– To musisz być ty – wykrztusił szeptem, ale przepełnionym okropnym, cichym trzaskiem gniewu. – To musisz być ty! To ty mnie szukasz, tak?
Francis nie odpowiedział, tylko przywarł do ściany. Mężczyzna podniósł pięść i wcisnął mu ją pod brodę. Jego oczy błyszczały furią wężowy syk wypowiadanych słów wypełniał przestrzeń jak ostrzegawczy grzechot grzechotnika.
– Bo to ja jestem tym, którego szukasz – wysylabizował. Potem, z nonszalanckim uśmiechem, odepchnął Francisa i wyszedł na korytarz.
Rozdział 22
Ale ja wiedziałem, prawde? Może nie od razu w tamtej chwili, ale już niedługo potem. Początkowo byłem zaskoczony tym, z jaką pasją ciśnięto mi w twarz to wyznanie. Czułem, że coś we mnie drży, a wszystkie głosy wykrzykiwały ostrzeżenia i obawy, sprzeczne polecenia, żeby się schować i żeby za nim iść, ale przede wszystkim, żeby zwracać uwagę na to, co rozumiałem. Czyli oczywiście na to, że to nie miało sensu. Dlaczego anioł miałby po prostu do mnie podejść i zdradzić swoją obecność, skoro zrobił tak dużo, żeby ukryć własną tożsamość? A jeśli krępy mężczyzna nie był aniołem, dlaczego powiedział, że jest?
Pełen złych przeczuć, targany pytaniami i wątpliwościami, wziąłem głęboki oddech, uspokoiłem nerwy i wyszedłem szybkim krokiem z dormitorium, zamierzając śledzić krępego mężczyznę na korytarzu. Obserwowałem go, jak przystaje, zamaszyście zapała papierosa, potem podnosi wzrok i ocenia nowy świat, do którego go przeniesiono. Doszedłem do wniosku, że budynki znacznie się od siebie różniły. Co prawda architektura była podobna, korytarze i gabinety, świetlica, stołówka, sale sypialne, schowki, klatki schodowe, izolatki na górze, wszystko to rozmieszczono według jednego wzoru, może z niewielkimi różnicami w projekcie. Ale to nie był prawdziwy teren każdego budynku. Kontury i topografię określała różnorodność zawartego w nim szaleństwa. I to właśnie oceniał nowo przybyły. Zauważyłem jeszcze jeden błysk jego oczu i zrozumiałem, że ten mężczyzna zawsze znajduje się na skraju wybuchu. Nie panował nad wściekłością, krążącą w jego żyłach i walczącą o lepsze z haldolem, proliksyną czy tym, co mu akurat podawano. Nasze ciała były polami bitew między armiami psychoz i narkotyków, ścierających się o każdy z centymetrów powierzchni, a krępy mężczyzna wydawał się ofiarą tej wojny tak samo jak my wszyscy.
Nie sądziłem, by był nią anioł.
Zobaczyłem, że krępy odpycha niedołężnego starca. Chudy i słaby pacjent zatoczył się, prawie upadł i zalał się łzami. Agresywny mężczyzna szedł dalej przed siebie, przystając tylko po to, żeby skrzywić się na widok dwóch kobiet w kącie, kołyszących na rękach lalki i śpiewających im kołysanki. Kiedy rozczochrany, potargany katon w luźnej piżamie i długim, rozwianym szlafroku zaszedł mu drogę, krępy wrzasnął na patrzącego niewidzącym wzrokiem mężczyznę, potem poszedł dalej, przyspieszając kroku, jakby nie chciał zgubić rytmu wybijanego przez wewnętrzną wściekłość. A każdy krok, który przebył, oddalał go, pomyślałem, od poszukiwanego przez nas mężczyzny. Nie umiałbym chyba wyjaśnić, dlaczego, ale byłem o tym coraz bardziej przekonany, im dalej szedłem za tamtym brutalem. Oczyma wyobraźni widziałem dokładnie, jak krępy mężczyzna, kiedy wybuchła zaaranżowana przez Lucy bijatyka w Williams, natychmiast włączył się do wymiany ciosów i za to został przeniesiony do Amherst, jako załącznik do całego zajścia. Nie był typem człowieka, który siedziałby skulony pod ścianą i patrzył na rozwój konfliktu. On reagował odruchowo, natychmiast rzucał się w sam środek starcia, nieważne, jaka była jego przyczyna ani kto walczył z kim. Po prostu lubił się bić, bo dzięki temu mógł rozładować dręczące go impulsy i zatracić się we wściekłej wymianie razów. A potem, kiedy wstawał zakrwawiony, jego szaleństwo nie pozwalało mu zastanawiać się, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej.
Zrozumiałem, że częścią jego choroby było nieustanne zwracanie na siebie uwagi.
Ale dlaczego rzucił mi w twarz: „To ja jestem tym, którego szukacie”?
