– W takim razie chodźmy teraz – powiedziała Lucy. Ruszyła przed siebie korytarzem, ale pan Zły natychmiast ją zatrzymał.
– Tylko pani – zakomunikował sztywno. – Tamci dwaj nie.
– Pomagają mi – zaoponowała Lucy. – Wie pan o tym.
Pan Zły pokiwał głową, ale zaraz potem energicznie zaprzeczył.
– Tak, być może – powiedział powoli. – To się jeszcze okaże. Jak pani wie, mam pewne wątpliwości. Mimo to nie daje im to prawa wglądu w karty chorych. Zawierają one poufne dane osobiste, zebrane podczas sesji terapeutycznych, a nie mogę pozwolić, by czytali je inni pacjenci naszego małego szpitala. Byłoby to z mojej strony naruszenie zasad etyki zawodowej i pogwałcenie praw stanowych dotyczących ochrony danych osobowych. Powinna pani o tym wiedzieć, panno Jones.
Lucy zawahała się, rozważając jego słowa.
– Przepraszam. Ma pan oczywiście słuszność. Założyłam po prostu, że może ze względu na wyjątkowość sytuacji da nam pan taryfę ulgową.
Evans się uśmiechnął.
– Oczywiście. Chcę pani zapewnić jak największą swobodę w walce z wiatrakami. Ale nie wolno mi łamać prawa i nie może pani prosić o to mnie ani żadnego innego kierownika dormitorium.
Pan Zły miał długie ciemne włosy i okulary w drucianych oprawkach, nadające mu niechlujny wygląd. Żeby złagodzić to wrażenie, często nosił krawat i białą koszulę, chociaż buty zawsze miał brudne i zdarte. Zachowywał się trochę tak, pomyślał Francis, jakby nie chciał, by kojarzono go ani ze środowiskiem buntu, ani krainą statecznego spokoju. Niechęć przynależności do żadnego z tych światów stawiała pana Evansa w trudnym położeniu.
– Oczywiście, nie będę tego robić – powiedziała Lucy posłusznie.
– Zwłaszcza że wciąż czekam, aż wykaże mi pani, że ta poszukiwana mityczna persona rzeczywiście tu jest.
Lucy uśmiechnęła się lekko.
– A jakie dokładnie dowody chciałby pan zobaczyć? – spytała, kiedy milczenie zaczęło się robić niezręczne.
Evans również się uśmiechnął, jakby słowna szermierka sprawiała mu przyjemność. Pchnięcie. Parada. Cios.
– Coś więcej niż tylko przypuszczenie – odparował. – Może wiarygodnego świadka, chociaż skąd miałaby go pani wziąć w szpitalu dla umysłowo chorych, trudno mi sobie wyobrazić… – Zaśmiał się, jakby to był żart. -… Albo może narzędzie zbrodni, którego jak dotąd nie odnaleziono. Coś konkretnego. Solidnego… – Znów zrobił wesołkowatą minę niczym uczestnik przedstawienia, urządzonego wyłącznie dla jego uciechy. – Oczywiście, jak pewnie już się pani zorientowała, panno Jones, „konkretny” i „solidny” nie są pojęciami pasującymi do naszego małego światka. Wie pani tak samo dobrze jak ja, że statystycznie rzecz biorąc, umysłowo chorzy są o wiele bardziej skłonni zrobić krzywdę sobie niż komuś innemu.
– Być może człowiek, którego szukam, nie jest umysłowo chory, według pana dokładnej definicji – powiedziała Lucy. – Należy do zupełnie innej kategorii.
– Cóż, może tak – odparł Evans żywo. – Właściwie to bardzo prawdopodobne. Ale tutaj mamy aż w nadmiarze ludzi i tej pierwszej kategorii, a nie z drugiej. - Ukłonił się lekko i zatoczył ręką krótki łuk, wskazując swój gabinet. – Wciąż ma pani ochotę przejrzeć karty? – spytał.
Lucy odwróciła się do Petera i Francisa.
– Muszę to zrobić. A przynajmniej zacząć. Spotkamy się później.
Peter spojrzał ze złością na pana Evansa, który nie popatrzył w jego stronę, lecz poprowadził Lucy Jones korytarzem, odpędzając podchodzących do niego pacjentów. Francisowi skojarzył się z człowiekiem wyrąbującym sobie maczetą drogę przez dżunglę.
– Byłoby miło, gdyby się okazało, że to tego sukinsyna szukamy – mruknął pod nosem Peter. – To by było naprawdę niezłe, zostałbym tu dla samej tej satysfakcji. – Wybuchnął krótkim śmiechem. – Cóż, Mewa. W życiu nigdy nie ma aż tak dobrze. Wiesz, jak to mówią: „Uważaj, żeby twoje życzenia się nie spełniły”. – Cały czas, kiedy to mówił, nie spuszczał oka z pana Evansa idącego korytarzem. Odczekał kilka chwil. – Porozmawiam z Napoleonem – dodał i westchnął. – Przynajmniej dowiem się, jak to wszystko wygląda z perspektywy XVIII wieku.
