– Nie, nigdy. To w drugim końcu stanu.
– Kiedy zadzwonię do szefa tamtej brygady, nie dowiem się, że miał pan dostęp do firmowej ciężarówki, prawda? I nie powie mi, że wysyłał pana w okolice Bostonu?
Griggs wyglądał na trochę przestraszonego i zmieszanego, jakby napadły go wątpliwości.
– Nie – warknął. – Łatwe roboty dostawali inni. Ja harowałem w wykopach.
Pani prokurator nagle wyjęła jedno ze zdjęć zamordowanych kobiet. Francis zobaczył, że fotografia przedstawia drugą ofiarę. Lucy wstała, nachyliła się nad biurkiem i podsunęła zdjęcie Griggsowi pod nos.
– Pamięta pan to? – zapytała. – Przypomina pan sobie, jak to robił?
– Nie – odparł już mniej pewnie i odważnie. – Kto to?
– Pan mi powie.
– Nigdy jej nie widziałem.
– Myślę, że pan widział.
– Nie.
– Cóż, szef brygady skrupulatnie wpisywał miejsca pobytu swoich pracowników. A więc z łatwością udowodnimy, że był pan w Concord. Tak samo jak to, że nie wziął pan żadnych leków tego wieczoru, kiedy została zabita pielęgniarka. Trochę papierkowej roboty i wypełniamy puste miejsca. Spróbujmy jeszcze raz: pan to zrobił?
Griggs pokręcił głową.
– Ale gdyby pan mógł, to by zrobił. Znów zaprzeczył.
– Pan kłamie.
Griggs powoli wziął głęboki oddech, ze świstem napełniając płuca powietrzem. Kiedy się odezwał, w jego głosie słychać było piskliwy ton z trudem powstrzymywanego gniewu.
– Nie zabiłem żadnej dziewczyny; nigdy jej nie widziałem; a jeśli pani twierdzi, że jestem mordercą, to pani kłamie.
– Co pan robi kobietom, których pan nie lubi? Uśmiechnął się obrzydliwie.
– Po prostuje chlastam.
Lucy opadła na oparcie krzesła i kiwnęła głową.
– Jak tę pielęgniarkę?
Griggs znów pokręcił głową. Potem rozejrzał się po pokoju, przyjrzał najpierw Evansowi, potem Francisowi.
– Nie odpowiem już na żadne pytania – oznajmił. – Chcecie mnie o coś oskarżyć, proszę bardzo.
– Dobrze – powiedziała Lucy. – Na razie jest pan wolny. Ale może znów się spotkamy.
Griggs się nie odezwał. Wstał, zebrał w ustach trochę śliny, jakby zamierzał splunąć na Lucy Jones. Duży Czarny od razu to wychwycił, bo kiedy Griggs dał krok do przodu, złapał go za ramię z siłą imadła.
– Jesteś wolny – powtórzył Duży Czarny spokojnie. – Nie rób niczego, co rozzłościłoby mnie jeszcze bardziej.
Griggs strząsnął jego rękę i odwrócił się. Francis pomyślał, że pacjent coś jeszcze powie, ale mężczyzna tylko popchnął krzesło, aż zaszurało po podłodze, i wyszedł.
Lucy zignorowała tę drobną manifestację buntu i zaczęła pisać w żółtym notesie. Pan Evans też notował coś w swoim. Lucy to zauważyła.
– Nie da się całkiem wykluczyć. Co pan pisze?
Francis milczał, a Evans podniósł wzrok. Miał na twarzy wyraz zadowolenia z siebie.
– Co piszę? – spytał. – No, na początek notatkę, żeby zwiększyć Griggsowi dawki na najbliższych kilka dni. Pani pytania wyraźnie go pobudziły i moim zdaniem pewnie się agresywnie odegra, prawdopodobnie na słabszym pacjencie. Na przykład jednej ze starszych kobiet. Albo kimś z personelu. To równie możliwe. Mogę mu na krótki czas zwiększyć dawki, tak aby gniew się nie ujawnił.
Lucy przestała pisać.
– Co pan zamierza?
– Uspokoić go na jakiś tydzień. Może dłużej.
Pan Zły się zawahał.
– Wie pani – dodał, wciąż pewnym siebie i zadowolonym głosem – mogłem pani zaoszczędzić pracy. Owszem, Griggs odmówił przyjęcia leków w noc morderstwa. Ale ta odmowa oznacza, że dostał tego samego wieczoru zastrzyk dożylny. Widzi pani drugą notatkę w karcie? Ja ją zrobiłem, nadzorowałem procedurę. A więc kiedy mówi, że spał, gdy doszło do morderstwa, zapewniam, że nie kłamie. Był uśpiony. – Znów przerwał. – Może są jacyś inni pacjenci do przesłuchania, przy których mógłbym pani z góry pomóc?
Lucy podniosła wzrok znad papierów. Francis widział po jej minie, że nie tylko nie znosiła tracić czasu, lecz też nie cierpiała panującej w szpitalu sytuacji. Pomyślał, że to musi być dla niej trudne, bo nigdy wcześniej nie była w tego typu miejscu. Potem uświadomił sobie, że bardzo niewielu tak zwanych normalnych ludzi odwiedziło kiedykolwiek szpital dla umysłowo chorych.
