— Mąż nie żyje — dodała. — Od dwóch lat. Gorączka bagienna. To plaga tych stron. Wszystko przez wodę. Mieszkam z bratem, jest teraz w wiosce, w tawernie. Mamy mleczarnię. Sama robię sery. Nasze krowy nie chorują. — Uczyniła znak odpędzający zło. — Trzymam je przy domu. Na łąkach zaraza pleni się szybko. Może wygaśnie podczas mrozów.
— Prędzej mrozy wybiją chore zwierzęta — odparł znachor. W jego głosie wyczuła senność.
— Zwą mnie Dar — powiedziała. — Mojego brata Owoc.
— Parów — odparł po chwili.
Wydało jej się, że wymyślił to imię w tym momencie. Nie pasowało do niego. Nic w nim nie pasowało do reszty, nie tworzyło całości. A jednak mu ufała, czuła się przy nim pewnie. Nie chciał jej skrzywdzić. Pomyślała, że jest w nim dobroć. Można to poznać po tym, jak mówił o zwierzętach. Z pewnością dobrze sobie z nimi radzi. Sam przypominał zwierzę: milczące, ranne stworzenie, potrzebujące pomocy, lecz niepotrafiące o nią prosić.
— Chodź — rzekła — zanim mi tu zaśniesz.
Posłusznie podążył za nią do pokoju Owoca, niewiele większego od szafy. Dar miała pokój za kominem. Gdy za jakiś czas pijany Owoc wróci do domu, przygotuje mu siennik pod ścianą. Niech podróżny prześpi się w porządnym łóżku. Może kiedy odejdzie, zostawi miedziak czy dwa. Ostatnio w domu brakowało pieniędzy.
Ocknął się jak zawsze w swym pokoju w Wielkim Domu. Nie pojmował, czemu sufit tak bardzo się obniżył, czemu czuje kwaśny zapach mleka, a w pobliżu ryczą krowy. Musiał leżeć chwilę w bezruchu, powracając myślami do innego miejsca, innego człowieka, którego imienia użytkowego nie potrafił sobie przypomnieć, choć wypowiedział je zeszłego wieczoru do jałówki bądź kobiety. Znał swoje prawdziwe imię, czuł jednak, że tutaj na nic mu się nie przyda. Widział czarne drogi, ociekające wodą zbocza i rozległą zieloną równinę przeciętą siecią błyszczących, bystrych rzek. Wiał zimny wiatr. Sitowie szeleściło. Młoda krowa przeprowadziła go przez strumień, a Emer otworzyła mu drzwi. Poznał jej imię w jednej chwili. Musi nazywać ją inaczej. Nie wolno wymienić tamtego imienia. Musi przypomnieć sobie, jak się przedstawił. Nie może być dla niej Iriothem. Choć przecież jest Iriothem. Może z czasem stanie się kim innym. Nie, tak być nie może. Musi pozostać tym, kim jest. Nogi tego, kim jest, bolały. Stopy piekły. Leżał jednak w porządnym łóżku, pod pierzyną. Było mu ciepło i nie musiał wstawać. Zdrzemnął się, odpływając od Iriotha.
Gdy w końcu wstał, zastanawiał się, ile ma lat. Spojrzał na swe ręce i przedramiona. Wciąż wyglądał na człowieka w sile wieku, choć czuł się jak starzec i poruszał z trudem. Powoli naciągnął ubranie, brudne po wielodniowej wędrówce. Pod krzesłem czekała para butów, znoszonych, lecz porządnych, a także grube wełniane skarpety. Wsunął je na obolałe stopy i pokuśtykał do kuchni. Emer stała przy wielkiej misce, wyciskając w kawałku materiału coś ciężkiego.
— Dziękuję za skarpety i za buty… — rzekł i w tym momencie, dziękując za dar, przypomniał sobie jej imię użytkowe, dokończył jednak tylko: — dobrodziejko.
— Bardzo proszę — odparła i przeniosła swój ciężar do ciężkiej glinianej misy. Wytarła ręce w fartuch.
Nie znał się na kobietach. Nie mieszkał wśród nich, odkąd skończył dziesięć lat. Bał się ich, kobiet w wielkiej kuchni, które bardzo dawno temu wrzeszczały, by zszedł im z drogi. Gdy jednak zaczął podróżować po Ziemiomorzu, spotkał kilka kobiet. Były niczym zwierzęta — zajmowały się swymi sprawami, nie zwracając na niego uwagi, chyba że je spłoszył. Starał się tego nie robić. Nie chciał wzbudzać w nich lęku. Nie były mężczyznami.