Francis poszedłby z nim, ale zawahał się, a Peter odwrócił się na pięcie i pomaszerował do świetlicy. W tym momencie chłopak zauważył Dużego Czarnego. Pielęgniarz stał oparty o ścianę i palił papierosa; jego biały uniform lśnił w promieniach słońca wpadającego przez okna. Skóra Dużego Czarnego wydawała się przez to jeszcze ciemniejsza; Francis zobaczył, że pielęgniarz im się przyglądał. Podszedł do niego, a olbrzym odepchnął się od ściany i rzucił papierosa na podłogę.
– Paskudny nałóg – parsknął. – Tak samo śmiertelny jak wszystko inne tutaj. Może. Więc lepiej nie zaczynaj i ty, tak jak zaczęli wszyscy, Mewa. Sporo tu paskudnych przyzwyczajeń. I nie bardzo można z nimi cokolwiek zrobić. Staraj się trzymać z dala od złych nawyków, Mewa, to wcześniej czy później stąd wyjdziesz.
Francis nie odpowiedział. Patrzył, jak pielęgniarz spogląda wzdłuż korytarza, zatrzymując wzrok najpierw na jednym pacjencie, potem na drugim, ale tak naprawdę skupiał się na czymś zupełnie innym.
– Dlaczego oni się nienawidzą, panie Moses? – spytał po chwili Francis.
Duży Czarny nie odpowiedział wprost.
– Wiesz, czasami, na południu, gdzie się urodziłem, trafiały się staruszki, które potrafiły przeczuwać zmiany pogody. Wiedziały, kiedy nad wodą rozpęta się sztorm. Zwłaszcza w porze huraganów chodziły, węszyły w powietrzu, śpiewały albo recytowały zaklęcia, czasami rzucały kawałki kości i muszelki na szmatki. Trochę jak wiedźmy. Teraz, kiedy jestem wykształconym człowiekiem, żyjącym we współczesnym świecie, Mewa, wiem, że nie należy wierzyć w te czary i inkantacje. Ale sęk w tym, że one się nigdy nie myliły. Jeśli nadciągał sztorm, wiedziały o tym pierwsze. To one kazały ludziom zaganiać bydło do obór, wzmacniać dachy, przygotować trochę wody w butelkach na wypadek nieszczęścia, którego nikt inny nie dostrzegał. A nadchodziło, zawsze, bez wyjątku. To absurd, kiedy się nad tym zastanowić; to zupełnie logiczne, kiedy się nie zastanawiasz. – Uśmiechnął się i położył dłoń na ramieniu Francisa. – Jak myślisz, Mewa? Patrzysz na tych dwóch, na to, jak się zachowują, i też przeczuwasz nadchodzącą burzę?
– Dalej nie rozumiem, panie Moses.
Olbrzym pokręcił głową.
– Powiem tak: Evans ma brata. I być może to, co zrobił Peter, ma coś wspólnego z tym bratem. Dlatego, kiedy Peter tu trafił, Evans załatwił wszystko tak, żeby to on odpowiadał za jego ocenę. Dopilnował, żeby Peter wiedział, że cokolwiek by chciał, on, Evans, postara się, żeby tego nie dostał.
– Ale to niesprawiedliwe – zaprotestował Francis.
– Nie mówiłem, że coś tu jest sprawiedliwe, Mewa. W ogóle nie wspominałem o sprawiedliwości. Powiedziałem tylko, że być może ma to jakiś związek z tymi paskudnymi kłopotami, które nas czekają, prawda?
Duży Czarny wsadził dłoń do kieszeni. Kiedy to zrobił, zadzwonił pęk kluczy przy jego pasku.
– Panie Moses, te klucze… Są do wszystkich drzwi?
Moses kiwnął głową.
– Tak. Do Amherst. Do innych dormitoriów też. Do ochrony. Sal sypialnych. Nawet do izolatek. Chcesz otworzyć frontową bramę, Francis? Tego właśnie potrzebujesz.
– Kto ma takie klucze?
– Przełożone pielęgniarki. Ochrona. Pielęgniarze, tacy jak ja i mój brat. Główny personel.
– Zawsze wiadomo, gdzie są wszystkie komplety?
– Teoretycznie. Ale wiesz, to, co ludzie powinni robić, i to, co dzieje się naprawdę, to czasem dwie różne rzeczy. Zwłaszcza tutaj. – Zaśmiał się. – Zaczynasz zadawać pytania jak panna Jones i Peter. On wie, jak zadawać pytania. A ty się uczysz.
Francis uśmiechnął się na ten komplement.
– Zastanawiam się, czy żadnych kluczy nigdy nie brakuje – powiedział. Duży Czarny pokręcił głową.
– Źle sformułowałeś pytanie, Mewa. Spróbuj jeszcze raz.
– Czy jakichś kluczy brakuje?
– O, to właściwe pytanie. Tak. Jednego kompletu brakuje.