Potrząsnęła głową, jakby tym gwałtownym ruchem mogła się pozbyć dręczącego ją wrażenia. Czułą lepkość dłoni. Pocieszyła się, że bycie jedną z nielicznych w okolicy rozsądnych osób bez wątpienia mogło wywołać nerwowość i że po prostu wróciło do niej to wszystko, co widziała i czego doświadczyła przez pierwsze dni w szpitalu.
Znów wypuściła wolno powietrze i zaszurała stopą, jakby chcąc przywołać wrażenie normalności i codzienności.
Ale szelest, jaki wywołała, zmroził ją niczym powiew arktycznego powietrza.
Pamięć paliła jak kwas.
Z trudem przełknęła ślinę, upominając się w duchu, że miała zasadę nie wracać do tego, co wydarzyło się wiele lat temu. Nie było sensu rozdrapywać ran, przypominać sobie strachu ani na nowo przeżywać głębokiego upokorzenia. Powtórzyła sobie mantrę, którą wymyśliła po tym, jak została napadnięta: „Jesteś ofiarą tylko wtedy, gdy na to pozwolisz”. Bezwiednie zaczęła podnosić rękę do blizny na policzku. Czuła miejsce, w którym ją zraniono; przypomniała sobie ucisk szwów zakładanych na ostrym dyżurze, ściągających rozcięte płaty skóry. Pielęgniarka cicho dodawała jej otuchy. Po drugiej stronie białej kotary stała dwójka detektywów, mężczyzna i kobieta. Czekali, aż lekarze zajmą się najpierw oczywistymi, krwawiącymi ranami, a potem tymi o wiele gorszymi, wewnętrznymi. Wtedy po raz pierwszy usłyszała określenie „zestaw gwałciciela”, ale nie po raz ostatni; w ciągu kilku lat poznała znaczenie tych słów osobiście i zawodowo. Znów wolno odetchnęła. Najgorsza noc jej życia też zaczęła się na takiej klatce schodowej. Natychmiast odpędziła tę myśl.
Jestem sama, powtórzyła sobie w duchu. Zupełnie sama.
Zgrzytając zębami, wciąż nerwowo nasłuchując każdego podejrzanego odgłosu, ruszyła do drzwi, otworzyła je barkiem i weszła na pierwsze piętro dormitorium. Jej pokój – przejęty po Krótkiej Blond – przylegał do klatki schodowej. Lucy postawiła pudło na podłodze i wyjęła z kieszeni klucz, który dostała od doktora Gulptilila.
Wsunęła klucz do zamka i zamarła.
Drzwi były otwarte. Uchyliły się na kilka centymetrów, ukazując wąski pasek ciemności wzdłuż krawędzi.
Lucy cofnęła się gwałtownie na środek korytarza.
Rozejrzała się i nachyliła lekko, próbując kogoś wypatrzyć albo wyłowić jakiś dźwięk. Ale nagle straciła wzrok i słuch. Wszystkie zmysły słały jej ostrzeżenia.
Lucy nie wiedziała, co robić.
Trzy lata w biurze prokuratora hrabstwa Suffolk oskarżania w sprawach przestępstw na tle seksualnym wiele ją nauczyły. Szybko wspinając się po szczeblach kariery, aż do zastępcy dyrektora wydziału, nieustępliwie rozpracowywała szczegóły kolejnych przypadków. Ciągła styczność ze zbrodnią uruchomiła w niej swego rodzaju codzienny mechanizm testujący. Każdą, najdrobniejszą nawet czynność przykładała do wewnętrznego standardu: „Czy to będzie ten mały błąd, który stworzy komuś sposobność do popełnienia przestępstwa?” Wiedziała więc, że nie powinna chodzić sama po ciemnym parkingu w nocy ani otwierać drzwi bez sprawdzenia, kto puka. Pamiętała, żeby zamykać okna i zachować ciągłą czujność, a czasem wyjąć służbowy pistolet. Chodziło również o niepowtarzanie tych drobnych błędów, które zrobiła tamtej strasznej nocy za czasów studenckich.
Przygryzła wargę. Broń była zamknięta w futerale, w torbie w pokoju.
Znów wytężyła słuch, wmawiając sobie, że wszystko w porządku, chociaż irracjonalny i przerażony wewnętrzny głos upierał się, że jest wręcz przeciwnie. Postawiła na podłodze pudło z teczkami i odsunęła je nogą na bok. Ostrzegawczy krzyk w jej głowie nie milkł.
Zignorowała go i wyciągnęła rękę do klamki.
Potem, z dłonią na mosiądzu, znieruchomiała.
Gdyby metal był rozgrzany do czerwoności, nie zwróciłaby na to uwagi.
Wolno odetchnęła i cofnęła się o krok.
Drzwi były zamknięte, teraz są otwarte, analizowała w duchu. Co robić?