— Masz ochotę na świeży twaróg? To dobre śniadanie. Zerkała na niego z ukosa i nie patrzyła w oczy, jak zwierzę, kot — obserwowała, lecz nie rzucała wyzwania. Na obramowaniu paleniska leżał prawdziwy kot, wielki buras. Wyciągnięty wygodnie, spoglądał na żarzące się węgle. Irioth przyjął podaną mu miskę i łyżkę. Kocur wskoczył na siedzisko obok niego i zaczął mruczeć.
— To ci dopiero — rzekła gospodyni. — Zwykle jest nieufny wobec obcych.
— Pewnie ma ochotę na twaróg.
— Może poznał znachora.
Czuł się bezpieczny w towarzystwie tej kobiety i kota. Znalazł dobry dom.
— Na dworze jest zimno — powiedziała. — Rano zamarzła rynna. Chcesz odejść już dzisiaj?
Nastała cisza. Przypomniał sobie, że musi odpowiadać słowami.
— Zostanę, jeśli mogę. Zostanę tutaj. Uśmiechnęła się, lecz wyczuł w niej wahanie.
— Bardzo proszę — odezwała się po chwili. — Muszę jednak spytać, czy możesz mi trochę zapłacić.
— O tak — odparł oszołomiony. Wstał i pokuśtykał do sypialni po sakiewkę. Przyniósł monetę: małą enladzką złotą koronę.
— Tylko za ogień i jedzenie. W dzisiejszych czasach torf słono kosztuje — wyjaśniała właśnie. Nagle dostrzegła, co jej podsunął. — O, panie! — westchnęła.
Zrozumiał, że zrobił coś nie tak.
— Nikt w wiosce nie mógłby tego zmienić — rzekła. Przez moment patrzyła mu prosto w twarz. — Cała wioska nie zdołałaby tego zmienić! — Wybuchnęła śmiechem.
Zatem wszystko było w porządku, choć słowo “zmienić" natrętnie dźwięczało mu w uszach.
— Pieniądz nie został zmieniony… — Nagle pojął, że gospodyni nie to miała na myśli. — Przepraszam. Gdybym został tu miesiąc, może całą zimę, czy to by wystarczyło? Muszę gdzieś mieszkać, gdy będę zajmować się bydłem.
Ponownie wybuchnęła śmiechem i zatrzepotała rękami.
— Jeśli zdołasz uleczyć bydło, właściciele ci zapłacą. Wówczas ty zapłacisz mnie. Jeśli chcesz, nazwij to zabezpieczeniem. Lecz schowaj swe złoto, panie. Na jego widok kręci mi się w głowie. Owocu — dodała, bo w tym momencie drzwi otwarły się, wpuszczając do środka chłodny powiew, i stanął w nich wychudzony mężczyzna o podstępnej twarzy — ten pan zatrzyma się u nas, dopóki nie uleczy krów.
— Oby szło mu jak najszybciej.
— Przedstawił zabezpieczenie. Będziesz zatem sypiał przy kominie, a on w twoim pokoju. To mój brat, Owoc, panie.
Owoc pochylił głowę i wymamrotał coś pod nosem. Oczy miał mętne. Iriothowi zdawało się, że ktoś go otruł. Gdy Owoc znów wyszedł, gospodyni zbliżyła się i powiedziała cicho, pewnym siebie głosem:
— Nie ma w nim zła, panie. To tylko trunek. Ale też pozostało z niego niewiele więcej. Schowaj zatem pieniądze tak, by ich nie znalazł, proszę. Nie będzie ich szukał, jednak wziąłby je, gdyby zobaczył. Sam nie wie, co robi. Rozumiesz?
— Tak. Rozumiem. Miła z ciebie niewiasta. — Mówiła o bracie, że sam nie wie, co robi. I wybaczała mu. — Kochająca siostra.
Słowa te zabrzmiały świeżo. Nigdy dotąd niczego takiego nie powiedział ani nie pomyślał. Przez moment miał wrażenie, że przemówił w Prawdziwej Mowie, której nie wolno mu używać. Gospodyni jednak uśmiechnęła się tylko i wzruszyła ramionami.
— Czasami mam ochotę skręcić mu durny kark — odparła, wracając do pracy.
Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest zmęczony. Cały dzień drzemał przy ogniu wraz z burym kotem. Tymczasem Dar krzątała się przy pracy. Nakarmiła go kilka razy — nędzną, prostą strawą, lecz on rozkoszował się każdym kęsem. Wieczorem Owoc gdzieś poszedł, a Dar westchnęła ciężko.
— Gdy wspomni, że mamy lokatora, w gospodzie dadzą mu nowy kredyt. Ale to nie twoja wina.