Dzieło to powstało, należy pamiętać, parędziesiąt lat po śmierci Pawła, a więc kiedy wymarło już pokolenie naocznych świadków. Autor widać nie miał dostępu do źródłowych informacji i nawet nie znał listów Pawła. Był więc zmuszony korzystać z ustnych przekazów, jakie krążyły wśród ludzi. Owa tradycja, mocno zaprawiona folklorem, legendami i lokalnymi wierzeniami,. wyrosła jednak z konkretnego historycznego podłoża. W Efezie na pewno wybuchły jakieś rozruchy, ale fantazja ludowa przeinaczyła ich charakter i rozmiary, aby pokazać, jak silne i wszechobejmujące było już wówczas chrześcijaństwo, a tym samym postawić na chlubnym piedestale Pawła.
Autor Dziejów Apostolskich z zadziwiającą łatwowiernością brał za dobrą monetę wszystkie te zasłyszane historyjki i bezkrytycznie włączał je do swojej relacji. W ten sposób dostał się do tekstu na przykład moralnie dwuznaczny incydent uśmiercenia Ananiasza i Safiry, a także fakty nieustannego wtrącania się aniołów i złych duchów do spraw ludzkich.
Poczet cudów jest dosyć pokaźny, od częstych cudownych uleczeń do wskrzeszania umarłych. Mamy nawet jeden wypadek lewitacji, gdy duch przenosi apostoła Filipa z miasta do miasta. Tego rodzaju nadprzyrodzonych wydarzeń naliczyliśmy w Dziejach Apostolskich aż dwadzieścia dwa.
Powstaje pytanie, czy autor rzeczywiście był tak łatwowierny. Może w ogóle nie było jego zamiarem napisanie dzieła historycznego, lecz po prostu wiernie zarejestrował to, co za jego czasów opowiadano sobie o Piotrze i Pawle? Inaczej mówiąc, świadomie skompilował dzieło o hagiograficznym i dydaktycznym charakterze dla zbudowania wiernych, wśród których większość to byli ludzie prości, szczególnie podatni na uroki fantastycznych opowieści.
Przyznać trzeba, że ta ostatnia teza ma jedynie charakter hipotetyczny i nie jest na ogół brana na serio. Natomiast przyjmuje się, że autor Dziejów Apostolskich był przeświadczony, iż opisuje wydarzenia prawdziwe. Ale wówczas trzeba było jakoś rozgrzeszyć go z tych wszystkich nieprawdopodobieństw, które podrywają zaufanie dzisiejszego czytelnika do jego pisarstwa. Apologeci jego powiadają, że w ówczesnych czasach dziejopisarstwo było raczej sztuką niż nauką i trudno mieć pretensję do autora, iż nie wyprzedził swojej epoki. Przykładanie do niego skali dezyderatów współczesnej historiografii naukowej byłoby w ich mniemaniu grubym anachronizmem.
Z argumentacją tego rodzaju spotykamy się często, ale kryje się w niej zasadnicze nieporozumienie. Bo przecież nie w tym rzecz, co myślał i w co wierzył autor subiektywnie i jaką miał koncepcję historii. Owszem, są to oczywiście rzeczy interesujące, ale nam, czytelnikom jego dzieła, nie o to chodzi. Nas interesuje tylko odpowiedź na konkretne pytanie, do jakiego stopnia można mu wierzyć jako historykowi, o ile to, co opowiada, jest obiektywnie historyczną prawdą.
W dodatku wspomniana argumentacja wydaje się wychodzić z mylnego rozeznania przeszłości. Przecież właśnie Grecy byli odkrywcami racjonalistycznie pojętej historii. Taki na przykład twórca historiografii pragmatycznej Tukidydes już mniej więcej pięćset lat przed ukazaniem się Dziejów Apostolskich wyeliminował z opisanego przez siebie przebiegu wydarzeń historycznych wszelkie interwencje nadprzyrodzonych czynników, uważając, iż wszystko, co dzieje się w realnym świecie, jest wyłącznie wypadkową działań ludzkich.
