Na codziennej sesji grupowej rozmowa zeszła na program lotów kosmicznych. Gazeciarz sypał nagłówkami z ostatnich kilku dni, ale pacjenci Western State w dużej części nie chcieli uwierzyć, że człowiek rzeczywiście stanął na Księżycu. Sprzeciwiała się temu zwłaszcza Kleo. Grzmiała o rządowych mistyfikacjach i nieznanych, pozaziemskich niebezpieczeństwach, w jednej chwili chichocząc, w drugiej zapadając w ponure milczenie. Jej huśtawka nastrojów była oczywista dla wszystkich oprócz pana Złego, który ignorował większość objawów szaleństwa. Takie miał podejście. Lubił słuchać, notować, a potem pacjent odkrywał, kiedy ustawiał się w kolejce po wieczorne lekarstwa, że zmieniono mu dawki. Krępowało to rozmowę, ponieważ wszyscy w szpitalu uważali leki za ogniwa łańcucha, który ich tu trzymał.
O śmierci Tancerza nie rozmawiano, chociaż wszyscy o niej myśleli. Morderstwo Krótkiej Blond fascynowało i przerażało; zgon Tancerza przypomniał ludziom o ich własnej śmiertelności, a tego bali się zupełnie inaczej. Nieraz któryś z pacjentów siedzących w luźnym kole wybuchał śmiechem albo zaczynał łkać, co nie miało nic wspólnego z tokiem rozmowy, lecz spontanicznie wynikało z jakichś wewnętrznych przemyśleń.
Francis odniósł wrażenie, że pan Zły przygląda mu się wyjątkowo uważnie. Przypisywał to swojemu dziwacznemu zachowaniu tego ranka.
– A ty, Francis? – spytał niespodziewanie Evans.
– Przepraszam, słucham? – odparł chłopak.
– Co sądzisz o kosmonautach?
Francis zastanawiał się przez chwilę, potem pokręcił głową.
– Trudno to sobie wyobrazić – odparł.
– Co takiego?
– Jak to jest być w kosmosie, mieć kontakt tylko przez komputery i radia. Nikt wcześniej nie dotarł tak daleko. To interesujące. Nie sama zależność od sprzętu, tylko to, że żadna wyprawa przedtem nie była taka jak ta.
Pan Zły kiwnął głową.
– A odkrywcy w Afryce i na biegunie północnym?
– Zmagali się z żywiołami. Z nieznanym. Ale kosmonauci stają przed czymś zupełnie innym.
– Przed czym?
– Przed mitami – powiedział Francis. Rozejrzał się po pozostałych. – Gdzie Peter?
Pan Zły poruszył się niespokojnie.
– Wciąż w izolatce – wyjaśnił. – Ale niedługo powinien wyjść. Wracajmy do kosmonautów.
– Kosmonauci nie istnieją – oznajmiła Kleo. – A Peter tak. – Pokręciła głową. – A może nie? – dodała. – Może to wszystko sen i za chwilę się obudzimy.
Po tych słowach wybuchł spór między Kleo i Napoleonem a kilkoma pozostałymi o to, co naprawdę istnieje, a co nie, i czy jeśli coś się dzieje poza nami, to czy dzieje się naprawdę. Cała grupa zaczęła prychać i w podnieceniu wymachiwać rękami. Evans tego nie przerywał. Francis przysłuchiwał się przez chwilę dyskusji, bo zauważał pewne podobieństwa między sytuacją jego w szpitalu i ludzi lecących w kosmos. Tamci dryfują w pustce, pomyślał, tak samo jak ja.
Już otrząsnął się z przerażenia poprzedniej nocy, ale nie był pewien, czy jest gotów powitać następną.
Wyszukiwał w pamięci słowa anioła, ale ciężko było mu je sobie przypomnieć z konieczną precyzją. Strach wszystko wypaczał. Tworzył zniekształcony obraz jak w gabinecie luster.
Nie próbuj zobaczyć anioła, powiedział sobie w pewnej chwili. Postaraj się zobaczyć to, co anioł widzi.
Przestań! - krzyknęły nagle ostrzegawczo jego głosy. Nie rób tego!
Poruszył się niespokojnie na krześle. Głosy nie ostrzegałyby go, gdyby nie chodziło o coś ważnego i niebezpiecznego. Potrząsnął lekko głową jakby chciał nawiązać przerwane połączenie z wciąż kłócącą się grupą. Popatrzył na pozostałych.
– … Po co w ogóle mamy lecieć w kosmos… – mówił właśnie Napoleon. Francis zobaczył, że siedząca naprzeciwko niego Kleo przygląda mu się z trochę zdezorientowanym, trochę zaciekawionym wyrazem twarzy, z uwagą graniczącą niemal z podziwem. Nachyliła się, ignorując Napoleona, co rozwścieczyło małego człowieczka.
– Mewa coś widział, prawda? – spytała cicho.
Potem zachichotała. Całe jej ciało zatrzęsło się z rozbawienia jakimś żartem, który rozumiała tylko ona. W tej samej chwili do sali wszedł Peter.
Pomachał wszystkim, potem ukłonił się zamaszyście jak dworzanin króla na szesnastowiecznym dworze. Wziął metalowe, składane krzesło i przystawił je do koła.
