– Ktoś ich szukał?
– Owszem. Ale może „szukał” to złe słowo. Ludzie zajrzeli w miejsca, które przyszły im do głowy, potem dali sobie spokój.
– Kto je zgubił?
– Ależ nikt inny jak nasz dobry przyjaciel, pan Evans. – Olbrzymi pielęgniarz roześmiał się głośno, a kiedy odrzucił głowę w tył, spostrzegł zbliżającego się do nich swojego brata. – Hej – zawołał. – Mewa zaczął się wszystkiego domyślać.
Francis zobaczył, że pielęgniarki za siatką dyżurki na środku korytarza podniosły wzrok i uśmiechnęły się, jakby usłyszały żart. Mały Czarny też się wyszczerzył.
– Wiesz co, Francis? – powiedział.
– Co takiego, panie Moses?
– Spróbuj pojąć, jak ten świat działa. – Pielęgniarz szerokim machnięciem ręki wskazał cały szpital. – Zrozum to wszystko porządnie i do końca, a uwierz mi, zrozumienie świata na zewnątrz, za tymi murami, nie będzie dla ciebie wcale takie trudne. Jeśli będziesz miał szansę.
– A co powinienem zrobić, żeby dostać szansę, panie Moses?
– To najważniejsze pytanie, no nie, braciszku? Wszyscy tutaj zadają je sobie bez przerwy, każdej minuty, każdego dnia. Co zrobić, żeby dostać szansę. Są na to sposoby, Mewa. Więcej niż jeden. Ale nie ma żadnych zasad, prostych „tak” i „nie”. Musisz znaleźć własną drogę. Znajdziesz ją, Mewa. A wtedy po prostu nią pójdź. To największy problem, prawda?
Francis nie wiedział, jak odpowiedzieć, ale pomyślał, że starszy pielęgniarz na pewno się myli. Nie uważał też, by zdołał pojąć jakikolwiek świat. Usłyszał kilka swoich głosów, głęboko w duchu, i spróbował dosłyszeć, co mówią, bo podejrzewał, że mają coś do powiedzenia. Ale kiedy się skupił, zauważył, że obaj pielęgniarze mu się przyglądają, widzą na jego twarzy to, co dzieje się w duszy, i przez chwilę poczuł się nagi. Uśmiechnął się więc najuprzejmiej, jak potrafił, i poszedł przed siebie korytarzem, szybkim krokiem, do wtóru werbla tłukących się w nim wątpliwości.
Lucy siedziała za biurkiem w gabinecie pana Evansa, a on przeszukiwał jedną z czterech szafek z aktami, ustawionych pod ścianą. Patrzyła na ślubne zdjęcie w rogu. Zobaczyła Evansa, z krócej przyciętymi i uczesanymi włosami, w granatowym prążkowanym garniturze, podkreślającym chudą sylwetkę. Stał obok młodej kobiety w białej sukience, ledwie skrywającej zaawansowaną ciążę. Panna młoda miała na potarganych ciemnych włosach wianek z kwiatów. Oboje tkwili pośrodku grupy ludzi w różnym wieku, od bardzo starych do bardzo młodych; wszyscy mieli usta wykrzywione w uśmiechu, który, jak uznała Lucy, można było nazwać jedynie wymuszonym. Wśród nich stał mężczyzna w powłóczystych szatach księdza, odbijających swoim złotym brokatem światło lampy błyskowej fotografa. Trzymał dłoń na ramieniu Evansa; Lucy spostrzegła jego uderzające podobieństwo do psychologa.
– Ma pan brata bliźniaka? – spytała.
Evans podniósł wzrok, zobaczył, że Lucy patrzy na zdjęcie, i odwrócił się do niej z naręczem żółtych teczek.
– Rodzinna cecha – powiedział. – Moje córki to też bliźniaczki.
Lucy rozejrzała się, ale nie zobaczyła nigdzie fotografii. Evans spostrzegł pytające spojrzenie pani prokurator.
– Mieszkają ze swoją matką. Powiem tylko, że przechodzimy ciężki okres.
– Przykro mi – mruknęła; nie dodała, że to nie jest powód, by nie powiesić na ścianie zdjęcia córek.
Evans wzruszył ramionami. Rzucił teczki na biurko. Upadły z głuchym łomotem.
– Kiedy dorasta się jako bliźniak, człowiek przyzwyczaja się do wszystkich dowcipów. Nigdy się nie zmieniają. Dwie krople wody. Jak ich państwo rozróżniacie? Macie obaj te same pomysły? Kiedy przez całe życie się wie, że na górze piętrowego łóżka śpi ktoś, kto jest lustrzanym odbiciem, zaczyna się inaczej patrzeć na świat. I lepiej, i gorzej, panno Jones.
– Byliście panowie identyczni? – spytała, właściwie tylko dla podtrzymania rozmowy, bo jeden rzut oka na zdjęcie dawał odpowiedź.
Pan Evans zawahał się, zmrużył oczy, a w jego głosie pojawił się wyraźny chłód.
– Kiedyś tak. Teraz już nie.