Dzieje Apostolskie napisane były w języku greckim, przeto należą do tego samego kręgu wielkiej kultury, co autor Historii wojny peloponeskiej. A jednak nie można powiedzieć, że jako dzieło historyczne reprezentują one swoją epokę. Przeciwnie, gdy się zestawi ich naszpikowany cudami i nieprawdopodobieństwami tok narracji ze zdumiewająco światłymi osiągnięciami intelektualnymi historyków greckich, nie możemy oprzeć się wrażeniu, że w rozwoju pisarstwa historycznego Dzieje Apostolskie stanowiły do pewnego stopnia oczywisty regres.
Autor, jak zwróciliśmy już uwagę, niejednokrotnie wyolbrzymiał bądź też nawet przeinaczał opisywane przez siebie wydarzenia historyczne, inne znowu, przekształcone przez fantazję ludową, biernie tylko rejestrował. Przeanalizowana przez nas sprawa rozruchów efeskich może służyć jako typowy przykład tego zjawiska.
Jest jednak w Dziejach Apostolskich inny jeszcze epizod, który w podobny sposób pozwala nam prześledzić metodę pisarską autora. Mamy tu na myśli sławetną mowę wygłoszoną przez Pawła przed areopagiem ateńskim. Stwierdzając, że w jednej ze świątyń natknął się na ołtarz z dedykacją „Nieznanemu Bogu”, apostoł wskazał na ten napis jako dowód, że Grecy i chrześcijanie w gruncie rzeczy czczą jednego i tego samego Boga, że przeto łączy ich monoteizm. Otóż prawdą jest, że takie ołtarze istotnie istniały w wielu świątyniach Grecji, między innymi w Olimpii i w Atenach. Stwierdza to wielu pisarzy greckich, jak np. Pauzaniasz, Diogenes Laertios i Filostrat. Jednakże wszyscy podają ten napis w liczbie mnogiej: „Nieznanym bogom” („agnostis theois”). Ich wersję potwierdziły wykopaliska archeologiczne, przeprowadzone pod koniec XIX wieku w Atenach i w Pergamonie. Znaleziono tam rzeczywiście tego rodzaju tablice dedykacyjne, wprawdzie w pogruchotanych szczątkach, ale na tyle jeszcze kompletne, że można było odczytać, iż mowa jest tam o bogach, a nie o bogu. Sens tych dedykacji jest jasny: Grecy pragnęli w ten sposób zabezpieczyć się w razie, gdyby okazało się, iż istnieją jeszcze inni bogowie, których imienia nie poznali.
A więc napisy nie miały nic wspólnego z monoteizmem. Kogo należy winić za to, że tego rodzaju nieprawdziwa wersja w ogóle powstała? Ks. Dąbrowski wskazuje na samego Pawła: „Wydaje się – pisze w swej monografii – że św. Paweł niekoniecznie widział ołtarz z napisem w liczbie pojedynczej, ale że użył zwrotu, który szczególnie odpowiadał jego myśli”. Inaczej mówiąc, według niego Paweł świadomie zmienił w napisie liczbę mnogą na liczbę pojedynczą, aby osiągnąć zamierzony efekt oratorski i propagandowy.
Czy werdykt znakomitego biblisty jest słuszny? Wydaje się, że z rozmaitych względów wypada odpowiedzieć na to pytanie negatywnie. Paweł, nie należy zapominać, przemawiał w Atenach do Ateńczyków, a więc tam, gdzie powszechnie znano właściwe brzmienie dedykacyjnego napisu. Czyżby odważył się szermować przed tymi ludźmi argumentem, który każdy od razu mógł zdemaskować jako falsyfikat? Sądzimy, że Paweł był na to zbyt inteligentnym, zbyt wyrobionym działaczem i mówcą. Naraziłby się przecież w ten sposób na kpiny, a z nadzieją, że pozyska Greków dla swojej wiary, musiałby pożegnać się na dobre.