Peter oderwał się od ściany.
– Chodź – szepnął do Francisa i podszedł do Lucy. Zmienił się nagle, w jednej chwili skupił się na czymś innym niż Kleo i jej żądania czy własne zadowolenie z zakłopotania Gulptilila. Francis zobaczył, że Strażak ma zacięty wyraz twarzy. Peter złapał Lucy Jones za łokieć i odwrócił ją do siebie.
– Znalazłem coś, o czym muszę ci powiedzieć – oznajmił.
Spojrzała na Petera i bez słowa kiwnęła głową. Cała trójka wróciła do jej małego gabinetu.
– Jakie odniosłaś wrażenie, kiedy rozmawiałaś z tym ostatnim mężczyzną? – spytał Peter, ustawiając krzesła wokół biurka.
Lucy uniosła brew.
– Mówiąc krótko: żadne – odparła i spojrzała na Francisa. – Zgadza się?
Chłopak kiwnął głową.
– Ten człowiek – ciągnęła – chociaż silny fizycznie i dość młody, żeby zrobić to, o co nam chodzi, jest poważnie upośledzony. Nie był w stanie się z nami porozumieć, właściwie tylko siedział, zupełnie na nic nie reagował a Evans uznał, że należy wykluczyć tego pacjenta. Człowiek, którego szukamy, jest inteligentny. Przynajmniej na tyle, żeby planować zbrodnie i unikać wykrycia.
Peter wyglądał na nieco zaskoczonego.
– Evans uznał, że należy go wykluczyć jako podejrzanego? – spytał.
– Tak powiedział – odparła Lucy.
– Ciekawe, bo w rzeczach osobistych tego faceta znalazłem zakrwawioną białą koszulkę.
Lucy odchyliła się w tył, początkowo nic nie mówiąc. Francis patrzył, jak prokurator przyswaja informację; zauważył, że natychmiast nabrała czujności. Jego własna wyobraźnia też się przebudziła.
– Peter, możesz opisać, co znalazłeś? – zapytał. – Skąd pewność, że to było to, co mówisz?
Przedstawienie im obojgu obrazu sytuacji zajęło Peterowi zaledwie kilka chwil.
– Jesteś całkowicie pewny, że to była krew? – dociekała Lucy.
– Tak pewny jak mogę być bez testów laboratoryjnych.
– Wczoraj wieczorem podawali na kolację spaghetti. Zastanawiam się, czy ten facet nie ma problemu z posługiwaniem się sztućcami. Może wylał na siebie sos…
– Nie, ta plama była gęsta, bordowo-brązowa i rozsmarowana. Bez śladów wycierania mokrą szmatką. Tak jakby ktoś chciał ją zachować.
– Na pamiątkę? – spytała Lucy wolno. – Szukamy kogoś, kto lubi zbierać trofea.
– Podejrzewam, że to coś w rodzaju pamiątkowego zdjęcia – odparł Peter. – To znaczy, dla mordercy. Wiesz, rodzina wyjeżdża na wakacje, potem wywołuje zdjęcia. Wszyscy się zbierają, oglądają i przeżywają piękne dni na nowo. Moim zdaniem naszemu aniołowi ta koszulka daje tyle samo satysfakcji i radości. Może ją podnosić, dotykać i wspominać. Myślę, że wspomnienie tamtej chwili oddziałuje na niego prawie tak samo mocno jak sama chwila – zakończył.
Francis usłyszał wzbierający gwar wewnętrznych głosów. Sprzeczne opinie, rady, strach i niepokój. Po chwili kiwnął głową na znak, że zgadza się z Peterem.
– Czy w poprzednich morderstwach ofiarom coś zabrano, oprócz czubków palców? – spytał.
Lucy, która już miała odpowiedzieć na to, co mówił Peter, zmieniła tok myślenia i odwróciła się do Francisa.
– O niczym takim nam nie wiadomo. Nie brakowało żadnych części ubrań, przynajmniej według inwentaryzacji, które sporządziliśmy. Ale to niczego nie wyklucza.
Francisa coś dręczyło, ale nie potrafił sprecyzować co, a żaden z jego głosów nie mówił wyraźnie i przekonująco. Wszystkie wykrzykiwały sprzeczne opinie, więc postarał się je uciszyć, żeby móc się skoncentrować.
Lucy nerwowo stukała ołówkiem o blat biurka.
– Znalazłeś coś jeszcze, co by go obciążało? – zwróciła się do Petera.
– Nie.
– Palce?
– Nie. Noża też nie. Ani kluczy.
– Myślę, że to, co mówiłem wcześniej, to prawda – odezwał się niespodziewanie Francis. Był trochę zaskoczony swoim przekonującym tonem. – Zanim wróciłeś, Peter. Kiedy siedział tu Evans. – Wydawało mu się, że słyszy własny głos, ale dobiegający od jakiegoś innego Francisa, nie tego, którym był, ale którym miał nadzieję stać się któregoś dnia. – Powiedziałem, że musimy odkryć język anioła.
