Выбрать главу

Lucy zatrzymała się pod budynkiem Amherst. Niski doktor odwrócił się do niej, lekko przekrzywiając głowę, jakby czegoś nasłuchiwał. Powietrze przeszył samotny, piskliwy krzyk, dobiegający z jednego z sąsiednich budynków, ale oboje go zignorowali.

– Ilu pacjentów zdiagnozowano jako psychopatów? – spytała nagle Lucy. Doktor pokręcił głową.

– Ach, spodziewałem się tego pytania.

– A jak brzmi odpowiedź?

– Niektórzy zdiagnozowani psychopaci nie nadawaliby się do leczenia metodami, jakie tu stosujemy. Nie pomaga im też pobyt w zamkniętym ośrodku, długotrwałe podawanie psychotropów ani nawet niektóre bardziej radykalne metody terapii, do jakich czasami się uciekamy, na przykład elektrowstrząsy. Nie reagują też na tradycyjne formy leczenia, psychoterapię czy nawet… – Zachichotał cicho w charakterystyczny dla siebie, pełen wyższości sposób, który Lucy zdążyła już uznać za irytujący. -… Czy nawet psychoanalizę. Nie, panno Jones, psychopaci nie nadają się do Szpitala Western State. Ich miejsce jest raczej w więzieniach.

Lucy się zawahała.

– Ale nie twierdzi pan, że żadnych tu nie ma, prawda?

Gulptilil uśmiechnął się przebiegle.

– Nikomu czarno na białym nie wpisano takiej diagnozy, panno Jones – odparł. – Są przypadki, gdzie stwierdzono skłonności psychopatologiczne, ale drugorzędne w stosunku do wiele poważniejszych schorzeń psychicznych.

Lucy się skrzywiła, rozzłoszczona wykrętami doktora. Gulptilil odkaszlnął.

– Ale, oczywiście, jeśli pani podejrzenia są słuszne, w co wiele osób wątpi, wtedy najwyraźniej jest tu jeden pacjent, w którego przypadku popełniono poważny błąd w diagnozie.

Otworzył kluczem frontowe drzwi i przepuścił Lucy z nieznacznym ukłonem i nieco wymuszoną galanterią.

Rozdział 14

Późnym wieczorem Lucy poszła do swojego małego pokoiku na pierwszym piętrze dormitorium stażystów. Każdy jej krok spowijała ciemność. Dormitorium było niepozornym budynkiem; stało samotnie w ocienionym rogu, niedaleko siłowni, skąd bezustannie dobiegało buczenie i unosiły się pióropusze dymu, tuż obok szpitalnego cmentarzyka. Wydawało się, że pogrzebani tam zmarli sprawiali, iż wszystkie dźwięki wokół rozbrzmiewały jakby ciszej. Budynek był ceglany, kwadratowy i pozbawiony wdzięku, dwupiętrowy, ze ścianami porośniętymi bluszczem i z wysokimi, białymi doryckimi kolumnami przed głównym wejściem. Przebudowano go pięćdziesiąt lat wcześniej, potem znów, pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych, tak więc wszystko, co pozostało z oryginalnej architektury – czyjejś wspaniałej posiadłości na wzgórzu – było już tylko wspomnieniem.

Lucy niosła kartonowe pudło z kilkudziesięcioma teczkami z danymi pacjentów, wyselekcjonowanych z listy, którą systematycznie spisywała. Wśród nich były akta Petera Strażaka i Francisa. Zabrała je, korzystając z nieuwagi Evansa. Miała nadzieją, że zaspokoi swoją ciekawość przyczyn, które zaprowadziły jej dwóch partnerów do szpitala dla umysłowo chorych.

Ogólnie rzecz biorąc, zamierzała zapoznać się z tym, co zazwyczaj trafiało do akt, a dopiero potem przesłuchiwać pacjentów. Nie widziała na razie innej możliwości. Nie miała żadnych dowodów – chociaż wiedziała, że gdzieś muszą być. Nóż albo jakiś inny bardzo ostry przedmiot, pomyślała. Narzędzie zbrodni na pewno zostało dobrze ukryte. Tak jak zakrwawione ubrania lub but ze śladami krwi. I cztery czubki palców.

Lucy zadzwoniła z pytaniem o nie do detektywów, którzy aresztowali Chudego. Żaden z nich jej nie pomógł. Jeden twierdził, że Chudy odciął palce, a potem spuścił w toalecie. Dużo wysiłku bez żadnego wyraźnego powodu, dziwiła się. Drugi, unikając wyrażenia swoich myśli wprost, tańczył wokół sugestii, że Chudy być może zjadł odcięte fragmenty ciała.

– W końcu facet jest kompletnie szurnięty – skwitował.

Żaden z nich nawet nie próbował zastanawiać się nad innymi możliwościami.

