Выбрать главу

– Nie ma śladów pobicia – mówił Gulptilil. – Żadnych zewnętrznych oznak urazów. Ani wyraźnych ran.

– Nagłe zaprzestanie akcji serca – powiedział doktor podobny do drapieżnego ptaka, szybko poruszając głową. – W jego karcie widzę, że w ciągu ostatnich paru miesięcy był leczony na serce.

Lucy Jones zaglądała lekarzom przez ramię.

– Spójrzcie panowie na jego ręce – wtrąciła się nagle. – Paznokcie są połamane i zakrwawione. To mogą być ślady po próbie obrony.

Wszyscy zgromadzeni odwrócili się do niej, ale to pan Zły wziął na siebie zadanie udzielenia wyjaśnień.

– Wczoraj brał udział w bójce, jak pani dobrze wie. To znaczy został w nią przypadkiem wciągnięty, kiedy wpadli na niego dwaj mężczyźni. Sam z siebie nie wmieszałby się w coś takiego, ale walczył, żeby się uwolnić. Podejrzewam, że wtedy właśnie poranił sobie palce.

– Przypuszczam, że to samo powie pan o zadrapaniach na jego przedramionach?

– Tak.

– A prześcieradło i koc? Są zaplątane wokół jego stóp.

– Atak serca bywa bardzo szybki i bolesny. Pacjent mógł się przez chwilę rzucać, zanim uległ.

Wszyscy lekarze mruknęli coś zgodnie. Piguła odwrócił się do Lucy.

– Panno Jones – powiedział powoli, cierpliwie, co tylko podkreślało jego zniecierpliwienie. – Śmierć nie jest w szpitalu niczym niezwykłym. Ten nieszczęsny jegomość był starszy wiekiem, przebywał tu od wielu lat. Miał już jeden atak serca; nie wątpię, że stres związany z przeniesieniem go z Williams do Amherst, pospołu z bójką, w którą został wciągnięty bez swojej winy, wszystko to razem jeszcze bardziej osłabiło jego układ sercowo-naczyniowy. To z pewnością zupełnie normalny i niczym niewyróżniający się jeden ze zgonów, jakie zdarzają się w Western State. Dziękuję za pani spostrzeżenia… – Przerwał znacząco, dając do zrozumienia, że w rzeczywistości za nic nie dziękuje. -… Ale czy nie szuka pani kogoś, kto używa noża i rytualnie, nazwijmy to, okalecza dłonie ofiar? Kto, o ile pani wiadomo, atakuje tylko młode kobiety?

– Tak – odparła Lucy. – Ma pan słuszność.

– A więc ta śmierć nie pasuje do stworzonego przez panią wzorca, nieprawdaż?

– Tu również ma pan rację, doktorze.

– W takim razie proszę pozwolić nam zająć się tym wypadkiem w zwyczajny sposób.

– Nie wzywacie państwo policji?

Gulptilil westchnął, znów ledwie skrywając irytację.

– Jeśli pacjent umrze podczas operacji, czy neurochirurg wzywa policję? To analogiczna sytuacja, panno Jones. Spisujemy raport dla władz stanowych. Organizujemy zebranie personelu. Kontaktujemy się z kimś z rodziny, jeśli jest wymieniony w karcie pacjenta. W pewnych przypadkach, kiedy istnieją duże wątpliwości, przekazujemy ciało do autopsji. W pozostałych jednak nie. A często, panno Jones, ponieważ szpital jest jedynym domem niektórych pacjentów, do nas należy również pochówek.

Wzruszył ramionami, lecz znów gest wyrażający brak zainteresowania i nonszalancję skrywał coś, co Lucy wzięła za gniew.

W drzwiach zebrała się grupa pacjentów, próbując zajrzeć do sali. Gulptilil zerknął na pana Złego.

– Co za makabra. Panie Evans, wyrzućmy stąd tych ludzi i przenieśmy tego biedaka do kostnicy.

– Panie doktorze… - zaczęła znów Lucy, ale dyrektor przerwał jej i odwrócił się do pana Złego.

– Proszę mi powiedzieć, panie Evans, czy ktokolwiek w tej sali obudził się w nocy i zauważył szamotaninę? Czy doszło do jakiejś walki? Czy było słychać wrzaski, zadawane ciosy, wykrzykiwane przekleństwa i obelgi? Czy zaszło cokolwiek, co zazwyczaj łączy się z konfliktami, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni?

– Nie, panie doktorze – odparł Evans. – Nic takiego.

– Może odbyła się walka na śmierć i życie?

– Nie.

Gulptilil odwrócił się do Lucy.

– Z całą pewnością, panno Jones, gdyby doszło tu do morderstwa, ktoś w sali obudziłby się i zobaczył coś albo usłyszał. Skoro jednak nic takiego się nie zdarzyło…

Francis dał pół kroku do przodu. Już zamierzał zabrać głos, ale powstrzymał się.

