Выбрать главу

Ogarnął wzrokiem grupę mężczyzn w sali. Zastanawiał się, czy wieści rozejdą się po szpitalu szybko, czy wcale.

– Chodź, Peter – mruknął Mały Czarny. – Zabieramy się stąd.

Peter kiwnął głową i szybkim krokiem poszedł za pielęgniarzem.

Rozdział 18

Później tego samego dnia, a może następnego, w każdym razie w którymś momencie procesji obłąkańców doprowadzanych do gabinetu Lucy Jones, dotarło do mnie, że nigdy wcześniej tak naprawdę nie brałem w niczym udziału.

Kiedy się nad tym zastanowiłem, uznałem, że wokół istnieje mnóstwo najróżniejszych powiązań – a mimo to na zawsze pozostawałem z nich wyłączony. Dla dziecka wykluczenie go ze wszystkiego to straszna rzecz. Może nawet najgorsza.

Kiedyś mieszkałem na typowej, podmiejskiej ulicy: dużo parterowych i jednopiętrowych, pomalowanych na biało domków, z równo przystrzyżonymi trawnikami, może grządką kwiatów pod oknem i małym basenem na podwórku. Autobus szkolny zatrzymywał się w naszej okolicy dwa razy, żeby wszystkie dzieci miały blisko. Popołudniami cała ulica rozbrzmiewała gwarem, głośnym przypływem młodości chłopców i dziewczynek w dżinsach przetartych na kolanach. Tylko w niedziele chłopcy wychodzili z domów w niebieskich swetrach, białych, wykrochmalonych koszulach i poliestrowych krawatach, a dziewczynki w sukienkach z falbankami i zakładkami. Potem wszyscy zbieraliśmy się, wraz z rodzicami, w jednym z pobliskich kościołów. To była typowa mieszanka zachodniego Massachusetts: głównie katolicy, którzy poświęcali czas na rozważania, czy jedzenie mięsa w piątek to grzech, do tego trochę baptystów i episkopalian. W naszej okolicy mieszkało nawet kilka rodzin żydowskich, ale oni musieli jechać na drugi koniec miasta do synagogi.

Wszystko to było niewiarygodnie, przytłaczająco, kosmicznie typowe. Typowa dzielnica zamieszkana przez typowe rodziny, które głosowały na demokratów, zachwycały się Kennedymi i chadzały w ciepłe, wiosenne wieczory na mecze ligowe, nie tyle żeby popatrzeć, ile żeby porozmawiać. Typowe marzenia. Typowe aspiracje. Typowość w każdym względzie, od pierwszych godzin poranka, po ostatnie godziny nocy. Typowe obawy, typowe zmartwienia. Rozmowy jak przykute łańcuchami do normalności. Nawet typowe tajemnice skrywane za typowymi fasadami pozorów. Alkoholik. Damski bokser. Ukryty homoseksualista. Wszystko typowe, bez przerwy.

Za wyjątkiem, oczywiście, mnie.

O mnie rozmawiano przyciszonymi głosami, takim samym tonem, jaki zwykle rezerwowano dla przekazywania wstrząsających wiadomości: że dwie ulice dalej wprowadziła się rodzina czarnych, że widziano burmistrza wychodzącego z motelu z kobietą, z całą pewnością nie żoną.

Przez te wszystkie lata ani razu nie zaproszono mnie na urodzinowe przyjęcie. Nigdy nie poproszono, żebym został na noc. Nie zabrano na rodzinny wypad na lody. Nikt do mnie wieczorem nie dzwonił, żeby pogadać o szkole, sporcie albo o tym, kto kogo pocałował na potańcówce w siódmej klasie. Nigdy nie grałem w zespole, nie śpiewałem w chórze ani nie maszerowałem w orkiestrze. Jesienią nie kibicowałem na piątkowych meczach, nigdy też nie włożyłem źle leżącego smokingu i nie poszedłem na bal maturalny. Moje życie było niezwykłe przez nieobecność wszystkich tych drobiazgów, które składają się na normalność u innych.

Nie byłem w stanie powiedzieć, czego nienawidziłem bardziej – nieuchwytnego świata, z którego wyszedłem i do którego nigdy nie mogłem wrócić, czy samotnego świata, w którym kazano mi żyć: liczba mieszkańców jeden, nie licząc głosów.

Przez tyle lat słyszałem, jak wołają moje imię: Francis! Francis! Francis! Wyjdź! Wyobrażałem sobie, że tak mniej więcej wołałyby mnie dzieci z okolicy w ciepłe, lipcowe wieczory, kiedy słońce powoli zachodzi, a upał unosi się w powietrzu aż do kolacji. Nigdy tak nie zrobiły. Cóż, w sumie trudno mieć do nich pretensje. Nie wiem, czy na ich miejscu bym chciał, żebym wyszedł się pobawić. A w miarę jak dorastałem, dojrzewały też moje głosy; zmieniały się, jakby dotrzymywały mi kroku z każdym mijającym rokiem.

Wszystkie te myśli rodziły się gdzieś w przezroczystym świecie między snem a jawą, bo nagle otworzyłem oczy w swoim mieszkaniu. Musiałem przysnąć, oparty plecami o niezapisany fragment ściany. Zwykle te wszystkie myśli były tłumione przez leki. Zdrętwiał mi kark. Wstałem niepewnie. Dzień wokół mnie zblakł i znów byłem sam, nie licząc wspomnień, duchów i znajomego mamrotania dawno niesłyszanych głosów. Wszystkie zdawały się rozradowane tym, że odzyskały władzę nad moją wyobraźnią. To było trochę tak, jakby ocknęły się razem ze mną; wyobrażałem sobie, że tak budziłaby się obok mnie prawdziwa kochanka, gdybym kiedykolwiek miał prawdziwą kochankę. W uszach mojej wyobraźni głośno domagały się uwagi, trochę jak rozentuzjazmowany tłum na aukcji.