Przygryzł wargę, powstrzymując się, żeby nic nie powiedzieć. W głowie mu huczało, przewalały się tam wyraziste obrazy dopiero co zakończonego przesłuchania. Nawet jego głosy milczały, bo – kiedy słuchał tamtego pacjenta – zaczął widzieć różne rzeczy. To nie były halucynacje ani złudzenia. Zobaczył furię i nienawiść, pogardliwe zadowolenie w oczach tamtego, kiedy pokazano mu zdjęcie trupa. Dostrzegł człowieka zdolnego do wielkiego zła. Jednocześnie jednak ujrzał człowieka o wielkiej, strasznej słabości, który zawsze chciał, ale rzadko robił. Nie tego, którego szukali, bo rozpierający Griggsa gniew był oczywisty. Francis podczas tego pierwszego przesłuchania zrozumiał, że w aniele nic nie będzie oczywiste.
W tej samej chwili, kiedy Francis siedział porażony tym, co zobaczył, rzeczami wykraczającymi daleko poza mały gabinet, w którym Lucy, pan Zły i on przeprowadzili przesłuchanie, Peter Strażak i Mały Czarny kończyli przeszukiwanie skromnego dobytku pacjenta Griggsa. Peter zmienił swoje zwykłe ubranie, włącznie ze sponiewieraną czapką bostońskich Red Soksów, na śnieżnobiałe spodnie i kurtkę szpitalnego pielęgniarza. To Mały Czarny zaproponował Peterowi kamuflaż. Każdy musiałby się dokładnie przyjrzeć, żeby spostrzec, że osoba w uniformie to tak naprawdę Peter, a nie pielęgniarz. W świecie pełnym halucynacji i przywidzeń spowodowałoby to pewne wątpliwości. Peter miał nadzieję, że dzięki przebraniu jest wystarczająco kryty, by wykonać zadanie, które przydzieliła mu Lucy. Wiedział jednak, że jeśli zostanie zauważony przez Pigułę, pana Złego albo ktokolwiek innego, kto dobrze go zna, natychmiast wyląduje w izolatce, a Mały Czarny dostanie surową naganę. Chudy pielęgniarz nie przejął się tym zbytnio. Stwierdził, że „niezwykłe okoliczności wymagają niezwykłych rozwiązań”. Peter dostrzegł w nim większą głębię charakteru, niż początkowo przypuszczał. Mały Czarny przypomniał także, że jest mężem zaufania tutejszego związku zawodowego, a jego brat sekretarzem, co dawało im pewne szanse, gdyby zostali przyłapani.
Samo przeszukanie okazało się bezowocne.
Przetrząśnięcie rzeczy osobistych pacjenta, zebranych w otwartej walizce pod łóżkiem, nie trwało długo. Peter przesunął też rękami po posłaniu, sprawdzając, czy w pościeli i materacu nie ma czegoś, co wiązałoby mężczyznę ze zbrodnią. Sprawnie przeszukał całe otoczenie, wypatrując innych miejsc, w których można było schować na przykład nóż. To również nie nastręczyło żadnych trudności, ale też nie przyniosło rezultatów.
Peter wstał i pokręcił głową. Mały Czarny bez słowa dał znak, żeby wracali do miejsca, w którym byli umówieni z jego bratem.
Peter przytaknął, dał krok do przodu, potem nagle się odwrócił i rozejrzał po sali. Jak zwykle kilku mężczyzn leżało na łóżkach ze wzrokiem utkwionym w suficie, pogrążonych w marzeniach, których mógł się tylko domyślać. Jakiś starzec kołysał się w przód i w tył, płacząc. Inny wyglądał, jakby ktoś opowiedział mu właśnie kawał, bo obejmował się rękami i chichotał. Jeszcze inny, potężny, niedorozwinięty mężczyzna, którego Peter spotkał już na korytarzu, siedział na skraju łóżka, w odległym rogu sali, zgięty wpół, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nagle się wyprostował, rozejrzał tępo dookoła i odwrócił. Peter nie wiedział, czy mężczyzna się zorientował, że przeszukują czyjeś łóżko, czy nie. Nie było sposobu ustalić, co docierało do niedorozwiniętego. Możliwe że to, co robili, zostało po prostu zignorowane, zagubiło się w niemal całkowitej niewzruszoności, która nim owładnęła. Ale, uświadomił sobie Peter, równie niewykluczone że mężczyzna, w głębi otępionego umysłu, powiązał jakoś nieobecność pacjenta wyprowadzonego do pokoju przesłuchań z przeszukaniem jego łóżka. Peter nie wiedział, czy pacjent podzieliłby się swoim spostrzeżeniem z innymi, czy nie. Obawiał się jednak, że gdyby dotarło to do człowieka, na którego polowali, ich zadanie stałoby się o wiele trudniejsze. Gdyby mieszkańcy szpitala dowiedzieli się, że różne miejsca są przeszukiwane, jakoś by się to na nich odbiło. Jak bardzo, nie był pewny. Peter nie przeszedł do następnego w tym ciągu rozumowania bardzo ważnego wniosku: że gdyby anioł dowiedział się, co Peter robi, mógłby podjąć próbę ingerencji w te działania.