Przytknąłem czoło do słów, które napisałem na ścianie w moim mieszkaniu, i pogrążyłem się we wspomnieniach. Dotyk gładkiej powierzchni przypominał mi trochę zimne okłady stosowane do zbicia dziecięcej gorączki. Zamknąłem oczy z nadzieją na odpoczynek. Ale powietrze przeszył szept, syczący tuż za mną.
– Nie sądziłeś chyba, że będę wam ułatwiał?
Nie odwróciłem się. Wiedziałem, że anioł jednocześnie tam jest i go nie ma.
– Nie – powiedziałem na głos. – Nie sądziłem, że będziesz nam ułatwiał. Ale dotarcie do prawdy zabrało mi trochę czasu.
Lucy zobaczyła Francisa, który wychodzi z dormitorium, śledząc jakiegoś mężczyznę, nie tego, na którego powinien mieć oko. Widziała, że chłopak jest blady i wyraźnie skupiony, nie zwracał uwagi na przedobiedni taniec pacjentów, pełne oczekiwania i niecierpliwości stepowanie na korytarzu. Ruszyła w jego stroną, potem się zatrzymała. Wiedząc, że Mewa raczej wie, co robi.
Straciła obu mężczyzn z oczu, kiedy weszli do świetlicy. Zaczęła iść w tamtym kierunku, kiedy zobaczyła wściekłego pana Evansa. Prawie biegł korytarzem w jej stronę. Miał wyraz twarzy psa, któremu ktoś ukradł ulubioną kość.
– I co, jest pani zadowolona? – warknął ze złością. – Jeden pielęgniarz trafił do izby przyjąć z pękniętym nadgarstkiem, musiałem przenieść trzech pacjentów z Williams, a jednego zamknąć w izolatce, w kaftanie bezpieczeństwa, na dwadzieścia cztery godziny, może dłużej. Cały Williams stoi na głowie, a jeden z przeniesionych znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, bo zmienił miejsce pobytu po kilku latach. I to nie ze swojej winy. Po prostu przypadkiem wmieszał się w bijatykę, ale potem zaczęto mu grozić. Cholera! Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, jak to nam utrudnia pracę i jak jest niebezpieczne. Pacjenci przyzwyczajają się do swojego otoczenia, a potem nagle są przerzucani do innego budynku.
Lucy spojrzała na niego chłodno.
– Uważa pan, że to wszystko moje dzieło?
– Tak.
– Widać jestem o wiele sprytniejsza, niż myślałam – skomentowała Lucy z sarkazmem.
Pan Zły prychnął i zaczerwienił się. Sprawiał wrażenie człowieka nieznoszącego zamieszania w starannie wyważonym świecie, który kontroluje. Zaczął coś odpowiadać, gniewnie, porywczo, ale potem – Lucy poczuła się na ten widok nieswojo – zapanował nad sobą i powściągnął język.
– O ile sobie przypominam – wycedził przez zęby – zgoda na pani dochodzenie w tym ośrodku była uzależniona od sposobu postępowania. Chodziło o niewywoływanie żadnego zamieszania. Wydaje mi się, że zgodziła się pani działać dyskretnie i nie ingerować w przebieg niczyjego leczenia. Lucy nie odpowiedziała, ale wiedziała, do czego Evans zmierza.
– Takie odniosłem wrażenie – ciągnął pan Zły. – Ale proszę mnie poprawić, jeśli się mylę.
– Nie, nie myli się pan – odparła Lucy. – Przepraszam. To się już nie powtórzy – skłamała.
– Uwierzę, kiedy zobaczę – odparł. – Rozumiem, że zamierza pani kontynuować przesłuchiwanie pacjentów jutro rano.
– Tak.
– Cóż, przekonamy się – rzucił ledwie zawoalowaną groźbę, odwrócił się i ruszył do frontowych drzwi. Zatrzymał się jednak po kilku krokach, kiedy zauważył Dużego Czarnego, towarzyszącego Peterowi Strażakowi. Psycholog natychmiast dostrzegł, że Peter nie ma kajdanek.
– Hej! – zawołał, machając do nich ręką. – Stać!
Wielki pielęgniarz odwrócił się do kierownika budynku.
– Dlaczego ten człowiek nie jest skuty?! – krzyknął ze złością Evans. – Nie wolno mu opuszczać ośrodka bez kajdanek na rękach i nogach. Takie są przepisy!
Duży Czarny pokręcił głową.
– Doktor Gulptilil powiedział, że można.
– Co?
– Doktor Gulptilil… – powtórzył Duży Czarny, ale nie zdołał dokończyć.
– Nie wierzę. Ten człowiek przebywa tu z nakazu sądu. Postawiono mu poważne zarzuty, jest oskarżony o czynną napaść i zabójstwo. Mamy obowiązek…
– Tak powiedział.