– Dalej nie rozumiem, panie Moses.
Olbrzym pokręcił głową.
– Powiem tak: Evans ma brata. I być może to, co zrobił Peter, ma coś wspólnego z tym bratem. Dlatego, kiedy Peter tu trafił, Evans załatwił wszystko tak, żeby to on odpowiadał za jego ocenę. Dopilnował, żeby Peter wiedział, że cokolwiek by chciał, on, Evans, postara się, żeby tego nie dostał.
– Ale to niesprawiedliwe – zaprotestował Francis.
– Nie mówiłem, że coś tu jest sprawiedliwe, Mewa. W ogóle nie wspominałem o sprawiedliwości. Powiedziałem tylko, że być może ma to jakiś związek z tymi paskudnymi kłopotami, które nas czekają, prawda?
Duży Czarny wsadził dłoń do kieszeni. Kiedy to zrobił, zadzwonił pęk kluczy przy jego pasku.
– Panie Moses, te klucze… Są do wszystkich drzwi?
Moses kiwnął głową.
– Tak. Do Amherst. Do innych dormitoriów też. Do ochrony. Sal sypialnych. Nawet do izolatek. Chcesz otworzyć frontową bramę, Francis? Tego właśnie potrzebujesz.
– Kto ma takie klucze?
– Przełożone pielęgniarki. Ochrona. Pielęgniarze, tacy jak ja i mój brat. Główny personel.
– Zawsze wiadomo, gdzie są wszystkie komplety?
– Teoretycznie. Ale wiesz, to, co ludzie powinni robić, i to, co dzieje się naprawdę, to czasem dwie różne rzeczy. Zwłaszcza tutaj. – Zaśmiał się. – Zaczynasz zadawać pytania jak panna Jones i Peter. On wie, jak zadawać pytania. A ty się uczysz.
Francis uśmiechnął się na ten komplement.
– Zastanawiam się, czy żadnych kluczy nigdy nie brakuje – powiedział. Duży Czarny pokręcił głową.
– Źle sformułowałeś pytanie, Mewa. Spróbuj jeszcze raz.
– Czy jakichś kluczy brakuje?
– O, to właściwe pytanie. Tak. Jednego kompletu brakuje.
– Ktoś ich szukał?
– Owszem. Ale może „szukał” to złe słowo. Ludzie zajrzeli w miejsca, które przyszły im do głowy, potem dali sobie spokój.
– Kto je zgubił?
– Ależ nikt inny jak nasz dobry przyjaciel, pan Evans. – Olbrzymi pielęgniarz roześmiał się głośno, a kiedy odrzucił głowę w tył, spostrzegł zbliżającego się do nich swojego brata. – Hej – zawołał. – Mewa zaczął się wszystkiego domyślać.
Francis zobaczył, że pielęgniarki za siatką dyżurki na środku korytarza podniosły wzrok i uśmiechnęły się, jakby usłyszały żart. Mały Czarny też się wyszczerzył.
– Wiesz co, Francis? – powiedział.
– Co takiego, panie Moses?
– Spróbuj pojąć, jak ten świat działa. – Pielęgniarz szerokim machnięciem ręki wskazał cały szpital. – Zrozum to wszystko porządnie i do końca, a uwierz mi, zrozumienie świata na zewnątrz, za tymi murami, nie będzie dla ciebie wcale takie trudne. Jeśli będziesz miał szansę.
– A co powinienem zrobić, żeby dostać szansę, panie Moses?
– To najważniejsze pytanie, no nie, braciszku? Wszyscy tutaj zadają je sobie bez przerwy, każdej minuty, każdego dnia. Co zrobić, żeby dostać szansę. Są na to sposoby, Mewa. Więcej niż jeden. Ale nie ma żadnych zasad, prostych „tak” i „nie”. Musisz znaleźć własną drogę. Znajdziesz ją, Mewa. A wtedy po prostu nią pójdź. To największy problem, prawda?
Francis nie wiedział, jak odpowiedzieć, ale pomyślał, że starszy pielęgniarz na pewno się myli. Nie uważał też, by zdołał pojąć jakikolwiek świat. Usłyszał kilka swoich głosów, głęboko w duchu, i spróbował dosłyszeć, co mówią, bo podejrzewał, że mają coś do powiedzenia. Ale kiedy się skupił, zauważył, że obaj pielęgniarze mu się przyglądają, widzą na jego twarzy to, co dzieje się w duszy, i przez chwilę poczuł się nagi. Uśmiechnął się więc najuprzejmiej, jak potrafił, i poszedł przed siebie korytarzem, szybkim krokiem, do wtóru werbla tłukących się w nim wątpliwości.
