Evans zapienił się z wściekłości. Zaczął coś mówić, przestał.
Spojrzał ze złością na Petera i bez słowa wypadł z sali.
Pacjenci uciszyli się, odprowadzając psychologa wzrokiem. W ciągu kilku chwil na wszystkich opadła z powrotem mgła kłopotów.
Kleo westchnęła głośno i pokręciła głową.
– Wychodzi na to, że zostałeś tylko ty, Mewa – oświadczyła z przekonaniem. – Ty będziesz musiał ruszyć do nieba za nas wszystkich.
Cała grupa posłusznie wstała, poskładała metalowe krzesła i ustawiła je na swoim miejscu pod ścianą, przy wtórze metalicznego szczęku. Potem, pogrążeni każdy we własnych myślach, pacjenci wyszli z sali na główny korytarz Amherst, znikając w strumieniu chodzących w tę i z powrotem ludzi.
Francis złapał Petera za ramię.
– On tu był, dzisiaj w nocy.
– Kto?
– Anioł.
– Wrócił?
– Tak. Zabił Tancerza, ale nikt nie chce w to uwierzyć, a potem przyłożył mi nóż do twarzy i powiedział, że może zabić mnie albo ciebie, albo kogo zechce, kiedy tylko będzie miał ochotę.
– Jezu! – sapnął Peter. Jeśli pozostało w nim jeszcze jakieś zadowolenie z pokonania pana Złego, całkowicie zniknęło w tej chwili. Strażak nachylił się do Francisa. – Co jeszcze? – spytał.
Chłopak, próbując przypomnieć sobie każdy szczegół, poczuł resztki czającego się w nim strachu. Z trudem przyszło mu opowiedzieć Peterowi o ucisku ostrza na twarzy. Z początku myślał, że te wyznania przegonią lęk. Niestety, jego wewnętrzny niepokój tylko się zwiększył.
– Jak go trzymał? – spytał Peter.
Francis zademonstrował.
– Jezu – powtórzył Strażak. – Musiał cię cholernie wystraszyć, Mewa.
Francis kiwnął głową. Nie chciał mówić na głos, jak bardzo był przerażony. Ale w tej samej chwili coś przyszło mu do głowy. Zamarł, ściągając brwi i próbując obejrzeć pytanie, które było mętne i niewyraźne. Peter zobaczył nagłą konsternacją przyjaciela.
– Co się stało?
– Peter… – zaczął Francis – byłeś kiedyś detektywem. Po co anioł miałby przykładać mi nóż do twarzy w ten sposób?
Strażak się zamyślił.
– Czy nie powinien… – ciągnął Francis – przystawić mi go do gardła?
– Tak – odparł Peter.
– Wtedy, gdybym krzyknął…
– Gardło, tętnica, tchawica, to wrażliwe miejsca. Tak zabija się kogoś nożem.
– Ale on tego nie zrobił. Przystawił mi nóż do twarzy. Peter kiwnął głową.
– Intrygujące – przyznał. – Wiedział, że nie będziesz krzyczał…
– Ludzie krzyczą tutaj bez przerwy. To nic nie znaczy.
– Prawda. Ale on chciał cię przerazić.
– Udało mu się – mruknął Francis.
– Widziałeś jego…
– Kazał mi zamknąć oczy.
– A głos?
– Mógłbym go rozpoznać, gdybym znów usłyszał. Zwłaszcza z bliska. Syczał jak wąż.
– Myślisz, że próbował go jakoś zamaskować?
– Nie. Dziwne. Chyba nie. Jakby się tym nie przejmował.
– Co jeszcze? Francis pokręcił głową.
– Był… pewny siebie – powiedział ostrożnie.
Obaj wyszli z sali terapeutycznej. Lucy czekała na nich w korytarzu, niedaleko dyżurki pielęgniarek. Ruszyli w jej stronę, a kiedy wymijali grupki pacjentów, Peter zauważył Małego Czarnego, stojącego niedaleko dyżurki, przy Lucy Jones. Mniejszy z dwóch braci zapisywał coś w dużym czarnym notesie, przymocowanym do metalowej kraty cienkim srebrnym łańcuchem, przypominającym zabezpieczenia do dziecięcych rowerków. Peterowi w tej samej chwili przyszedł do głowy pewien pomysł; ruszył szybkim krokiem w stronę Małego Czarnego, ale Francis zatrzymał go, chwytając za ramię.
– Co? – spytał Peter.
Francis nagle zbladł, a w jego głosie pojawiło się nerwowe wahanie.
– Peter – wymamrotał. – Pomyślałem właśnie…
– Co takiego?
– Skoro się do mnie odezwał, to znaczy, nie martwił się, że mogę przypadkiem usłyszeć gdzieś jego głos. Nie bał się, że go rozpoznam, bo wie, że nigdzie indziej go nie usłyszę.