Przeciągnąłem się niespokojnie i podszedłem do okna. Wyjrzałem na pełznące przez miasto strzępy nocy tak samo, jak robiłem to już dziesiątki razy, tyle tylko, że teraz skupiłem się na jednym cieniu, za przysadzistym, ceglanym budynkiem sklepu z częściami samochodowymi. Patrzyłem, jak skraj ciemności się przesuwa. Pomyślałem, że to straszne, iż każdy cień był tylko minimalnie podobny do budynku, drzewa czy idącego szybkim krokiem człowieka, który go zrodził. Nabiera własnego kształtu, nawiązującego do oryginału, ale niezależnego. Taki sam, a inny. Cienie, stwierdziłem, mogą mi powiedzieć bardzo dużo o moim świecie. Może bliżej mi było do bycia jednym z nich, niż do bycia żywym. Potem, kątem oka, zauważyłem radiowóz. Sunął powoli moją ulicą.

Nagle przestraszyłem się, że jadą mnie sprawdzić. Czułem, że dwie pary oczu w zaciemnionym samochodzie unoszą się, omiatają wzrokiem fasadę budynku jak dwa zestawy reflektorów, potem nieruchomieją dokładnie na moim oknie. Rzuciłem się w bok i skuliłem przy ścianie.

Jechali po mnie. Byłem pewny, tak samo jak tego, że po dniu przychodzi noc, a po nocy dzień. Przeszukałem wzrokiem mieszkanie, próbując znaleźć sobie jakąś kryjówkę. Wstrzymałem oddech. Miałem wrażenie, że każde uderzenie mojego serca dudni jak róg przeciwmgielny. Próbowałem mocniej wcisnąć się w ścianę, jakby mogła mnie zamaskować. Czułem obecność policjantów za drzwiami.

A potem nic.

Nie rozległo się niecierpliwe łomotanie do drzwi.

Nie usłyszałem głośnego „Policja!”, pojedynczego słowa, które mówi wszystko od razu.

Otoczyła mnie cisza. Po chwili dyskretnie wyjrzałem przez okno i zobaczyłem pustą ulicę.

Nie było samochodu. Ani policjantów. Tylko jeszcze więcej cieni.

Na chwilę znieruchomiałem. Czy radiowóz w ogóle się tam pojawił?

Wolno odetchnąłem. Wmawiałem sobie, że nic się nie stało, nie ma się czym przejmować. Dokładnie to samo próbowałem sobie wmówić tyle lat temu w szpitalu.

Wciąż miałem w pamięci twarze, nawet jeśli bez nazwisk. Powoli, przez tamten dzień i następny, Lucy przesłuchiwała mężczyzn posiadających według niej elementy profilu, który budowała głęboko w głowie. Mężczyzn pełnych gniewu. Był to na swój sposób przyspieszony kurs poznawczy jednego plastra naszej szpitalnej klienteli, odciętego z krawędzi. Do tamtego gabinetu spędzano najróżniejsze przypadki psychicznych chorób, sadzano je na krześle, czasem przy udziale lekkiego szturchnięcia ze strony Dużego Czarnego, przy wtórze drobnego gestu Lucy i kiwnięcia głową przez pana Evansa.

Co do mnie – ja zawsze siedziałem cicho i słuchałem.

Obserwowałem paradę niemożliwości. Niektórzy pacjenci byli ostrożni, bezustannie zerkali na boki, udzielali wymijających odpowiedzi. Inni wydawali się przerażeni, kulili się na krześle, z potem na czole, z drżeniem w głosie, a każde pytanie Lucy uderzało w nich jak młot, nieważne, jak było rutynowe, łagodne czy nieznaczące. Jeszcze inni zachowywali się agresywnie, ciągle podnosili głos, krzyczeli w złości i, w niejednym przypadku, walili pięściami w biurko, unosząc się urażoną godnością i niewinnością. Kilku nic nie mówiło, patrzyło tępo przed siebie, jakby każde stwierdzenie czy pytanie Lucy pochodziło z zupełnie innego planu egzystencji, jakby nie znaczyło nic w żadnym znanym im języku, więc odpowiedź była niemożliwa. Niektórzy reagowali bełkotem, inni zmyślaniem, jedni złością, drudzy strachem. Kilku gapiło się w sufit albo naśladowało rękami gest duszenia kogoś. Jedni patrzyli na zdjęcia zwłok ze strachem, inni z niepokojącą fascynacją. Ktoś natychmiast się przyznał: „To ja, to ja”, bez przerwy bełkotał, nie pozwalając Lucy zadać choćby jednego z pytań, mogących wskazywać, że to rzeczywiście on popełnił zbrodnię. Inny nic nie powiedział, wyszczerzył się tylko i włożył sobie rękę w spodnie, żeby się podniecić; dopiero zniechęcający ucisk wielkiej dłoni Dużego Czarnego na ramieniu zmusił go, żeby przestał. Przez cały ten czas pan Zły siedział obok Lucy. Kiedy tylko Duży Czarny wyprowadzał kolejnego pacjenta za drzwi, psycholog podawał argumenty wykluczające danego pacjenta. W jego podejściu widoczna była irytująca wyrazistość; miał być pomocny i udzielać informacji, a w rzeczywistości przeszkadzał i mącił. Pan Zły, pomyślałem, był prawie tak sprytny, jak mu się zdawało, i nie tak głupi, jak uważali niektórzy z nas, co, jak myślę teraz, po tylu latach, stanowiło bardzo niebezpieczną kombinację.