– Powiem tak, panno Jones. Mój brat i ja zrobimy, co się da. Evans ani Piguła nie mogą się o tym dowiedzieć. – Przerwał, pozwalając na chwilę wymownego milczenia. – Peter, przyjdź do nas porozmawiać na osobności. Wpadł mi do głowy pewien pomysł…
Peter kiwnął głową.
– A właściwie czego mamy szukać? – spytał Duży Czarny.
Na jego pytanie odpowiedział Peter.
– Przede wszystkim zakrwawionych ubrań albo butów. Dalej noża albo jakiejś broni ręcznej roboty. Cokolwiek to jest, będzie ostre jak diabli, bo przecięło ciało i kość. I brakującego kompletu kluczy, bo nasz anioł potrafi przechodzić przez zamknięte drzwi, kiedy tylko chce. Poza tym wszystkiego, co może powiedzieć nam o zbrodni, za którą biedny Chudy poszedł siedzieć. Albo co nakierowałoby nas na poprzednie morderstwa, na które zwróciła uwagę Lucy, w innej części stanu. Na przykład wycinki z gazet. Część ubrania kobiety. Nie wiem. Ale jest gdzieś tam jeszcze jedna rzecz, której brakuje – powiedział. – A właściwie kilka rzeczy.
– Co to takiego? – spytał Duży Czarny.
– Cztery odcięte czubki palców – odparł Peter chłodno.
Francis wiercił się zakłopotany w małym gabinecie Lucy, starając się unikać nieprzyjaznego spojrzenia pana Evansa. W pokoju zalegała ciężka cisza, jakby ktoś zostawił włączony grzejnik, podczas gdy na zewnątrz było ciepło, a w środku zrobił się lepki, niezdrowy upał. Francis spojrzał na Lucy: była zaprzątnięta jedną z teczek pacjentów; przerzucała kartki z odręcznymi notatkami i zapisywała coś w żółtym notesie.
– Nie powinno go tu być, panno Jones. Mimo pani przekonania, że mógłby pomóc, i pozwolenia doktora Gulptilila, cały czas uważam, że to wysoce niewłaściwe włączać pacjenta do takiego przedsięwzięcia. Z całą pewnością wszelkie wnioski, jakie wyciągnie, będą mniej wartościowe niż te, które ja czy inny członek personelu szpitala mógłby wnieść do przesłuchań.
Evansowi udało się popaść w nadęty ton, który nie był zwyczajny w jego sposobie wyrażania się. Pan Zły zazwyczaj mówił z irytującym sarkazmem, podkreślającym różnice między nim a pacjentami. Francis podejrzewał, że Evans używa pretensjonalnie dużych słów i klinicznej terminologii na zebraniach personelu szpitala. Sprawianie wrażenia ważnego, uświadomił sobie, to nie to samo, co bycie ważnym. Jak zwykle w głowie zaszemrał mu chór głosów aprobaty.
Lucy podniosła wzrok znad papierów.
– Zobaczmy, jak pójdzie – powiedziała po prostu. – Jeśli wynikną jakieś problemy, zawsze możemy coś zmienić.
Potem znów nachyliła się nad teczką. Evans jednak nie dał się zbyć.
– A kiedy ten siedzi tu z nami, gdzie jest drugi?
– Peter? – spytał Francis.
Lucy znów podniosła głowę.
– Wysłałam go, żeby zajął się bardziej przyziemnymi i nudnymi aspektami dochodzenia – wyjaśniła. – Mimo tego, że działamy trochę nieoficjalnie, zawsze jest do zrobienia wiele nużących, ale koniecznych rzeczy. Zważywszy na jego doświadczenie, uznałam, że nada się do tego doskonale.
Evans jakby się uspokoił. Bardzo sprytna odpowiedź, pomyślał Francis. Zrozumiał, że kiedy będzie trochę starszy, może nauczy się, jak mówić nie do końca prawdę, a zarazem nie kłamać.
Minęło jeszcze kilka sekund nieprzyjemnej ciszy, potem ktoś zapukał do drzwi i szeroko je otworzył. Duży Czarny wyglądał niczym gigant przy mężczyźnie, którego Francis rozpoznawał z jednego z dormitoriów na górze.
– Pan Griggs – oznajmił, szeroko się uśmiechając. – Na samej górze listy. Wielką dłonią lekko pchnął mężczyznę, kierując go do środka, a potem ze skrzyżowanymi na piersiach rękami stanął pod ścianą, skąd mógł obserwować przebieg wydarzeń.
Griggs stanął na środku pokoju i zawahał się. Lucy wskazała mu krzesło, stojące tak, że Francis i pan Zły mogli przyglądać się reakcjom mężczyzny na zadawane mu pytania. Griggs był żylastym, muskularnym, łysiejącym człowiekiem w średnim wieku, z długimi palcami i zapadniętą klatką piersiową. Jego słowom często towarzyszył astmatyczny poświst. Pacjent rozglądał się ukradkiem po pokoju, co nadawało mu wygląd płochliwej wiewiórki wypatrującej niebezpieczeństwa. Griggs zmierzył Lucy przeszywającym spojrzeniem, potem się rozluźnił. Z wyrazem irytacji na twarzy wyciągnął przed siebie nogi.