Peter zatrzymał się, pokiwał głową i wskazał Lucy.
– Interesujące – powiedział. – Bardzo interesujące.
Francis pomyślał, że Peter wcale nie miał na myśli słowa „interesujące”. Odwrócił się i nakazał sobie w duchu: znajdź ciszę.
Zauważył, że kiedy to pomyślał, lekko zadrżała mu dłoń, a w ustach poczuł paskudny posmak; spróbował usunąć go śliną, ale zaschło mu w gardle. Spojrzał na Lucy, która miała na twarzy wyraz zniecierpliwienia; domyślał się, że nie ma to wiele wspólnego z nimi dwoma, za to dużo ze światem, w który wkroczyła z taką pewnością siebie, a teraz okazywał się bardziej niejednoznaczny, niż początkowo zakładała.
Kiedy prokurator do nich dołączyła, Peter podszedł do Małego Czarnego.
– Panie Moses, co pan robi? – zapytał ostrożnie. Szczupły pielęgniarz spojrzał na Petera.
– Zwykła procedura – odparł.
– To znaczy?
– Rutyna – mruknął Mały Czarny. – Zapisuję kilka rzeczy w książce dziennej.
– Co jeszcze do niej trafia?
Wszystkie zmiany zarządzone przez dyrektora albo pana Złego. To, co niezwyczajne, na przykład bójka, zgubione klucze albo śmierć, jak w przypadku Tancerza. Odstępstwa od szpitalnej normy. Sporo też drobiazgu. Na przykład, o której idzie się w nocy do kibla, kiedy sprawdza się drzwi, sale sypialne. Przychodzące telefony i w ogóle wszystko, co ktoś pracujący tutaj może uznać za niecodzienne. Albo, na przykład, kiedy zauważy się, że któryś z pacjentów robi znaczące postępy. Coś takiego też tu trafia. Kiedy przychodzi się do dyżurki na swoją zmianę, trzeba sprawdzić, co się działo na poprzedniej. A potem, zanim się wyjdzie, trzeba coś zanotować i złożyć podpis. Nawet jeśli to miałoby być tylko kilka słów. I tak codziennie. Książka jest po to, żeby było łatwiej następnej zmianie, żeby byli na bieżąco.
– Czy taka książka jest… Mały Czarny mu przerwał.
– Jedna na każdym piętrze, przy dyżurce. Ochrona ma własną.
– A więc, gdyby się miało do nich dostęp, wiedziałoby się mniej więcej, kiedy co się dzieje. To znaczy, chodzi mi o rutynowe działania.
– Książka dzienna jest ważna – podkreślił Mały Czarny. – Trafiają do niej najróżniejsze sprawy. Musi być zapisane wszystko, co się tu dzieje.
– Kto archiwizuje książki? Mały Czarny wzruszył ramionami.
– Leżą gdzieś w piwnicy, w kartonach.
– Ale gdyby udało mi się zajrzeć do którejś, dowiedziałbym się bardzo różnych rzeczy, prawda?
– Pacjentom nie wolno przeglądać książek dziennych. Nie o to chodzi, że są schowane czy coś. Po prostu to lektura wyłącznie dla personelu.
– Ale gdybym którąś przeczytał… nawet taką, którą wycofano do magazynu, miałbym niezłe wyobrażenie, kiedy dzieją się różne rzeczy i według jakiego rozkładu, prawda?
Mały Czarny wolno pokiwał głową.
– Na przykład – ciągnął Peter, ale teraz mówił już do Lucy Jones – orientowałbym się całkiem nieźle, kiedy mogę chodzić po szpitalu tak, żeby nikt mnie nie widział. I kiedy zastanę Krótką Blond samą w dyżurce w środku nocy, do tego śpiącą, bo raz na tydzień miała dwie zmiany, prawda? I wiedziałbym, że ktoś z ochrony dawno już sprawdził drzwi, może zatrzymał się, żeby chwilę pogadać, i że nikogo innego tu nie będzie, poza gromadą nafaszerowanych chemią pacjentów, prawda?
Mały Czarny nie musiał odpowiadać na to pytanie. Ani na żadne inne.
– To stąd on wszystko wie – wyszeptał Peter. – Nie ma stuprocentowej pewności, ale wiele może się domyślać, a jeśli jest choć trochę przewidujący, może czekać i wybierać dogodne chwile.
Francis poczuł w duszy chłód, bo nagle uświadomił sobie, że właśnie zbliżyli się o kolejny krok do anioła, a on był już raz bardzo blisko niego, i z jednej strony wolałby nie mieć z nim więcej do czynienia.
Lucy chwilę kiwała głową.
– Nie umiem tego dokładnie określić, ale coś się tu nie zgadza – odezwała się w końcu do Petera i Francisa. – Nie, to złe określenie; coś się zgadza i nie zgadza zarazem.