Lucy stała jak wryta. Po chwili rozbrzmiały przekleństwa, potem czyjeś rozgniewane głosy i wysokie wrzaski. To właśnie spodziewała się usłyszeć; wcześniejsza cisza, której tak naprawdę nie było, prawdopodobnie zrównywała ją z większością populacji szpitala, zauważyła z ironią. Ruszyła dalej, odwracając się plecami do wszystkich okien i par oczu, które mogły ponuro śledzić jej każdy krok albo wpatrywać się pustym wzrokiem w zachęcający błękit nieba. Nie było sposobu, by ją odróżnić.
Rozdział 17
Peter Strażak stał z tacą na środku stołówki i przyglądał się otaczającej go, bulgoczącej, wulkanicznej aktywności. Posiłki w szpitalu były ciągiem drobnych potyczek, te zaś – odbiciem wielkich, wewnętrznych wojen, które toczył każdy pacjent. Żadne śniadanie, obiad ani kolacja nie mijały bez incydentu. Awantury zdarzały się równie regularnie, jak niedosmażona jajecznica czy pozbawiona smaku sałatka z tuńczyka.
Po prawej widział zniedołężniałego starca, szczerzącego się szaleńczo i zapluwającego mlekiem. Pielęgniarka bezustannie wkładała wiele wysiłku, żeby mężczyzna się zakrztusił. Po lewej dwie kobiety kłóciły się o miskę zielonej galaretki. Mały Czarny cierpliwie próbował rozstrzygnąć, dlaczego miska była tylko jedna, a chętne dwie, i nie dopuścić, żeby obie kobiety – z wyglądu prawie identyczne, z poskręcanymi strąkami siwych włosów, w niebiesko-różowych podomkach – skoczyły sobie do gardeł. Żadna nie chciała cofnąć się dziesięć czy dwadzieścia kroków do kuchni i wziąć drugą miskę galaretki. Ich wysokie, piskliwe krzyki mieszały się ze szczękiem talerzy i sztućców; z kuchni, gdzie przygotowywano posiłek, bił parny gorąc. Po chwili jedna z kobiet niespodziewanie wyciągnęła rękę i cisnęła miską galaretki o podłogę. Naczynie roztrzaskało się z hukiem przypominającym wystrzał.
Peter przeszedł do swojego stolika w rogu, gdzie mógł siedzieć plecami do ściany. Napoleon już tam był; Peter podejrzewał, że Francis też niedługo się pojawi, chociaż nie wiedział, gdzie chłopak się podziewa. Usiadł i podejrzliwie popatrzył na porcję zapiekanki z makaronem. Miał pewne wątpliwości co do jej pochodzenia.
– Napciu, powiedz mi coś – zagadnął, szturchając jedzenie widelcem. – Co w taki piękny dzień jak dzisiaj jadłby żołnierz Wielkiej Armii Republiki?
Napoleon z entuzjazmem szturmował zapiekankę, jak maszyna pakując kolejne porcje brei do ust. Na pytanie Petera zwolnił, potem przestał jeść, żeby się zastanowić.
– Mięso z puszki – odparł po chwili. – Niebezpieczne świństwo, zważywszy na warunki sanitarne tamtych czasów. Albo soloną wieprzowinę. Na pewno chleb. To była podstawa ich wyżywienia, razem z twardym serem, który żołnierze nosili w plecakach. Popijaliby pewnie czerwonym winem albo wodą, ze strumienia lub studni. Jeśli plądrowali okolicę, co robili często, mogli ukraść z pobliskiej farmy kurczaka albo gęś, upiec ją na rożnie albo ugotować.
– A jeśli mieli iść do bitwy? Dostawali specjalny posiłek?
– Nie. Raczej nie. Zazwyczaj chodzili z pustymi brzuchami, a często, jak w Rosji, przymierali głodem. Zaopatrzenie armii zawsze było problemem.
Peter podniósł do oczu bezkształtny kawałek czegoś, co serwowano jako kurczaka. Zastanawiał się, czy mógłby iść do bitwy, gdyby jego siłą napędową miała być taka zapiekanka.
– Powiedz mi, Napciu, uważasz, że jesteś wariatem? – spytał niespodziewanie.
Mały człowieczek znieruchomiał. Spora porcja klusek ociekających sosem zatrzymała się tuż przed jego ustami. Napoleon zastanowił się. Po chwili odłożył widelec i westchnął.
– Chyba tak, Peter – powiedział trochę smutno. – W niektóre dni bardziej niż w inne.
– Opowiedz mi coś o tym – poprosił Peter.
Napoleon pokręcił głową; zniknęły resztki jego entuzjazmu.
– Lekarstwa kontrolują omamy. Na przykład dzisiaj. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem cesarzem. Wiem tylko dużo o człowieku, który nim był. I o tym, jak dowodzić armią. I co się stało w 1812 roku. Dzisiaj jestem tylko zwykłym historykiem amatorem. Ale jutro… nie wiem. Bo na przykład wieczorem schowam lekarstwa pod językiem, a potem wypluję. Wszyscy tu się uczą takich sztuczek. A może dawka będzie trochę za mała. To też się zdarza. Pielęgniarki mają tak dużo pigułek do rozdania, że czasem nie pilnują dobrze, kto co dostaje. I już naprawdę potężne złudzenie nie potrzebuje dużo gleby, żeby się zakorzenić i zakwitnąć.