Lucy siedziała za biurkiem w gabinecie pana Evansa, a on przeszukiwał jedną z czterech szafek z aktami, ustawionych pod ścianą. Patrzyła na ślubne zdjęcie w rogu. Zobaczyła Evansa, z krócej przyciętymi i uczesanymi włosami, w granatowym prążkowanym garniturze, podkreślającym chudą sylwetkę. Stał obok młodej kobiety w białej sukience, ledwie skrywającej zaawansowaną ciążę. Panna młoda miała na potarganych ciemnych włosach wianek z kwiatów. Oboje tkwili pośrodku grupy ludzi w różnym wieku, od bardzo starych do bardzo młodych; wszyscy mieli usta wykrzywione w uśmiechu, który, jak uznała Lucy, można było nazwać jedynie wymuszonym. Wśród nich stał mężczyzna w powłóczystych szatach księdza, odbijających swoim złotym brokatem światło lampy błyskowej fotografa. Trzymał dłoń na ramieniu Evansa; Lucy spostrzegła jego uderzające podobieństwo do psychologa.
– Ma pan brata bliźniaka? – spytała.
Evans podniósł wzrok, zobaczył, że Lucy patrzy na zdjęcie, i odwrócił się do niej z naręczem żółtych teczek.
– Rodzinna cecha – powiedział. – Moje córki to też bliźniaczki.
Lucy rozejrzała się, ale nie zobaczyła nigdzie fotografii. Evans spostrzegł pytające spojrzenie pani prokurator.
– Mieszkają ze swoją matką. Powiem tylko, że przechodzimy ciężki okres.
– Przykro mi – mruknęła; nie dodała, że to nie jest powód, by nie powiesić na ścianie zdjęcia córek.
Evans wzruszył ramionami. Rzucił teczki na biurko. Upadły z głuchym łomotem.
– Kiedy dorasta się jako bliźniak, człowiek przyzwyczaja się do wszystkich dowcipów. Nigdy się nie zmieniają. Dwie krople wody. Jak ich państwo rozróżniacie? Macie obaj te same pomysły? Kiedy przez całe życie się wie, że na górze piętrowego łóżka śpi ktoś, kto jest lustrzanym odbiciem, zaczyna się inaczej patrzeć na świat. I lepiej, i gorzej, panno Jones.
– Byliście panowie identyczni? – spytała, właściwie tylko dla podtrzymania rozmowy, bo jeden rzut oka na zdjęcie dawał odpowiedź.
Pan Evans zawahał się, zmrużył oczy, a w jego głosie pojawił się wyraźny chłód.
– Kiedyś tak. Teraz już nie.
Lucy uniosła pytająco brwi.
Evans odkaszlnął.
– Niech pani spyta swojego nowego kolegą detektywa. Zna odpowiedź o wiele lepiej niż ja. Peter Strażak, ten, co zaczyna od gaszenia pożarów, ale potem sam je roznieca, wszystko pani wyjaśni.
Lucy nie wiedziała, co powiedzieć, więc po prostu przysunęła do siebie akta. Pan Evans usiadł naprzeciw pani prokurator. Odchylił się na krześle, swobodnie skrzyżował nogi i przyglądał się młodej kobiecie. Jego spojrzenia przeszywały powietrze jak pociski. Intensywność wzroku psychologa zaczęła przeszkadzać Lucy.
– A może by mi pan pomógł? – zaproponowała nagle. – To nie będzie trudne zadanie. Na początek chciałabym wyeliminować mężczyzn, którzy przebywali w szpitalu, kiedy popełniano pierwsze trzy morderstwa. Innymi słowy, jeżeli tu byli…
– To nie mogli być gdzie indziej – wtrącił obcesowo. – Teoretycznie wystarczyłoby porównać daty.
– Tak.
– Tyle tylko że pewne aspekty sytuacji mogą to nieco utrudnić. Lucy przez chwilę milczała.
– Jakie aspekty? Evans potarł podbródek.
– Niektórzy pacjenci zgłosili się do szpitala dobrowolnie. Mogą go opuszczać, na przykład na weekendy, za zgodą odpowiedzialnych za nich członków rodziny. Właściwie nawet coś takiego popieramy. Dlatego niewykluczone, że ktoś, kto według papierów jest tu na stałe, w rzeczywistości spędził jakiś czas na zewnątrz. Oczywiście pod nadzorem. Przynajmniej teoretycznie. Na pewno nie ma takiej możliwości w przypadku ludzi odesłanych tu z wyroku sądu. Ani tych, których personel uznał za niebezpiecznych. Jeśli trafiło się tu przez akt przemocy, nie można wyjść, nawet na wizytę do domu. Chyba że, oczywiście, ktoś z personelu uzna, że to dopuszczalny element terapii. Ale to też zależy od tego, jakie leki pacjent akurat przyjmuje. Można posłać na noc do domu kogoś, kto bierze pigułki. Z zastrzykiem już nie. Rozumie pani?