Выбрать главу

Zerknęła na akta.

– Panie Harris – zaczęła. – Czy rozpoznaje pan którąś z tych osób? Z tymi słowami rzuciła przed mężczyznę zdjęcia z miejsc zbrodni. Harris ostrożnie je podniósł. Przyglądał się każdemu, być może o kilka sekund za długo. Potem pokręcił głową.

– Zamordowani ludzie – mruknął, przeciągając z naciskiem pierwsze słowo. – Martwi i zostawieni w lesie, z tego, co tu widać. Nie moja działka.

– To nie jest odpowiedź.

– Nie. Nie znam ich. – Jego przekrzywiony uśmiech stał się nieco szerszy. – A nawet gdybym znał, spodziewa się pani, że bym się przyznał?

Lucy zignorowała zaczepkę.

– Jest pan notowany za akty przemocy – przypomniała.

– Bójka w barze to nie morderstwo.

Przyjrzała się mu uważnie.

– Ani jazda po pijaku – dodał. – Ani pobicie faceta, któremu się zdawało, że może mnie wyzywać.

– Niech pan się uważnie przyjrzy trzeciej fotografii – powiedziała powoli Lucy. – Widzi pan na dole datę?

– Tak.

– Proszę powiedzieć, gdzie pan wtedy był?

– Tutaj.

– Nie. Niech pan nie kłamie. Harris poruszył się niespokojnie.

– W takim razie siedziałem w Walpole za jakieś wydumane zarzuty.

– Nie, nie siedział pan. Powtarzam: proszę nie kłamać. Harris zaczął się wiercić na krześle.

– Byłem na Cape. Miałem tam robotę przy kryciu dachów. Lucy zajrzała w akta.

– Ciekawa zbieżność, prawda? Siedzi pan sobie gdzieś na dachu, twierdzi, że słyszy głosy, a w tym samym czasie, po godzinach, zostaje obrobionych kilka domów w okolicy.

– Nikt nigdy nie złożył skargi.

– Dlatego, że dał się pan wysłać tutaj.

Harris znów się uśmiechnął, pokazując rzędy nierównych zębów. Oślizły, okropny człowiek, pomyślała Lucy. Ale nie ten, na którego polowała. Czuła, że siedzący obok niej Evans robi się niespokojny.

– A więc nie miał pan nic wspólnego z żadnym z tych przypadków? – spytała powoli.

– Właśnie – odparł Harris. – Mogę już iść?

– Tak – powiedziała Lucy. – Proszę tylko najpierw wyjaśnić, dlaczego inny pacjent miałby nam mówić, że chwalił się pan tymi morderstwami.

– Co? – Głos Harrisa natychmiast skoczył w górę o oktawę. – Ktoś twierdzi, że to ja zrobiłem?

– Owszem. A więc dlaczego się pan tym chwalił w dormitorium… Williams, prawda? Dlaczego pan to powiedział?

– Nic takiego nie mówiłem! Odbiło pani!

– To dom wariatów – stwierdziła z przekąsem Lucy. – Dlaczego?

– Nie zrobiłem tego. Kto pani nagadał takich bzdur?

– Nie wolno mi zdradzać źródła informacji.

– Kto?

– Przypisywał pan sobie te morderstwa, co słyszano w dormitorium, w którym pan mieszka. Był pan niedyskretny, delikatnie mówiąc. Czekam na wyjaśnienie.

– Kiedy…

Lucy się uśmiechnęła.

– Niedawno. Ta informacja dotarła do nas niedawno. A więc twierdzi pan, że nic nie mówił?

– Tak. To obłęd! Dlaczego miałbym się chwalić czymś takim? Nie wiem, co pani chce osiągnąć, paniusiu, ale nikogo jeszcze nie zabiłem. To nie ma sensu…

– Uważa pan, że wszystko tu powinno mieć jakiś sens?

– Ktoś pani nakłamał. I chce mnie wpakować w kłopoty.

Lucy kiwnęła głową.

– Wezmę to pod uwagę – obiecała. – Dobrze. Jest pan już wolny. Ale być może będziemy musieli znów porozmawiać.

Harris wyskoczył z krzesła i dał krok do przodu. Duży Czarny wysunął się z kąta. Mężczyzna natychmiast to zauważył. Zatrzymał się.

– Sukinsyn – warknął. Potem odwrócił się i wyszedł, rozdeptując po drodze niedopałek papierosa na podłodze.

Evans był czerwony na twarzy.

