– Tak naprawdę, Mewa, musimy tylko znaleźć sposób, jak odkryć kim jest anioł. Spiszemy listę podejrzanych, potem będziemy ją zawężać, aż zdobędziemy mniejszą lub większą pewność, kto to jest. A przynajmniej dojdziemy do kilku nazwisk potencjalnych morderców. Następnie przyłożymy do każdego z nich to, co wiemy o zbrodni. Na pewno jeden będzie się spośród nich wyróżniał. Wszystkie elementy wskoczą na miejsce, nie wiemy tylko, jak i kiedy to nastąpi. Ale w tym stosie papierów, raportów i dowodów jest coś, co zapędzi go w pułapkę.
Francis wziął głęboki oddech.
– O jaki konkretnie sposób ci chodzi? – spytał.
Peter wyszczerzył się w uśmiechu.
– Widzisz, mój młody przyjacielu, to właśnie cała zagadka. To musimy ustalić. Jest tu gdzieś ktoś, kto nie jest tym, za kogo wszyscy go biorą. Czai się w nim szaleństwo zupełnie innego rodzaju, Mewa. A on cholernie dobrze je ukrywa. Musimy tylko odkryć, kto udaje.
Francis popatrzył na Lucy, która kiwała głową.
– To, oczywiście, o wiele łatwiej powiedzieć, niż zrobić – dodała powoli.
Rozdział 12
Czasami linia demarkacyjna między snem i jawą zaciera się. Ciężko mi je od siebie odróżnić. Podejrzewam, że dlatego właśnie muszę brać tyle leków, jakby rzeczywistość można było wzmocnić chemicznie. Wchłaniasz ileś tam miligramów tej czy tamtej pigułki i świat z powrotem staje się wyraźny. To smutna prawda; lekarstwa najczęściej robią to, co powinny. I tak sobie myślę, że generalnie to dobrze. Wszystko zależy od tego, na ile człowiek ceni sobie wyrazistość rzeczywistości. W chwili obecnej nie ceniłem jej w ogóle.
Nie wiem, ile godzin spałem na podłodze w pokoju. Zabrałem z łóżka poduszkę i koc, a potem położyłem się obok moich słów, nie chcąc ich opuszczać, prawie tak jak rodzic boi się zostawić na noc chore dziecko. Podłoga była twarda jak deska i kiedy się obudziłem, stawy protestowały bólem przeciwko takiemu traktowaniu. Przez okna do mieszkania wpadało światło świtu, jak herold obwieszczający trąbką nowinę. Wstałem do pracy, może niezupełnie odświeżony, ale przynajmniej trochę mniej śpiący.
Przez chwilę rozglądałem się dookoła, upewniając się, że jestem sam.
Anioł był gdzieś niedaleko, wiedziałem o tym. Nie uciekł. To nie było w jego stylu. Nie schował się też znów za moimi plecami. Wszystkie zmysły miałem wyostrzone mimo kilkugodzinnego snu. Znajdował się blisko. Obserwował. Czekał. Gdzieś niedaleko. Ale pokój był pusty, przynajmniej na razie, i poczułem ulgę. Jedyne echa, jakie słyszałem, to swoje własne.
Próbowałem przekonać samego siebie, że powinienem zachować bardzo dużą ostrożność. W Szpitalu Western State występowaliśmy przeciwko niemu we troje. A i tak szanse nie były wyrównane. Teraz, samotny w moim mieszkaniu, bałem się, że nie dam rady znów stawić mu czoła.
Odwróciłem się do ściany. Przypomniałem sobie, jak zadałem Peterowi pytanie, i jego odpowiedź, udzieloną pogodnym tonem. „Praca detektywa polega na spokojnym, uważnym badaniu faktów. Twórcze myślenie zawsze jest mile widziane, ale tylko w granicach wyznaczonych przez znane detale”.
Roześmiałem się na głos. Tym razem nie udało mi się powstrzymać ironii.
– Ale nie to zadziałało, prawda? – spytałem.
Może w prawdziwym świecie, zwłaszcza dzisiaj, z testami DNA, mikroskopami elektronowymi i technikami analizy sądowej wspartymi nauką, technologią i nowoczesnymi możliwościami, odnalezienie anioła nie byłoby takie trudne. Pewnie okazałoby się nawet łatwe. Włóż odpowiednie substancje do probówki, dodaj trochę tego i trochę tamtego, przepuść całość przez gazowy chronometr, użyj technologii kosmicznej, idź po komputerowy wydruk i gotowe. Ale wtedy, w Szpitalu Western State, nie mieliśmy tych wszystkich rzeczy. Ani jednej.
Mieliśmy tylko siebie.
W samym budynku Amherst przebywało prawie trzystu pacjentów mężczyzn. W innych budynkach liczba ta była dwa razy większa, a całość męskiej populacji szpitala osiągała niemal dwa tysiące sto osób. Kobiet było mniej, sto dwadzieścia pięć w Amherst, trochę ponad dziewięćset w całym szpitalu. Pielęgniarki, stażystki, pielęgniarze, ochrona, psychologowie i psychiatrzy zwiększali liczbę przebywających w szpitalu do przeszło trzech tysięcy. Nie był to najludniejszy świat, pomyślał Francis, ale mimo wszystko spory.
Po przyjeździe Lucy Jones Francis nabrał zwyczaju przyglądania się spacerującym korytarzami mężczyznom z nowym rodzajem zainteresowania. Nie dawała mu spokoju myśl, że jeden z nich jest mordercą; zaczął się gwałtownie odwracać za każdym razem, kiedy ktoś zbliżył się do niego z tyłu.
Wiedział, że to bez sensu. Zdawał sobie też sprawę, że boi się nie tego, czego powinien. Ale ciężko było mu się pozbyć poczucia nieustannego zagrożenia.
Dużo czasu spędził, próbując nawiązać ze współmieszkańcami kontakt wzrokowy, choć wszelkie okoliczności zdecydowanie temu nie sprzyjały. Zewsząd otaczały go najróżniejsze przypadki chorób umysłowych, o różnych stopniach nasilenia, i nie miał pojęcia, jak zmienić swój sposób postrzegania tych chorób, by wypatrzyć tę jedną, zupełnie inną od pozostałych. Harmider, który robiły jego głosy, powiększał tylko rosnące podenerwowanie. Czuł się trochę tak, jakby strzelały w nim elektryczne impulsy, odbijały się chaotycznie, usiłując znaleźć sobie spokojne miejsce. Choć usilnie próbował, nie udawało mu się odpocząć i był coraz bardziej zmęczony.