– Zasrane czarnuchy! Zostawcie mnie! Nic nie zrobiłem!
Peter odczołgał się w tył. Mały Czarny puścił go i skoczył do boku brata. We dwóch sprawnie okiełznali krępego i usiedli na nim, przygważdżając mu ręce. Przez chwilę kopał, potem przestał.
– Trzymajcie go – usłyszał Francis z boku. W drzwiach stał Evans. – Po prostu go przytrzymajcie! – powtórzył pan Zły, podchodząc ze strzykawką w jednej ręce i zmoczoną w spirytusie gazą w drugiej.
Rozhisteryzowany krępy znów zaczął się szamotać i wyrywać.
– Odwal się! – wrzeszczał. – Odwal się! Odwal się!
Pan Zły przetarł mu skrawek skóry gazą, potem wbił w nią igłę jednym, wyćwiczonym ruchem.
– Odwal się! – krzyknął mężczyzna po raz ostatni.
Środek uspokajający działał szybko. Francis nie był pewny, ile minęło minut, bo pod wpływem strachu i adrenaliny stracił poczucie czasu. Ale po kilku chwilach krępy się rozluźnił. Jego rozszalałe oczy uciekły pod czaszkę, a ciałem zawładnęła nieprzytomna bezwładność. Bracia Moses też się uspokoili, poluzowali uchwyt i cofnęli, pozostawiając leżącego na ziemi mężczyznę.
– Będą nam potrzebne nosze, żeby zabrać go do izolatki – poinformował spokojnie pan Zły. – Za chwilę zupełnie straci przytomność.
Mężczyzna na ziemi jęknął; poruszył stopami jak pies, któremu śni się, że biegnie. Evans pokręcił głową.
– Co za bałagan – mruknął. Podniósł wzrok i zobaczył Petera Strażaka, wciąż siedzącego na podłodze, łapiącego oddech i masującego rękę; na nadgarstku miał ślad po ugryzieniu. – Ty też – powiedział sztywno Evans.
– Też co? – spytał Peter.
– Izolatka. Dwadzieścia cztery godziny.
– Nic nie zrobiłem, ściągnąłem tylko tego sukinsyna z Mewy.
Mały Czarny wrócił ze składanymi noszami i pielęgniarką. Podszedł do krępego i zaczął zakładać nieprzytomnemu kaftan bezpieczeństwa. Pracując, podniósł wzrok, spojrzał na Petera i lekko pokręcił głową.
– Co miałem zrobić? Pozwolić, żeby zatłukł Mewę?
– Izolatka. Dwadzieścia cztery godziny – powtórzył Evans.
– Ja nie… – zaczął Peter. Evans uniósł brwi.
– Bo co? Grozisz mi? Peter wziął głęboki oddech.
– Nie. Po prostu protestuję.
– Wiesz, jaka jest kara za bójki.
– To on się bił. Ja tylko próbowałem go powstrzymać. Evans stanął nad Peterem i pokręcił głową.
– Intrygujące rozróżnienie. Izolatka. Dwadzieścia cztery godziny. Pójdziesz po dobroci, czy mało ci kłopotów?
Podsunął Peterowi strzykawkę pod nos. Francis zobaczył, że Evansowi bardzo zależy, by Peter podjął złą decyzję. Strażak z wielkim trudem opanował wściekłość. Zazgrzytał zębami.
– Dobra – powiedział. – Jak sobie chcesz. Niech będzie cholerna izolatka.
Wstał i posłusznie poszedł za Dużym Czarnym, który razem z bratem załadował krępego na nosze i wyprowadził je z sali. Evans odwrócił się do Francisa.
– Masz siniaka na policzku – powiedział. – Idź do pielęgniarki, niech rzuci na to okiem.
Potem też wyszedł. Nawet nie spojrzał na Lucy, która stała przy drzwiach i nie spuszczała z Francisa palącego, pytającego wzroku.
Później, tego wieczoru, w maleńkim pokoiku w dormitorium stażystek, Lucy siedziała sama w ciemności. Próbowała dostrzec postępy, jakie zrobiła w dochodzeniu. Nie mogła zasnąć, więc usiadła na łóżku, plecami do ściany, wpatrując się w mrok. Po chwili mogła już odróżnić charakterystyczny zarys biurka, mały stolik, komodę, szafkę przy łóżku i lampę. Nie przerywała koncentracji; zobaczyła stos ubrań, które rzuciła byle jak na twarde, drewniane krzesło, kiedy kładła się wcześnie do łóżka.
Różne rzeczy wyglądały znajomo, a mimo to pozostawały ukryte, niewyraźne, spowite panującą w szpitalu ciemnością. W swoim dochodzeniu też musiała odkryć dowody, podejrzanych i teorie. Nie wiedziała tylko, jak to zrobić.
Odchyliła głowę i pomyślała, że zamiast rozjaśnić, wszystko zabagniła. Jednocześnie, mimo braku konkretów, była bardziej niż kiedykolwiek przekonana, że znalazła się niebezpiecznie blisko osiągnięcia tego, po co przyjechała do szpitala.
