Francis nie wiedział, o co chodzi, więc milczał. Usłyszał cichy, szyderczy śmiech.
– Zastanów się nad tym pytaniem. Chciałbym usłyszeć odpowiedź. Francis wciąż mocno zaciskał oczy. Przez moment miał nadzieję, że ten głos jest tylko sennym koszmarem i że to wszystko tak naprawdę wcale się nie dzieje, ale kiedy tak pomyślał, nacisk ostrza na jego policzek jakby się zwiększył. W świecie pełnym zwidów nóż był ostry i prawdziwy.
– Nie wiem – wykrztusił Francis.
– Nie wysilasz wyobraźni. Tutaj to wszystko, co tak naprawdę mamy, zgodzisz się? Wyobraźnia. Może zaprowadzić nas w wyjątkowe i straszne miejsca, zmusić do podążania w paskudne i mordercze kierunki, ale tylko ona należy do nas.
Francis pomyślał, że to prawda. Kiwnąłby głową, ale bał się, że jakikolwiek ruch na zawsze napiętnuje jego twarz blizną, taką jak u Lucy, więc leżał sztywno i nieruchomo. Ledwie oddychał, walczył z mięśniami, które chciały kurczyć się ze zgrozy.
– Tak – szepnął, prawie nie poruszając wargami.
– Jesteś w stanie zrozumieć, ile ja mam wyobraźni?
I znów słowa, które próbował wymówić w odpowiedzi, opuściły jego usta jako cichy skrzek.
– A więc co poznała Krótka Blond? Tylko ból? A może coś głębszego, o wiele bardziej przerażającego? Czy powiązała wrażenie cięcia nożem z wylewającą się krwią i była w stanie uświadomić sobie, że to jej własne życie znika i jej własna bezradność sprawiła, że to było takie żałosne?
– Nie wiem – wymamrotał chłopak.
– A ty? Czujesz, jak blisko jesteś śmierci?
Francis nie mógł wyksztusić ani słowa. Jego zamknięte oczy widziały tylko czerwoną płachtę grozy.
– Czujesz, że twoje własne życie wisi na włosku? Chłopak wiedział, że nie musi odpowiadać na to pytanie.
– Rozumiesz, że mogę odebrać ci życie w każdej chwili?
– Tak. – Francis sam nie wiedział, skąd wziął siłę, żeby wymówić choćby to jedno słowo.
– Czy zdajesz sobie sprawę, że mogę odebrać ci życie za dziesięć sekund? Albo za trzydzieści, a może zaczekam całą minutę, zależnie od tego, jak długo zechcę rozkoszować się tą chwilą. A może to nie stanie się dziś. Może jutro będzie bardziej odpowiadało moim planom. Albo przyszły tydzień. Albo przyszły rok. Kiedy tylko zechcę. Będziesz leżał tu, w tym łóżku, w tym szpitalu co noc, niepewny, kiedy wrócę? A może powinienem to zrobić już teraz i oszczędzić sobie kłopotu…
Płaska powierzchnia ostrza obróciła się i przez sekundę skóry Francisa dotykało ostrze.
– Twoje życie należy do mnie – ciągnął anioł. – Jest moje i mogę je zabrać, kiedy tylko mi się spodoba.
– Czego chcesz? – spytał Francis. Czuł, że pod mocno zaciśniętymi powiekami wzbierają mu łzy; strach wyrwał się wreszcie spod kontroli i ręce, wyciągnięte wzdłuż boków, i nogi zatrzęsły się w spazmach grozy.
– Czego chcę? – zaśmiał się sycząco mężczyzna, wciąż niewiele głośniej od szeptu. – Mam to, czego chciałem na dzisiaj, i jestem bliższy dostania wszystkiego, czego chcę. O wiele bliższy.
Francis wyczuł, że anioł nachyla się do jego twarzy, tak że ich usta dzieliło zaledwie kilka centymetrów jak usta kochanków.
– Jestem bliski tego wszystkiego, co dla mnie ważne, Francis. Jestem jak cień, depczący wam wszystkim po piętach. Jak zapach, który może wyczuć na was tylko pies. Jak rozwiązanie zagadki, troszkę za skomplikowanej dla takich jak wy.
– Co mam zrobić? – Francis niemal błagał. Prawie pragnął dostać jakieś zadanie do wykonania, które uwolniłoby go od obecności anioła.
– Ależ nic, Francis. Masz tylko pamiętać o naszej pogawędce, kiedy będziesz się zajmował swoimi codziennymi sprawami – odparł anioł. Przerwał na chwilę. – Teraz policz do dziesięciu – podjął – a potem otwórz oczy. Pamiętaj, co ci powiedziałem. Ach, byłbym zapomniał… – Anioł wydawał się w tej chwili zarazem rozradowany i straszliwy. -… Zostawiłem mały prezent dla twojego przyjaciela Strażaka i tej suki prokurator.
– Co?
Anioł nachylił się tak, że Francis poczuł jego oddech na skórze.