Spojrzał na Dużego Czarnego, który nieznacznie pokręcił głową. Francis uświadomił sobie, że pielęgniarz daje mu dobrą radę. Gdyby chłopak opisał, co słyszał, gdyby opowiedział o obcym przy swoim łóżku, najprawdopodobniej zostałoby to uznane za kolejną halucynację przez lekarzy skłonnych do takich wniosków. Coś słyszałem - ale nikt inny oprócz mnie. Coś czułem – ale nikt inny tego nie zauważył. Wiem, że doszło do morderstwa - ale wiem to tylko ja. Francis natychmiast dostrzegł beznadziejność swojej sytuacji. Jego protest zostałby zanotowany w karcie jako kolejny dowód, jak długa droga dzieli go od powrotu do zdrowia i możliwości opuszczenia Western State.

Wstrzymał oddech. Obecność anioła w szpitalu wciąż nie była ani rzeczywistością, ani ułudą. Francis wiedział, że anioł to rozumie. Nic dziwnego, pomyślał przy wtórze zgodnego chóru swoich głosów, że morderca czuje się pewnie. Wszystko uchodzi mu bezkarnie.

Pytanie, powiedział sobie, brzmi: Z czym chce ujść bezkarnie?

Dlatego zamknął usta i zamiast się odezwać, popatrzył na Tancerza. Co go zabiło? – pomyślał. Nie było krwi. Żadnych śladów na szyi. Tylko maska śmierci wyryta w rysach. Prawdopodobnie poduszka przyciśnięta do twarzy. Cicha panika. Bezgłośna śmierć. Chwila szamotaniny, potem ciemność. Czy to słyszałem w nocy? – zapytał się Francis. Tak, pomyślał z bólem. Po prostu nie otworzyłem oczu.

Nóż, który zabił Krótką Blond, tym razem został zarezerwowany dla niego. Ale wiadomość na łóżku miała trafić do wszystkich. Francis zadrżał. Wciąż dochodził do siebie; jeszcze nie do końca rozumiał, jak blisko był tej nocy prawdziwej śmierci albo pogrążenia się w jeszcze głębszym szaleństwie. Jedno z drugim szło łeb w łeb – dobrany zestaw ponurej alternatywy.

– Nie znoszę tego typu zgonów – zwrócił się Gulptilil do Evansa tonem swobodnej konwersacji. – Wszyscy się denerwują. Proszę dopilnować, żeby zwiększono dawki leków każdemu, kto wracałby do tego wydarzenia – Zerknął na Francisa. – Nie chcę, żeby pacjenci rozpamiętywali tę śmierć, zwłaszcza że jeszcze w tym tygodniu ma się odbyć narada komisji zwolnień.

– Rozumiem – odparł Evans.

Francis jednak nadstawił uszu, słysząc słowa doktora. Nie sądził, żeby śmierć Tancerza była dla kogokolwiek z sali czymś więcej niż ciekawostką.

Przypuszczał za to, że wiadomość o komisji zwolnień w tym tygodniu dramatycznie wpłynie na wielu pacjentów. Ktoś mógł wyjść, a w Western State nadzieja była przyrodnią siostrą omamu.

Zerknął po raz ostatni na Tancerza i poczuł nieprawdopodobny smutek. Oto człowiek, który został nieoczekiwanie uwolniony, pomyślał.

Ale wśród fal strachu i przygnębienia Francis dostrzegał zestawienie wydarzeń, którego nie umiał do końca zidentyfikować, ale napawało go martwiącymi, zimnymi podejrzeniami.

Do sali sypialnej wprowadzono nosze. Pod okiem Gulptilila i pana Złego zwłoki Tancerza przetoczono z łóżka i przykryto przybrudzoną, białą płachtą. Lucy pokręciła głową na widok tak beztroskiego niwelowania tego, co uważała za miejsce zbrodni.

Gulptilil odwrócił się i odprowadzając wzrokiem ciało, spostrzegł Francisa.

– Ach, pan Petrel – powiedział. – Zastanawiam się, czy czasem nie zbliża się pora naszego kolejnego spotkania.

Francis doskonale się orientował, czego doktor chciał. Kiwnął głową, bo nie wiedział, co innego miałby zrobić. Potem jednak pod wpływem impulsu uniósł ręce nad głowę i obrócił się powoli wokół własnej osi, poruszając rękami i nogami z największym wdziękiem, na jaki go było stać. Świadomie naśladował Tancerza, kręcącego piruety do muzyki, którą słyszał tylko on sam.

Gulptilil stał oniemiały ze zdziwienia, po chwili jednak zareagował.

– Panie Petrel, dobrze się pan czuje? – zapytał.

Francis uznał pytanie za niewyobrażalnie wprost głupie.

Nie przerywając tańca, zszedł doktorowi z drogi.