– Da pani spokój, panno Jones – powiedział pierwszy. – Mamy drania. Poszedłby pod sąd, gdyby nie fakt, że to świr.

Karton z teczkami był ciężki; Lucy oparła go na kolanie, otwierając drzwi do budynku. Jak dotąd, nie spotkała się jeszcze z żadnymi przypadkami zachowania, które należałoby bliżej zbadać. W szpitalu wszyscy byli dziwni. Przestawały tu działać zwyczajne prawa rozsądku. W świecie poza szpitalem znalazłby się jakiś sąsiad, który zauważył coś dziwnego. Albo kolega z pracy. Może krewny, kryjący dręczące go wątpliwości.

Nic z tego. Tutaj musiała odkryć nowe szlaki, przechytrzyć mordercę, który – wierzyła w to – krył się w szpitalu. Była pewna, że w tej grze odniesie sukces. To nie powinno okazać się zbyt trudne, myślała, przechytrzyć wariata. Albo kogoś, kto udaje psychicznie chorego. Problemem, uświadomiła sobie ze zniechęceniem, było ustalenie zasad tej gry.

Kiedy tylko zasady staną się jasne, wygram, myślała, wspinając się po schodach, wolno, stopień po stopniu. Czuła narastające wyczerpanie tak jak po długiej i wyniszczającej chorobie. Nauczono ją, że wszystkie śledztwa sprowadzały się do tego samego – przewidywalnej rozgrywki w ściśle określonych ramach. I tak było, kiedy przeglądała księgi rachunkowe korporacji migającej się od płacenia podatków albo szukała rabusia napadającego na banki, handlarza dziecięcą pornografią czy oszusta. Jedno prowadziło do drugiego, potem do trzeciego, aż wszystkie elementy układanki wskakiwały na swoje miejsca. Nieudane śledztwa brały się stąd, że któreś z tych ogniw było ukryte, a ktoś wykorzystał jego brak. Lucy westchnęła i wzruszyła ramionami. Najważniejsze, powiedziała sobie, to stworzyć wrażenie presji, tak żeby anioł popełnił błąd.

Popełni na pewno, pomyślała zimno.

Postanowiła najpierw poszukać w kartach informacji o drobnych aktach przemocy. Nie sądziła, by ktoś zdolny do zamordowania człowieka potrafił całkowicie ukryć swoją skłonność do gniewu, nawet w szpitalu. Musi być jakiś ślad. Wybuch. Groźba. Trzeba tylko rozpoznać ten znak, kiedy się na niego natrafi, powiedziała sobie. Nawet w wypaczonym świecie szpitala dla umysłowo chorych ktoś musiał zauważyć coś, co nie pasowało do akceptowanych tu wzorców zachowania.

Była też całkowicie przekonana, że wpadnie na trop, kiedy zacznie zadawać pytania. Ufała w swoją umiejętność docierania pytaniami do prawdy. Nie zastanawiała się nad różnicą między przesłuchiwaniem osoby normalnej i szaleńca.

Klatka schodowa trochę przypominała Lucy niektóre dormitoria na Harvardzie. Echo jej kroków odbijało się od betonowych stopni; Lucy nagle uświadomiła sobie, że jest sama, w zamkniętej przestrzeni. Przeszył ją grot strasznych wspomnień. Gwałtownie wstrzymała oddech. Wolno wypuściła powietrze z płuc, jakby w ten sposób mogła wyrzucić z pamięci chwile, które skuły lodem jej serce. Rozejrzała się gorączkowo dookoła, myśląc „Już tu byłam”, jednocześnie, niemal w tej samej chwili, odrzucając to skojarzenie. Do wnętrza pozbawionego okien nie dochodził żaden szmer spoza budynku. Już drugi raz tego dnia zaskoczył ją jakiś dźwięk. Za pierwszym razem uświadomiła sobie, że w szpitalu panuje nieustanna kakofonia odgłosów. Jęki, wrzaski, nawoływania i mamrotania. Po krótkim czasie przywykła do ciągłego gwaru. Stanęła jak wryta.

Dźwięk ciszy, pomyślała, jest równie niepokojący jak krzyk.

Wokół niej gasły echa; słyszała własny chrapliwy oddech. Zaczekała, aż ogarnie ją zupełna cisza. Wychyliła się za czarną, żelazną balustradę, spojrzała w górę i w dół, upewniając się, że jest sama. Nikogo nie widziała. Jasne oświetlenie schodów nie tworzyło żadnych cieni, w których można by się schować. Stała nieruchomo jeszcze chwilę, próbując pozbyć się ogarniającej ją klaustrofobii. Miała wrażenie, że ściany minimalnie się do siebie zbliżyły. Na klatce schodowej było chłodno; uznała, że nie dochodzi tu ogrzewanie z dormitonum. Zadrżała. Potem znów pomyślała, że zupełnie nie ma racji, bo nagle poczuła pot skraplający się pod pachami.