– Lubię przekazywać wiadomości. Czasami są w tym, co zabieram. Ale tym razem to coś, co zostawiłem.
Nacisk stali na policzek Francisa nagle zniknął; chłopak wyczuł, że mężczyzna odsuwa się od łóżka. Wciąż wstrzymywał oddech. Zaczął liczyć. Powoli, od jednego do dziesięciu. Otworzył oczy.
Minęło jeszcze kilka sekund, zanim wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Francis podniósł głowę i odwrócił się do drzwi dormitorium. Przez chwilę widział zarys sylwetki anioła, jaśniejącej niemal własnym blaskiem. Mężczyzna patrzył na Francisa, ale chłopak nie był w stanie rozróżnić jego rysów, dostrzegał tylko parę gorejących oczu, oślepiającą, białą aurę, otaczającą postać jak światło z zaświatów. Potem zjawa zniknęła, drzwi zamknęły się ze stłumionym stuknięciem, a po chwili dał się słyszeć odgłos przekręcanego w zamku klucza; dla Francisa zabrzmiało to jak zamykanie drzwi do jakiejkolwiek nadziei i drogi wyjścia. Zadrżał; całe jego ciało ogarnął niekontrolowany dygot, jakby wpadł do lodowatej wody i był teraz na skraju wychłodzenia. Leżał, spadając w otchłań grozy i strachu, które drążyły go i rozprzestrzeniały się po ciele jak zakażenie; nie wiedział, czy będzie w stanie się poruszyć, kiedy salę wypełni światło poranka. Jego głosy milczały, jakby też się bały, że Francis nagle znalazł się na skraju przepastnego urwiska strachu i jeśli pośliźnie się i spadnie, nigdy już nie zdoła się wydostać.
Przeleżał całą noc, nie śpiąc i nie poruszając się.
Oddychał krótko i spazmatycznie. Czuł, że mimowolnie kurczą mu się palce.
Nie robił niczego oprócz nasłuchiwania dźwięków dookoła i łomotu własnego serca. Kiedy nastał świt, Francis nagle stracił pewność, czy uda mu się zmusić swoje członki do ruchu. Nie był nawet pewien, czy da radę oderwać wzrok od punktu, w którym go utkwił; wpatrywał się w sufit dormitorium, ale widział tylko strach. Czuł w sobie skłębione emocje. Ślizgały się, ścigały, uciekały, poza wszelką kontrolą. Nie wiedział już, czy w ogóle potrafi nad nimi zapanować; przez głowę przemknęła mu myśl, że może w rzeczywistości nie przeżył tej nocy, że anioł poderżnął mu gardło jak Krótkiej Blond i że wszystko, co teraz myślał, słyszał i widział, było tylko złudzeniem ostatnich sekund życia, że tak naprawdę dookoła wciąż panowała noc, a jego krew wypływa równym strumieniem z ciała, z każdym uderzeniem serca.
– Dobra, ludziska – usłyszał od strony drzwi. – Pora wstawać. Śniadanko czeka.
To był Duży Czarny. Witał mieszkańców dormitorium na swój zwykły sposób.
Dookoła ludzie zaczęli jękiem torować sobie drogę ze snu, pozostawiając za sobą wszelkie dręczące koszmary, nieświadomi, że prawdziwy, żywy koszmar znajdował się wśród nich.
Francis dalej leżał sztywny jak przyklejony do łóżka. Jego członki odmawiały posłuszeństwa.
Kilku mężczyzn spojrzało na niego, kiedy przechodzili obok.
– Chodź, Francis – zawołał Napoleon. – Idziemy na śniadanie… Okrągły człowieczek urwał, kiedy zobaczył wyraz twarzy chłopaka.
– Francis? Mewa, wszystko w porządku?
Znów poczuł wewnętrzny konflikt. Odezwały się jego głosy. Prosiły, namawiały, nalegały, bez przerwy: Wstawaj, Francis! Dalej, Francis! Wstawaj! Obudź się! Proszę, Francis, wstań!
Nie wiedział, czy ma dość sił. Czy kiedykolwiek będzie je miał.
– Mewa? Co się stało? – Głos Napoleona stał się zatroskany, prawie żałosny. Chłopak nie odpowiedział, dalej wpatrywał się w sufit, coraz bardziej przekonany, że umiera, a każde słyszane słowo to ostatnie echa życia, towarzyszące słabnącym uderzeniom serca.
– Panie Moses! Niech pan tu przyjdzie! Potrzebujemy pomocy! – Napoleon nagle znalazł się chyba na skraju łez.
Francis czuł, jakby obracał się w dwóch różnych kierunkach jednocześnie. Opadał spiralą w dół, a zarazem wznosił się. Obie te siły walczyły w nim o lepsze.
Duży Czarny przepchnął się do jego łóżka; rozkazał pozostałym pacjentom wyjść na korytarz. Nachylił się nad Francisem i zajrzał mu głęboko w oczy, mamrocząc pod nosem przekleństwa z prędkością karabinu maszynowego.