Próbowała wyobrazić sobie człowieka, którego ścigała, ale odkryła, że tak samo jak kształty w pokoju, jego sylwetka była niewyraźna i rozmyta. Szpitalny świat po prostu nie dawał się nagiąć do prostych reguł, pomyślała. Przypomniała sobie dziesiątki chwil, kiedy siedziała naprzeciwko podejrzanego albo w policyjnym pokoju przesłuchań, albo później, na sali sądowej, i zauważała wszystkie drobne szczegóły: zmarszczki, ostrożne spojrzenie, gesty, które tworzyły portret człowieka ściśle zdefiniowanego winą i zbrodnią. Zawsze to było takie oczywiste. Mężczyźni, których aresztowała i oskarżała, nosili prawdę o swoich czynach jak tanie garnitury. Nie do pomylenia z niczym innym.
Wciąż wpatrując się w ciemność, powiedziała sobie, że musi myśleć bardziej twórczo, podstępnie, bardziej subtelnie. W świecie, z którego pochodziła, nie miała wątpliwości, kiedy stawała twarzą w twarz ze swoją ofiarą. Świat Western State był tego dokładnym przeciwieństwem. Tu istniały tylko wątpliwości. A może, pomyślała Lucy i poczuła nagły chłód, stała już twarzą w twarz z człowiekiem, którego ścigała. Ale tutaj to on panował nad rzeczywistością.
Dotknęła blizny. Człowiek, przez którego została zaatakowana, pozostawał idealnie anonimowy. Twarz miał zasłoniętą wełnianą kominiarką, tak że widziała tylko jego ciemne oczy. Był ubrany w czarne skórzane rękawiczki, dżinsy i pospolitą bluzę, dostępną w każdym sklepie turystycznym. Na nogach miał nike do biegania. Kilka słów wymówił gardłowo, ochryple, tak żeby ukryć jakikolwiek akcent. Przypomniała sobie, że właściwie nie musiał nic mówić. Lśniący myśliwski nóż wyrażał wszystko.
To było coś, co intensywnie analizowała. Przetwarzając w myślach całe zajście, skupiała się na tym szczególe, bo wydawał się jej dziwny i kazał się zastanawiać, czy celem napaści był sam gwałt, czy okaleczenie twarzy.
Odchyliła się i stuknęła lekko głową o ścianę, jakby mogła w ten sposób uwolnić jakąś myśl, przyklejoną do ram wyobraźni. Zastanawiała się czasami, jak to się stało, że całe jej życie się zmieniło, kiedy została napadnięta na schodach w akademiku. Ile to trwało, pomyślała. Trzy minuty? Pięć minut od początku do końca, od pierwszego ukłucia przerażenia, kiedy poczuła chwytające ją ręce, do oddalającego się tupotu stóp?
Na pewno nie więcej. A mimo to od tamtej chwili wszystko się zmieniło.
Pod palcami czuła nierówności blizny. Wygładziły się z upływem lat.
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek jeszcze pokocha. Bardzo w to wątpiła.
Nie chodziło o nic tak prostego jak nienawiść do wszystkich mężczyzn za czyny jednego. Albo o to, że nie umiała rozróżnić mężczyzn, których poznała, od tego, który ją skrzywdził. Było bardziej tak, pomyślała, jakby jakieś miejsce w jej duszy spowiła ciemność i skuł lód. Wiedziała, że napad stał się motorem większości jej działań i że za każdym razem, kiedy na sali rozpraw oskarżycielsko wskazywała palcem jakiegoś szarego na twarzy człowieka, wysyłanego do więzienia, odcinała dla siebie kawałki zemsty. Ale wątpiła, czy ziejąca w niej dziura kiedykolwiek się nimi wypełni.
Peter Strażak. Pomyślała, jak bardzo byli do siebie podobni. Zasmuciło ją to i zaniepokoiło; nie umiała docenić faktu, że oboje byli podobnie skrzywdzeni i że to powinno ich połączyć. Zamiast tego spróbowała wyobrazić sobie Petera w izolatce, pomieszczeniu najbliższemu więziennej celi, a na swój sposób nawet gorszemu. Jedynym celem istnienia izolatki było wyeliminowanie zewnętrznych myśli, jakie mogłyby zburzyć równowagę świata pacjenta. Szare ściany, obite miękką wykładziną. Łóżko przynitowane do podłogi. Cienki materac i wytarty koc. Nie ma poduszki. Sznurowadeł. Paska. Sedes z niewielką ilością wody, żeby nikt nie próbował się utopić. Lucy nie wiedziała, czy Petera wsadzono w kaftan bezpieczeństwa. Taka była procedura, a domyślała się, że pan Zły chciałby w tym przypadku się do niej zastosować. Przez chwilę zastanawiała się, jak Peter w ogóle pozostawał przy zdrowych zmysłach, kiedy wszystko dookoła niego tętniło obłąkaniem. Zgadywała, że wymagało to siły woli i ciągłego przypominania sobie, że on tu nie należy.