Znów się cofnęła. Potem nagle się odwróciła i ruszyła przed siebie korytarzem. Rozglądała się na lewo i prawo, wytężała słuch. Przyspieszyła kroku, już prawie biegła. Wykładzina tłumiła tupot. Wszystkie pozostałe pokoje na piętrze były zamknięte i ciche. Dotarła do końca korytarza, zdyszana, potem zbiegła po schodach, wybijając obcasami szybki rytm na stopniach. Klatka schodowa była identyczna z tą na drugim końcu, którą weszła kilka minut temu, pusta i pełna ech. Lucy pchnęła ciężkie drzwi i po raz pierwszy usłyszała czyjeś głosy. Ruszyła w ich stronę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Przy frontowym wejściu na parterze stały trzy młode kobiety. Wszystkie pod kolorowymi rozpinanymi swetrami miały białe mundurki pielęgniarek; zaskoczone podniosły wzrok, kiedy Lucy do nich podbiegła.
Uspokoiła trochę oddech, wachlując się dłońmi.
– Przepraszam…
Kobiety patrzyły na nią bez słowa.
– Przepraszam, że przeszkadzam w rozmowie – wysapała. – Jestem Lucy Jones, prokurator przysłana tu, żeby…
– Wiemy, kim pani jest, panno Jones, i co pani tu robi – przerwała jej jedna z pielęgniarek. Była wysoka, czarnoskóra, miała szerokie, muskularne ramiona i ciemne włosy. – Coś się stało?
Lucy kiwnęła głową i wzięła głęboki oddech, próbując zapanować nad sobą.
– Nie jestem pewna – powiedziała. – Wróciłam tu i zastałam otwarte drzwi do swojego pokoju. Rano na pewno je zamykałam, kiedy szłam do budynku Amherst…
– To niedopuszczalne – stwierdziła jedna z pielęgniarek. – Nawet jeśli wchodziła tam sprzątaczka albo ktoś od napraw, powinni zamknąć za sobą drzwi.
– Panie wybaczą – powiedziała Lucy – ale byłam tam sama i…
Wysoka, czarna pielęgniarka ze zrozumieniem pokiwała głową.
– Wszyscy jesteśmy trochę nerwowi, panno Jones, nawet po aresztowaniu Chudego. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać w szpitalu. Może pójdziemy z panią na górę i sprawdzimy, co się stało?
Nikt nie musiał rozwijać sformułowania „takie rzeczy”, żeby było zrozumiałe. Lucy westchnęła.
– Dziękuję. To bardzo uprzejme z pań strony. Naprawdę będę wdzięczna.
Wszystkie cztery weszły na górę, maszerując razem jak stadko ptaków. Pielęgniarki dalej rozmawiały, właściwie plotkowały, o parze pracujących w szpitalu lekarzy, i żartowały o oślizłości adwokatów, którzy przyjechali w tym tygodniu na posiedzenia komisji zwolnień. Lucy szła przodem, szybkim krokiem zmierzając wprost do swoich drzwi.
– Naprawdę jestem wdzięczna – powtórzyła. Nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.
Osłupiała; były zamknięte. Załomotały w futrynie, ale się nie otworzyły.
Znów pchnęła.
Pielęgniarki popatrzyły na nią trochę dziwnie.
– Były otwarte – wymamrotała Lucy. – Na pewno.
– Teraz są zamknięte – stwierdziła czarna pielęgniarka.
– Ale jestem pewna, że… Nacisnęłam klamkę i zanim przekręciłam klucz w zamku, drzwi się uchyliły – wyjaśniła Lucy, ale bez przekonania. Nagle ogarnęły ją wątpliwości.
Zapadło niezręczne milczenie. Lucy wsunęła klucz do zamka i otworzyła drzwi. Trzy pielęgniarki stanęły za panią prokurator.
– Może wejdźmy do środka i rozejrzyjmy się? – zaproponowała jedna z nich.
Lucy pchnęła drzwi i weszła do pokoju. W środku było ciemno; pstryknęła przełącznik na ścianie. Światło natychmiast zalało małe pomieszczenie. Był to wąski, skromnie urządzony pokoik, przypominający mnisią celę: gołe ściany, ciężka komoda, pojedyncze łóżko, małe, brązowe, drewniane biurko i krzesło z twardym oparciem. Walizka Lucy leżała otwarta na środku łóżka, na czerwonej, sztruksowej narzucie – jedynej plamie żywszego koloru w całym wnętrzu. Wszystko inne było albo brązowe, albo białe jak ściany. Pod okiem trzech pielęgniarek Lucy zajrzała do środka pustej szafy. Potem przeszła do łazienki i sprawdziła kabinę prysznica. Przyklękła nawet i zajrzała pod łóżko, chociaż wszystkie cztery widziały, że nikt się tam nie schował. Lucy wstała, otrzepała się i odwróciła do trzech pielęgniarek.