Peter przez chwilę się nad tym zastanawiał.
– Brakuje ci tego?
– Czego?
– Złudzeń. Czujesz się kimś wyjątkowym, kiedy je masz, i zwykłym, kiedy mijają?
Napoleon się uśmiechnął.
– Tak. Czasami. Ale czasem też bolą, i to nie tylko dlatego, że widzisz, jakie są straszne dla wszystkich dookoła. Fiksacja staje się tak potężna, że zaczyna nad tobą panować. Czujesz, jakby w środku rozciągała ci się gumka. Wiesz, że w końcu musi pęknąć, ale za każdym razem, kiedy jesteś przekonany, że trzaśnie i wszystko ci się w środku wysypie, ona rozciąga się jeszcze trochę. Powinieneś zapytać Mewę. On chyba lepiej to rozumie.
– Zapytam. – Peter znów się zawahał. Zobaczył idącego w ich stronę Francisa. Chłopak poruszał się jak żołnierz z patrolu w Wietnamie – jakby nie był pewny, czy ziemia, po której stąpa, nie jest zaminowana. Francis halsował między kłótniami i złością, odrzucany trochę w prawo, trochę w lewo przez gniew i halucynacje, unikając mielizn demencji i niedorozwoju. W końcu dotarł do stolika i usiadł ciężko z westchnieniem ulgi. Stołówka była niebezpiecznym polem minowym kłopotów, pomyślał Peter.
Francis dźgnął widelcem szybko tężejącą masę na talerzu.
– Chyba nie chcą, żebyśmy się roztyli – mruknął.
– Ktoś mi mówił, że spryskują jedzenie torazyną – oznajmił Napoleon konspiracyjnym szeptem, nachylając się do Petera i Mewy. – W ten sposób mają pewność, że będziemy spokojni i pod kontrolą.
Francis spojrzał na dwie kobiety pozbawione galaretki. Wciąż na siebie wrzeszczały.
– Wątpię – odparł. – Wystarczy popatrzeć, co się dzieje.
– Mewa, jak myślisz, o co one się kłócą? – zapytał Peter, dyskretnie wskazując dwie pacjentki.
Francis podniósł wzrok, zawahał się i wzruszył ramionami.
– O galaretkę?
Peter się uśmiechnął. Potem pokręcił głową.
– Naprawdę sądzisz, że warto się pobić o miseczkę głupiej zielonej galaretki?
Francis uświadomił sobie, że Peter pyta na poważnie. Przyjaciel zwykł obudowywać duże pytania małymi. Francis podziwiał tę cechę, bo świadczyła o umiejętności wychodzenia myślą poza mury budynku Amherst.
– Chodzi o to, żeby coś mieć, Peter – powiedział powoli. – Coś namacalnego, tutaj, gdzie tak niewiele rzeczy należy do pacjenta. Nie chodzi o galaretkę, lecz jej posiadanie. O coś, co przypomina o świecie, który na nas czeka, jeśli tylko zdołamy posiąść dość drobiazgów, by zamienić się z powrotem w ludzi. Cóż, o to chyba warto walczyć, prawda?
Peter milczał, rozważając słowa Francisa. Obie kobiety nagle zalały się łzami.
Peter nie odrywał od nich wzroku i Francis pomyślał, że każdy taki incydent musiał ranić Strażaka na wskroś, bo on tu nie pasował. Zerknął na Napoleona, który wzruszył ramionami, uśmiechnął się i wesoło wrócił do jedzenia. On tu pasuje. Ja pasuję. Wszyscy tu pasujemy, za wyjątkiem Petera, rozważał Francis. Głęboko w duchu Strażak musi się bardzo bać, że im dłużej zostaje w szpitalu, tym bliższy jest temu, że się do nas upodobni. Francis usłyszał w głowie chór przytakiwań.
Gulptilil spojrzał z powątpiewaniem na listę nazwisk, którą Lucy rzuciła mu na biurko.
– To wygląda jak przekrój przez dużą część naszej populacji, panno Jones. Czy wolno zapytać, jakie kryteria selekcji pani przyjęła, wybierając akurat tych pacjentów?
Mówił sztywnym, nieprzyjaznym tonem; w zestawieniu z jego świergoczącym, śpiewnym głosem ta pretensjonalność brzmiała śmiesznie.
– Oczywiście – odparła Lucy. – Ponieważ nie przyszedł mi do głowy żaden czynnik determinujący natury psychologicznej, na przykład jakieś konkretne schorzenie. Oparłam się więc na przypadkach przemocy wobec kobiet. Każdy z siedemdziesięciu pięciu mężczyzn z tej listy zrobił coś, co można uznać za wrogie wobec płci przeciwnej. Niektórzy, rzecz jasna, posunęli się dalej niż inni, ale wszystkich łączy ten jeden wspólny czynnik.