Peter spojrzał na przyjaciela zaintrygowany, Lucy też słuchała z uwagą. Francis zawahał się, lecz zignorował przypływ wątpliwości.
– Zastanawiam się, czy to nie pierwsza lekcja tego języka – powiedział. Pozostali milczeli.
– Musimy tylko się dowiedzieć, co nam mówi i po co.
Lucy przez chwilę zastanawiała się, czy ściganie mordercy w szpitalu może sprawić, że sama oszaleje. Ale szaleństwo postrzegała jako efekt frustracji, nie jakąś chorobę ciała. To był niebezpieczny sposób myślenia, uświadomiła sobie, i z odrobiną wysiłku wyrzuciła ten pomysł z głowy. Wysłała Petera i Francisa na obiad, a sama próbowała zaplanować dalszy kurs działania. Rozłożyła na biurku szpitalną teczkę mężczyzny, którego próbowała przesłuchać rano. Coś się tu powinno zgadzać, pomyślała. Jakieś powiązania powinny być oczywiste. Jakieś kroki wyraźne.
Pokręciła głową, jakby w ten sposób mogła pozbyć się ogarniającego ją wrażenia sprzeczności. Teraz miała nazwisko. Coś konkretnego. Zaczynała budować udane akty oskarżenia od drobniejszych rzeczy. A mimo to czuła się nieswojo. Z leżących przed nią dokumentów powinny wynikać przekonujące fakty, a jednak było wręcz przeciwnie. Głęboko upośledzony mężczyzna, niezdolny do odpowiedzi nawet na najprostsze pytania, patrzący tępo i pozornie całkowicie niezdolny do logicznego myślenia posiadał przedmiot, którym mógł dysponować tylko morderca. To nie miało sensu.
W pierwszym odruchu chciała wysłać Petera z powrotem, żeby przyniósł koszulkę ze skrzynki. Każde laboratorium kryminalistyczne byłoby w stanie porównać plamy krwi z krwią Krótkiej Blond. Możliwe, że na koszulce znaleziono by też włosy albo włókna, a badanie mikroskopowe mogłoby wykazać więcej związków między ofiarą a napastnikiem. Problem polegał na tym, że koszulka zabrana bez nakazu zostałaby odrzucona jako dowód już na pierwszej rozprawie. Do tego dochodziła ciekawa kwestia braku pozostałych przedmiotów, których szukali. Tego też Lucy nie potrafiła zrozumieć.
Bardzo dobrze umiała się koncentrować. W trakcie błyskawicznej kariery w biurze prokuratora wyróżniła się zdolnością postrzegania prowadzonych przez siebie przestępstw mniej więcej tak, jak się ogląda film. Na ekranie swojej wyobraźni składała razem wszystkie szczegóły, tak że wcześniej czy później miała przed oczami cały akt. To właśnie stanowiło źródło jej sukcesów. Kiedy Lucy stawała przed sądem, rozumiała – i to prawdopodobnie lepiej niż sam oskarżony – dlaczego i jak popełnił przestępstwo. Dzięki temu właśnie była tak groźna. Ale w szpitalu czuła się bezradna. Tu po prostu było inaczej niż w świecie kryminalistów, do którego przywykła.
Jęknęła. Spojrzała na teczkę po raz setny i miała właśnie ją zatrzasnąć, kiedy rozległo się ostrożne pukanie do drzwi. Podniosła głowę.
Do środka zza framugi zajrzał Francis.
– Cześć, Lucy – powiedział. – Mogę ci przeszkodzić?
– Wejdź, Mewa. Myślałam, że poszedłeś na obiad.
– Właśnie idę. Ale po drodze coś mi przyszło do głowy, a Peter kazał mi od razu ci o tym powiedzieć.
– Co takiego? – Gestem zaprosiła chłopaka, żeby wszedł i usiadł. Francis wykonał niezgrabną serię ruchów, świadczących o tym, że chce skorzystać z propozycji, ale się waha.
– Ten upośledzony w ogóle nie wyglądał na typ człowieka, którego szukamy – zaczął wolno. – Niektórzy z przesłuchiwanych pacjentów wydawali się, choćby zewnętrznie, znacznie lepszymi kandydatami. A przynajmniej zachowywali się tak, jak według nas powinien zachowywać się kandydat.
Lucy kiwnęła głową.
– Też o tym pomyślałam. Ale skąd ten upośledzony ma koszulkę?
Francis zadrżał, zanim odpowiedział.
– Bo anioł chciał, żebyśmy ją znaleźli. I żebyśmy wpadli na trop tego człowieka. Wiedział, że przesłuchujemy i przeszukujemy, i powiązał jedno z drugim, więc przewidział, co zrobimy, i podrzucił koszulkę.
Lucy odetchnęła gwałtownie. Trafiło do niej takie wyjaśnienie.