Lucy uniosła pytająco brwi.
Evans odkaszlnął.
– Niech pani spyta swojego nowego kolegą detektywa. Zna odpowiedź o wiele lepiej niż ja. Peter Strażak, ten, co zaczyna od gaszenia pożarów, ale potem sam je roznieca, wszystko pani wyjaśni.
Lucy nie wiedziała, co powiedzieć, więc po prostu przysunęła do siebie akta. Pan Evans usiadł naprzeciw pani prokurator. Odchylił się na krześle, swobodnie skrzyżował nogi i przyglądał się młodej kobiecie. Jego spojrzenia przeszywały powietrze jak pociski. Intensywność wzroku psychologa zaczęła przeszkadzać Lucy.
– A może by mi pan pomógł? – zaproponowała nagle. – To nie będzie trudne zadanie. Na początek chciałabym wyeliminować mężczyzn, którzy przebywali w szpitalu, kiedy popełniano pierwsze trzy morderstwa. Innymi słowy, jeżeli tu byli…
– To nie mogli być gdzie indziej – wtrącił obcesowo. – Teoretycznie wystarczyłoby porównać daty.
– Tak.
– Tyle tylko że pewne aspekty sytuacji mogą to nieco utrudnić. Lucy przez chwilę milczała.
– Jakie aspekty? Evans potarł podbródek.
– Niektórzy pacjenci zgłosili się do szpitala dobrowolnie. Mogą go opuszczać, na przykład na weekendy, za zgodą odpowiedzialnych za nich członków rodziny. Właściwie nawet coś takiego popieramy. Dlatego niewykluczone, że ktoś, kto według papierów jest tu na stałe, w rzeczywistości spędził jakiś czas na zewnątrz. Oczywiście pod nadzorem. Przynajmniej teoretycznie. Na pewno nie ma takiej możliwości w przypadku ludzi odesłanych tu z wyroku sądu. Ani tych, których personel uznał za niebezpiecznych. Jeśli trafiło się tu przez akt przemocy, nie można wyjść, nawet na wizytę do domu. Chyba że, oczywiście, ktoś z personelu uzna, że to dopuszczalny element terapii. Ale to też zależy od tego, jakie leki pacjent akurat przyjmuje. Można posłać na noc do domu kogoś, kto bierze pigułki. Z zastrzykiem już nie. Rozumie pani?
– Chyba tak.
Do tego regularnie przeprowadzamy niby sądowe posiedzenia, żeby oficjalnie usprawiedliwić czyjeś dalsze zatrzymanie lub zwolnienie – ciągnął Evans, trochę się rozkręcając. – Ze Springfield przyjeżdża publiczny obrońca, który razem z doktorem Gulptililem i przedstawicielem stanowego oddziału Służby Zdrowia Psychicznego zasiada w komisji, trochę jak w przypadku komisji zwolnień warunkowych. Takie też odbywają się od czasu do czasu i mają bardzo nieregularne efekty.
– Co to znaczy „nieregularne”?
– Wypuszczamy ludzi, bo ich stan się stabilizuje, a potem, za kilka miesięcy, są u nas z powrotem, kiedy tracą kompensację. Leczenie chorób umysłowych przypomina trochę chodzenie w obrotowych drzwiach. Albo na automatycznej bieżni.
– Ale pacjenci z budynku Amherst…
– Nie wiem, czy mamy w chwili obecnej pacjentów, których stan społeczny i umysłowy pozwalałby wypuścić na przepustkę. Może paru, w najlepszym wypadku. Musiałbym sprawdzić, czy ktoś ma teraz wyznaczony termin posiedzenia. Nie orientuję się też, jak to jest w przypadku mieszkańców pozostałych budynków. Proszę spytać innych psychologów.
– Myślę, że powinniśmy się skupić na tym budynku – powiedziała Lucy z ożywieniem. – W końcu morderstwo popełniono w Amherst i podejrzewam, że też tutaj jest najprawdopodobniej morderca.
Pan Evans uśmiechnął się nieprzyjemnie, jakby dostrzegł w słowach pani prokurator żart, którego ona nie była świadoma.
– Dlaczego tak pani zakłada?
– Sądziłam po prostu…
Evans nie dał jej dokończyć.
– Jeśli ta mityczna persona jest tak sprytna, jak pani uważa, przemieszczanie się z budynku do budynku późno w nocy nie powinno stanowić dla niej problemu.
– Ale teren szpitala patroluje ochrona. Chyba zauważyłaby kogoś, kto chodziłby między budynkami?
– Podobnie jak wiele instytucji państwowych borykamy się, niestety, z brakami kadrowymi. A ochrona patroluje teren o regularnych porach i nie tak znów trudno byłoby jej uniknąć, jeśli komuś by właśnie na tym zależało. Poza tym są inne sposoby przemieszczania się tak, żeby nikt tego nie widział.
Lucy znów się zawahała, uświadamiając sobie, że powinna w tym momencie zadać pytanie; Evans wykorzystał milczenie pani prokurator, żeby wygłosić własną opinię.