– Dlaczego tu jestem? – zapytał.
– Jak pewnie pan wie – odpowiedziała Lucy szybko – pojawiło się kilka niewyjaśnionych kwestii w sprawie zamordowania pielęgniarki stażystki w tym budynku. Miałam nadzieję, że będzie pan mógł rzucić jakieś światło na ten incydent.
Mówiła głosem rzeczowym, rutynowym, ale Francis widział w jej postawie i wzroku, że nie bez powodu wybrano tego pacjenta jako pierwszego. Lucy musiała znaleźć w jego aktach coś dla siebie ważnego.
– Nic nie wiem – odparł Griggs. Poruszył się nerwowo i machnął ręką. – Mogę już iść?
Na karcie pacjenta Lucy widziała takie określenia, jak „dwubiegunowy” i „depresja”, „skłonności antyspołeczne” i „problem z panowaniem nad gniewem”. Griggs był pęczkiem kłopotów, pomyślała. Pociął kobietę brzytwą w barze po tym, jak zafundował jej kilka drinków, a ona odmówiła jego niedwuznacznej propozycji. Potem stawiał zaciekły opór aresztującym go policjantom. Po przybyciu do szpitala groził Krótkiej Blond i kilku innym pielęgniarkom niepewną i niesprecyzowaną, ale niezaprzeczalnie straszliwą zemstą za każdym razem, kiedy próbowały go zmusić do wzięcia lekarstw, przełączenia telewizora w świetlicy na inny program czy zaprzestania dręczenia innych pacjentów, co robił niemal codziennie. Każdy z tych przypadków został sumiennie wpisany w jego akta. Znajdowała się tam również informacja, że Griggs wmawiał swojemu obrońcy z urzędu, że bliżej nieokreślone głosy kazały mu pociąć wspomnianą kobietę. To twierdzenie zaprowadziło go do Western State zamiast do miejscowego więzienia. Dodatkowy wpis, odręcznym pismem Gulptilila, kwestionował prawdziwość oświadczeń pacjenta. Griggs był, krótko mówiąc, człowiekiem pełnym gniewu i kłamstw co w oczach Lucy czyniło go pierwszorzędnym kandydatem. Uśmiechnęła się.
– Oczywiście – powiedziała. – A więc w noc zabójstwa…
Griggs nie dał jej dokończyć.
– Spałem na górze. Pod kołderką. Ogłuszony tym gównem, które nam tu dają.
Lucy zerknęła na żółty notes, potem utkwiła wzrok w pacjencie.
– Tamtej nocy odmówił pan przyjęcia leków. Zapisano to w aktach.
Griggs otworzył usta, zaczął coś mówić, potem się rozmyślił.
– To nie znaczy, że nie wziąłem – odezwał się w końcu. – Oprychy, takie jak… ten tu – machnął na Dużego Czarnego – nie dają człowiekowi spokoju. – Griggs pewnie użyłby innego określenia na wielkiego pielęgniarza, gdyby się go nie bał. – Zmuszają do łykania piguł. Więc wziąłem. Kilka minut później byłem już w krainie snów.
– Nie lubił pan tej pielęgniarki. Griggs wyszczerzył zęby.
– Żadnej nie lubię. To nie sekret.
– Dlaczego?
Bo nami pomiatają. Każą robić różne rzeczy. Jakbyśmy byli nikim. Griggs mówił w liczbie mnogiej, ale Francis był przekonany, że chodziło mu tylko o niego samego.
– Kobietę łatwiej pobić, prawda? – spytała Lucy.
Pacjent wzruszył ramionami.
– Myśli pani, że dałbym radę pobić jego? – Znów wskazał Dużego Czarnego.
Lucy nie odpowiedziała, zamiast tego lekko się nachyliła.
– W ogóle nie przepada pan za kobietami. Griggs prychnął.
– Za panią na pewno – powiedział cichym, nienawistnym głosem.
Lubi pan krzywdzić kobiety, prawda? Tylko roześmiał się świszcząco. Utrzymując spokojny, rzeczowy ton, Lucy zmieniła kierunek.
– Gdzie był pan w listopadzie? – zapytała niespodziewanie. – Jakieś szesnaście miesięcy temu?
– Co?
– Słyszał pan.
– Myśli pani, że pamiętam, co było tak dawno?
– To dla pana problem? Bo mogę to cholernie szybko sprawdzić.
Griggs poruszył się niespokojnie na krześle, próbując zyskać trochę czasu. Francis widział, że żylasty mężczyzna mocno się koncentruje, jakby próbował dostrzec za mgłą jakieś niebezpieczeństwo.
– Pracowałem na budowie w Springfield – odparł. – W ekipie drogowców. Naprawa mostu. Paskudna robota.
– Był pan kiedyś w Concord?
– Concord?
– Słyszał pan.