– Może być – powiedział, jakby przewidując pytanie.
– Peter chyba lubi izolatkę – stwierdziła Kleo.
– Nikt nie chrapie – odparł Peter.
Część zebranych uśmiechnęła się, część parsknęła śmiechem.
– Rozmawialiśmy o kosmonautach – poinformował pan Zły. – Zostało nam niewiele czasu, więc pora podsumować dyskusję.
– Jasne – zgodził się Peter. – Nie będę w niczym przeszkadzać.
– Dobrze. W takim razie, czy ktoś chciałby coś dodać? – Pan Zły odwrócił się od Petera i przyjrzał zebranym pacjentom.
Odpowiedziała mu cisza. Evans odczekał kilka sekund.
– No?
Cała grupa, tak rozgadana wcześniej, teraz milczała. Francis pomyślał, że to do nich podobne; słowa czasem wypływały bez żadnej kontroli, zalewając wszystko dookoła, a zaraz potem znikały i niemal z religijnym zapałem wszyscy zamykali się w sobie. Zmiany nastroju były tu chlebem codziennym.
– Dajcie spokój – powiedział Evans głosem, w który wkradało się zniecierpliwienie. – Jeszcze minutę temu robiliśmy duże postępy, zanim nam przerwano. Kleo?
Kobieta pokręciła głową.
– Gazeciarz?
Ten, dla odmiany, nie przypominał sobie żadnego nagłówka.
– Francis? Chłopak milczał.
– Powiedz coś – polecił sztywno Evans.
Francis nie wiedział, co robić; widział, że Evans wierci się na krześle, coraz bardziej rozgniewany. Pan Zły lubił mieć pełną kontrolę nad wszystkim, co się działo w dormitorium, a Peter po raz kolejny podważył tę władzę. Żadne obłąkanie, choćby nie wiadomo jak głębokie, nie mogło równać się z evansowską potrzebą posiadania na własność każdej chwili każdego dnia i nocy w budynku Amherst.
– Powiedz coś – rozkazał Evans jeszcze zimniejszym tonem.
Francis ponaglił się w myślach, próbując sobie wyobrazić, co pan Zły chciałby usłyszeć, ale udało mu się tylko wykrztusić:
– Nigdy nie polecę w kosmos.
Evans wzruszył ramionami.
– No pewnie, że nie… – prychnął, jakby słowa Francisa były najgłupszą rzeczą, jaką słyszał.
Ale Peter, który uważnie obserwował całą scenę, nagle zabrał głos.
– Dlaczego nie? – spytał.
Francis odwrócił się do przyjaciela. Peter szczerzył się wesoło.
– Dlaczego nie? – powtórzył. Evans wyglądał na zdenerwowanego.
– Peter, staramy się nie pobudzać złudzeń pacjentów – warknął. Ale Peter zignorował terapeutę.
– Dlaczego nie, Francis? – spytał po raz trzeci. Chłopak machnął ręką, jakby chciał wskazać cały szpital.
– Ależ Mewa – ciągnął Peter, z każdym słowem nabierając rozpędu. – Dlaczego miałbyś nie zostać kosmonautą? Jesteś młody, silny, bystry. Widzisz rzeczy, które umykają innym. Nie jesteś zarozumiały, masz odwagę. Myślę, że byłby z ciebie doskonały kosmonauta.
– Ale Peter… – zaczął Francis.
– Żadnych ale. Kto powiedział, że NASA nie postanowi wysłać w kosmos wariata? To znaczy, kto się nadaje lepiej niż jeden z nas? Ludzie na pewno uwierzyliby szalonemu kosmonaucie o wiele szybciej niż jakiemuś wojskowemu, prawda? Dlaczego mieliby nie wysłać w kosmos najróżniejszych ludzi, i dlaczego nie kogoś z nas? Może latanie w przestrzeni bez grawitacji, która trzyma nas na Ziemi, okaże się skuteczną terapią? To by był taki naukowy eksperyment. Może…
Peter nabrał tchu. Evans natychmiast zaczął coś mówić, ale przerwał mu Napoleon.
– Może rzeczywiście wariujemy od grawitacji…
– Ciążenie nas krępuje – dołączyła się Kleo.
– Cały ten ciężar na naszych barkach…
– Nie pozwala wznieść się myślom…
Pacjenci zaczęli potakiwać. Wszyscy nagle odzyskali mowę. Na początku rozległy się pomruki zgody, potem wybuchł entuzjazm.
– Moglibyśmy latać. Unosić się.
– Nikt by nas nie zatrzymywał.
– Kto lepiej nadaje się na odkrywców niż my?
Mężczyźni i kobiety uśmiechali się i zgodnie kiwali głowami. Tak, jakby w jednej chwili wszyscy zobaczyli siebie jako kosmonautów, którzy pozostawili za sobą ziemskie troski i mkną bez wysiłku przez wspaniałą, gwiaździstą pustkę kosmosu. To była niesamowicie atrakcyjna wizja i przez kilka chwil cała grupa bujała w obłokach; każdy wyobrażał sobie, że przestaje go więzić siła ciążenia, i doświadczał dziwnego, wymyślonego poczucia wolności.