– Zaraz to sprawdzę.
Evans odwrócił się na pięcie, zostawiając obu mężczyzn na korytarzu, i runął do frontowych drzwi. Zaczął się szarpać z kluczami; zaklął głośno, kiedy pierwszy nie chciał wejść do zamka, zaklął jeszcze głośniej, kiedy nie udało mu się z drugim, w końcu poddał się i pobiegł korytarzem do swojego gabinetu, roztrącając po drodze pacjentów.
Francis szedł za krępym człowiekiem. To, jak mężczyzna przekrzywiał lekko głowę, unosił górną wargę, ukazując białe zęby, jak garbił do przodu ramiona i machał wytatuowanymi rękami, było jasnym ostrzeżeniem dla innych pacjentów, żeby schodzić mu z drogi. Krępy szedł stanowczym krokiem. Zmierzył wzrokiem świetlicę. Kilkoro przebywających tam pacjentów skuliło się w kątach albo schowało za starymi czasopismami, unikając kontaktu wzrokowego. Krępemu się to spodobało, chyba był zadowolony, że bez trudu zdoła ustalić swój status miejscowego osiłka. Wyszedł na środek sali. Wydawał się nieświadom, że Francis za nim idzie, dopóki się nie zatrzymał.
– No dobra – powiedział głośno. – Jestem. Niech nikt nie próbuje mi tu fikać.
Francis pomyślał, że przez krępego przemawia głupota. I może tchórzostwo. W świetlicy znajdowali się tylko ludzie starzy i wyraźnie niedołężni albo zagubieni w odległych, osobistych światach. Nie było tam nikogo, kto mógłby rzucić mężczyźnie wyzwanie.
Mimo ostrzegawczego wołania swoich głosów Francis ruszył w stronę krępego, który w końcu go zauważył.
– Ty! – ryknął. – Wydawało mi się, że już cię ustawiłem.
– Chcę wiedzieć, o co ci chodziło – powiedział Francis ostrożnie.
– O co mi chodziło? – zakpił mężczyzna. – O co mi chodziło? Chodziło mi o to, co powiedziałem, a powiedziałem to, o co mi chodziło. Jasne?
– Nie rozumiem – stwierdził Francis, trochę zbyt szybko. – Kiedy powiedziałeś: „Jestem tym, kogo szukacie”, co miałeś na myśli?
– To chyba oczywiste, nie? – huknął mężczyzna.
– Nie – wymamrotał Francis, kręcąc głową. – Kogo według ciebie szukam?
Krępy wyszczerzył się w uśmiechu.
– Wrednego sukinsyna. I go znalazłeś. Co? Zdaje ci się, że nie jestem dość wredny?
Ruszył w stronę Francisa, zaciskając dłonie w pięści i napinając ciało.
– Skąd wiedziałeś, że cię szukam? – nie ustępował Francis, chociaż w uszach rozbrzmiewało mu chóralne nawoływanie do ucieczki.
– Wszyscy wiedzą. Ty, ten drugi i ta babka z zewnątrz. Wszyscy wiedzą – powtórzył krępy.
Nie ma żadnych tajemnic, pomyślał Francis. Potem uświadomił sobie, że to nieprawda.
– Kto ci powiedział? – zapytał niespodziewanie.
– Co?
– Kto ci powiedział?
– O czym ty mówisz, do cholery?
– Kto ci powiedział, że szukam? – powtórzył Francis, podnosząc głos i nabierając rozpędu, naglony czymś zupełnie innym niż głosy, do których był przyzwyczajony, siłą wyrzucając z ust pytania, chociaż każde słowo zwiększało grożące mu niebezpieczeństwo. – Kto ci powiedział, jak wyglądam, kim jestem, jak mam na imię? Kto.
Krępy podniósł rękę do szczęki Francisa i lekko trącił ją kłykciami, jakby składał obietnicę.
– To moja sprawa – burknął. – Nie twoja. Co cię obchodzi, z kim rozmawiam i co robię.
Francis zobaczył, że jego oczy się rozszerzają, jakby dostrzegły jakąś ulotną myśl. Wyczuwał, że w wyobraźni osiłka zaczynają się mieszać różne lotne substancje, a gdzieś w tej wybuchowej miksturze znajdują się informacje, na których mu zależało.
– Jasne, to twoja sprawa – nie ustępował. Zaczął jednak mówić trochę wolniej i spokojniej. – Ale może też trochę moja. Po prostu chciałbym wiedzieć, kto ci kazał mnie znaleźć i powiedzieć to, co powiedziałeś.
– Nikt – skłamał krępy.
– Tak, ktoś – odparł Francis.
Mężczyzna opuścił rękę, a w jego oczach pojawił się elektryzujący strach, ukryty pod zasłoną wściekłości. Francisowi przypomniał się w tej chwili Chudy, kiedy atakował Krótką Blond, albo wcześniej, kiedy rzucił się na Francisa. Ta jedna myśl, uwolniona z głębi ducha, z jakiejś głębokiej jaskini, do której dostępu nie miały nawet najsilniejsze leki, całkowicie go pochłonęła.
– To moja sprawa – powtórzył krępy z uporem.
– Człowiek, który ci to powiedział, może być tym, kogo szukam – wyjaśnił Francis.
Krępy pokręcił głową.
– Pieprz się – warknął. – W niczym ci nie pomogę.