– Czy zdaje sobie pani sprawę, jakie kłopoty mogą spowodować te pytania? – wybuchnął oskarżycielskim tonem. Postukał palcem w akta z diagnozą Harrisa. – Niech pani zobaczy, co tu jest napisane. Impulsywny. Problem z panowaniem nad sobą. A pani prowokuje go jakimiś wydumanymi sugestiami, które nie mogą wywołać żadnej innej reakcji oprócz furii. Założę się, że zanim dzień się skończy, Harris wyląduje w izolatce, a ja będę musiał podać mu środki uspokajające. Cholera! To było po prostu nieodpowiedzialne, panno Jones. Jeśli zamierza pani dalej upierać się przy pytaniach, które służą tylko mąceniu spokoju na oddziałach, będę zmuszony porozmawiać o tym z doktorem Gulptililem!

Lucy odwróciła się do psychologa.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie pomyślałam. Przy następnych przesłuchaniach postaram się być bardziej przewidująca.

– Potrzebuję chwili przerwy – Evans wstał ze złością. Wypadł z pokoju.

Lucy czuła jednak sporą satysfakcję.

Również wstała i wyszła na korytarz. Czekał tam Peter, z nieznacznym nieuchwytnym uśmiechem na ustach, jakby wiedział o wszystkim, co wydarzyło się w pokoiku pod jego nieobecność. Skinął Lucy głową, dając znać że widział i słyszał wystarczająco dużo i że jest pod wrażeniem planu, który ułożyła i wprowadziła w życie w tak krótkim czasie. Nie zdążył jednak jej nic powiedzieć, ponieważ w tej właśnie chwili zza krat dyżurki wyłonił się Duży Czarny, niosąc zestaw kajdan na ręce i nogi. Grzechotanie łańcucha rozbrzmiało echem po korytarzu. Pacjenci spacerujący w okolicy zobaczyli pielęgniarza z kajdanami i niczym spłoszone stado ptaków zaczęli czym prędzej usuwać mu się z drogi.

Peter jednak czekał bez ruchu.

Kilka metrów od niego z krzesła podniosła się Kleo, kołysząc swoim potężnym ciałem jak okręt szarpany huraganem.

Lucy patrzyła, jak Duży Czarny podchodzi do Petera, przeprasza go szeptem, a potem zakłada mu pęta na nadgarstki i kostki. Nic nie powiedziała.

Ale kiedy z trzaskiem zamknął się ostatni zamek, Kleo poczerwieniała z wściekłości.

– Dranie! Bydlaki! Nie pozwól im się stąd zabrać, Peter! Potrzebujemy cię!

Cisza załomotała w korytarzu.

– Niech to szlag – zaśpiewała Kleo. – Potrzebujemy cię!

Lucy zobaczyła, że Peter spoważniał, a z jego twarzy zniknął nonszalancki uśmiech. Podniósł ręce, jakby sprawdzał wytrzymałość więzów, a Lucy pomyślała, że widzi przenikające go wielkie cierpienie, zanim odwrócił się i pozwolił Dużemu Czarnemu poprowadzić się korytarzem, truchtając jak spętane dzikie zwierzę.

Rozdział 21

Peter ostrożnie truchtał szpitalną ścieżką obok Dużego Czarnego. Olbrzymi pielęgniarz milczał, jakby wstydził się swoich obowiązków. Przeprosił Petera, kiedy wyszli z budynku Amherst, potem się zamknął. Szedł jednak szybkim krokiem, przez co Strażak musiał prawie biec i bardzo uważać, żeby się nie potknąć.

Peter czuł na karku ciepło późnego, popołudniowego słońca; kilka razy podniósł głowę i zobaczył snopy światła przesączające się między budynkami. Zachód słońca zawładnął końcówką dnia. W powietrzu pojawił się już lekki chłodek, znajome ostrzeżenie, że z nadejściem wiosny w Nowej Anglii nie należy spodziewać się rychłego lata. Biała farba lśniła na framugach okien, sprawiając, że zakratowane szkło wyglądało jak oczy spod ciężkich powiek obserwujące marsz Petera przez dziedziniec. Kajdanki na rękach wpijały się boleśnie w ciało. Peter uświadomił sobie, że cały entuzjazm, który czuł, kiedy po raz pierwszy opuścił Amherst w towarzystwie dwóch braci, żeby szukać anioła, podniecenie, które ogarniało go z każdym zapachem i wrażeniem, wszystko to uciekło, ustępując miejsca ponuremu uczuciu uwięzienia. Nie wiedział, na jakie spotkanie jest prowadzony, ale podejrzewał, że chodzi o coś ważnego.

Przeczucie to wzmocnił jeszcze widok dwóch czarnych limuzyn, zaparkowanych na okrągłym placyku przed budynkiem administracji szpitala. Samochody były wypolerowane do połysku.

– Co tu się dzieje? – spytał szeptem Dużego Czarnego.

Pielęgniarz pokręcił głową.

– Kazali mi tylko założyć ci kajdanki i jak najszybciej przyprowadzić. A więc wiesz tyle samo, co ja.