Przez kilka sekund Francis stał dokładnie na wprost mężczyzny, nie chciał się odsunąć; myślał tylko o tym, że jest bardzo blisko czegoś ważnego, konkretnego i że musi to odkryć. Nagle jednak zobaczył, że maszyneria krępego mężczyzny kręci się i wiruje coraz szybciej, gniew, frustracja, cała zwykła groza szaleństwa wzbierają. W tej wulkanicznej chwili Francis uświadomił sobie, że naciskał za mocno, przekroczył jakąś granicę. Cofnął się, ale krępy ruszył za nim.
– Nie podobają mi się twoje pytania – syknął zimnym głosem.
– Dobra, już skończyłem. – Francis próbował się wymknąć.
– Ty też mi się nie podobasz. Po co tu za mną przylazłeś? Co zamierzasz ze mnie wyciągnąć? Co chcesz mi zrobić?
Każde pytanie uderzało jak cios pięścią. Francis zerkał na prawo i lewo, szukając drogi ucieczki lub kryjówki, ale nic takiego nie widział. Kilka pozostałych osób skuliło się, schowało w kątach albo patrzyło na ściany i w sufit; robiło wszystko, żeby umysłem przenieść się gdzieś indziej. Krępy mężczyzna pchnął Francisa pięścią w pierś. Francis zatoczył się w tył.
– Nie podoba mi się, że za mną łazisz – ciągnął osiłek. – W ogóle nic mi się w tobie nie podoba.
Popchnął jeszcze raz, mocniej.
– Dobrze. – Francis podniósł rękę. – Zostawię cię w spokoju. Mężczyzna jakby stężał, całe jego ciało się napięło.
– O, tak – wycharczał. – Już ja się o to postaram.
Francis przeczuł cios i zdążył tylko podnieść rękę na tyle, żeby osłabić impet, zanim pięść krępego wylądowała na jego policzku. Zobaczył gwiazdy i poleciał w tył, potykając się o krzesło. Wyszło mu to na dobre, bo drugi cios mężczyzny trafił w próżnię; lewy hak zagwizdał tuż nad nosem Francisa tak blisko, że chłopak poczuł jego żar. Chłopak znów rzucił się w tył, z hukiem wywracając krzesło. Krępy skoczył za nim, tym razem waląc go na oślep w bark. Twarz olbrzyma była czerwona z furii, a szał sprawiał, że jego ciosy nie trafiały w cel. Francis runął na plecy; uderzenie o podłogę odebrało mu oddech. Napastnik rzucił się na niego i usiadł mu na piersi. Francisowi udało się uwolnić ręce; zasłonił się i zaczął bezskutecznie kopać; przeciwnik zasypał go gradem ciosów.
– Zabiję cię! – wrzeszczał. – Zabiję!
Francis szamotał się na prawo i lewo, z całych sił próbując uchylać się przed lawiną wymierzanych na oślep uderzeń. Niejasno zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę jeszcze mocno nie dostał i że gdyby krępy mężczyzna wstrzymał się choćby na ułamek sekundy i zastanowił nad efektami swojego ataku, byłby dwa razy groźniejszy.
– Zostaw mnie! – wrzasnął Francis.
Przez wąską szparę między rękami, którymi zasłaniał się od ciosów, zobaczył, że napastnik unosi się trochę i opanowuje, jakby zdał sobie sprawę, że musi zorganizować atak. Wciąż był czerwony na twarzy, ale nagle jego spojrzenie nabrało celowości. Jakby cała zebrana w nim furia została skanalizowana w jedno. Francis zamknął oczy.
– Przestań! – zawył po raz ostatni i zrozumiał, że za chwilę stanie mu się poważna krzywda. Skulił się, nieświadom już, jakie słowa wywrzaskuje. Wiedział tylko, że nie znaczą nic w obliczu skierowanej przeciw niemu furii.
– Zabiję cię! – powtórzył mężczyzna.
Francis nie wątpił, że facet mówił poważnie.
Krępy krzyknął gardłowo; Francis spróbował się uchylić, ale w tej sekundzie wszystko się zmieniło. Uderzyła w nich obu jakaś huraganowa siła. Pięści, mięśnie, ciosy i krzyki zlały się w jedno, a Francis odleciał w bok, nagle świadom, że ciężar krępego zniknął z jego piersi, a on sam jest wolny.
Przetoczył się i odczołgał pod ścianę. Zobaczył krępego i Petera. Szamotali się, spleceni. Peter obejmował tamtego nogami i przytrzymywał jedną jego rękę za nadgarstek. Słowa niknęły w kakofonii krzyków; obaj kręcili się po podłodze jak bąk. Twarz Petera zastygła w grymasie wściekłości, gdy wykręcał swojemu przeciwnikowi rękę. W tej samej chwili w pole widzenia Francisa wpadły dwa następne pociski; bracia Moses w białych kitlach rzucili się w wir walki. Słychać było chór wrzasków. Po chwili Dużemu Czarnemu udało się złapać krępego za drugą rękę, jednocześnie zaciskając mu potężne ramię na szyi. Mały Czarny odciągnął Petera, rzucając go niezgrabnie o kanapę. Większy z dwóch braci obezwładnił krępego. Mężczyzna wywrzaskiwał przekleństwa i epitety, krztusząc się i plując.