Peter wyszczerzył się w uśmiechu.
– Ależ, Lucy – zaintonował śpiewnie, przedrzeźniając sposób mówienia i akcent Gulptilila. – Ależ, Lucy – powtórzył. – Tu, w domu wariatów, to zupełnie normalne. Mów dalej, proszę.
– Ten szpital zaczyna dawać mi się we znaki – powiedziała cicho. – Wczoraj wieczorem byłam chyba śledzona, kiedy szłam do dormitorium stażystów. Słyszę szelesty pod swoimi drzwiami, które cichną, kiedy wstaję. Wyczuwam, że ktoś grzebał w moich rzeczach, chociaż nic nie zginęło. Cały czas myślę, że idziemy do przodu, a mimo to nie umiem wskazać, na czym ten postęp polega. Podejrzewam, że niedługo zacznę słyszeć głosy.
Odwróciła się i przez chwilę patrzyła na Francisa, pogrążonego w rozmyślaniach. Spojrzała wzdłuż korytarza i zobaczyła Kleo rozwodzącą się nad jakąś niesłychanie ważną sprawą. Potężna kobieta gestykulowała zamaszyście i grzmiała na pół budynku, chociaż nic, co mówiła, nie miało większego sensu.
– Albo zacznę sobie wyobrażać, że jestem wcieleniem egipskiej księżniczki – dodała Lucy, potrząsając głową.
– Może z tego wyniknąć poważny konflikt – zawyrokował Peter ze śmiechem.
– Ty dasz sobie radę – ciągnęła Lucy. – Nie jesteś wariatem jak reszta tych ludzi. Kiedy tylko wyjdziesz, wszystko będzie w porządku. Ale Mewa… Co z nim?
– Przed Francisem stoją większe wyzwania. – Peter w jednej chwili spochmurniał. – Musi udowodnić, że nie jest świrem, ale jak to zrobić w szpitalu? To miejsce jest zorganizowane tak, żeby robić z ludzi wariatów, a nie ich leczyć. Wszystkie choroby, na jakie pacjenci tu cierpią, stają się jakby zaraźliwe… – W głos Petera wkradła się gorycz. – To tak, jakby trafiało się tu z przeziębieniem, które zmienia się w zapalenie oskrzeli, potem płuc, na końcu w śmiertelną niewydolność dróg oddechowych, a wtedy mówią: „Cóż, robiliśmy wszystko, co w naszej mocy…”
– Muszę się stąd wydostać – stwierdziła Lucy stanowczo. – Ty też.
– Zgadza się – odparł Peter. – Ale osobą, która najbardziej potrzebuje się stąd wydostać, jest Mewa. W przeciwnym razie będzie zgubiony. – Znów się uśmiechnął, maskując głęboki smutek. – Ty i ja wybraliśmy własne kłopoty, idąc jakąś perwersyjną, neurotyczną drogą. Francis wszystkie dostał. Bez swojej winy. W odróżnieniu ode mnie.
Lucy dotknęła przedramienia Petera, podkreślając w ten sposób prawdziwość jego słów. Peter znieruchomiał jak pies myśliwski wystawiający zwierzynę, a dotyk dłoni Lucy prawie go palił. Potem cofnął się trochę, jakby nie mógł znieść nacisku. Uśmiechnął się jednak i głęboko westchnął.
– Musimy znaleźć anioła – powiedział. – I to jak najszybciej.
– Zgadzam się – przytaknęła Lucy. Potem spojrzała na Petera z zaciekawieniem, bo zrozumiała, że miał na myśli coś więcej niż zwykłą zachętę do działania. – O co chodzi?
Zanim jednak Peter zdołał odpowiedzieć, Francis, który roztrząsał coś w duchu i nie zwracał na nich oboje uwagi, wyprostował się i podszedł bliżej.
– Mam pomysł – oświadczył z wahaniem. – Nie wiem, ale…
– Mewa, muszę ci coś powiedzieć… – zaczął Peter, ale sam sobie przerwał. – Co to za pomysł?
– Co musisz mi powiedzieć?
– To może chwilę zaczekać. Twój pomysł?
– Tak bardzo się bałem – zaczął Francis. – Ciebie tam nie było, wokół tylko ciemność, a nóż leżał na mojej twarzy. Strach to zabawne zjawisko, Peter – ciągnął. – Przestawia ci myślenie tak bardzo, że nic innego nie widzisz. Założę się, że Lucy o tym wie, ale ja nie wiedziałem i nasunęło mi to pewien pomysł…
– Francis, spróbuj wyrażać się jaśniej – powiedział Peter, jakby mówił do ucznia podstawówki. Z uczuciem, ale i zainteresowaniem.
– Taki strach sprawia, że myśli się tylko o jednym: jak bardzo się boisz i co się stanie, i czy on wróci, i o tych strasznych rzeczach, które zrobił i jeszcze może zrobić, bo wiedziałem, że mógł mnie zabić, i chciałem zapaść się w jakieś bezpieczne miejsce, gdzie byłbym sam…
Lucy nachyliła się do Francisa, bo nagle dostrzegła przebłysk tego, do czego zmierzał.
– Mów dalej – zachęciła.
– Ale cały ten strach przysłonił coś, co powinienem zobaczyć. Peter kiwnął głową.
– Co?
– Anioł wiedział, że tej nocy ciebie tam nie będzie.
– Czytał książkę dzienną. Albo widział bijatykę. Albo słyszał, że wysłali mnie do izolatki.
– A więc sytuacja była dla niego dogodna, bo raczej nie chciał zajmować się nami dwoma naraz. Miał doskonałą okazję, żeby mnie przerazić…
– Też tak sądzę – włączyła się Lucy.
– Ale po co zabił Tancerza.
– Żeby nam pokazać, że może zrobić wszystko, co zechce. Żeby podkreślić wagę swojej wiadomości. Nie jesteśmy bezpieczni. – Francis odetchnął ciężko, bo myśl, że Tancerz zginął tylko dlatego, żeby dać im coś do zrozumienia, bardzo go wzburzyła. Nie umiał sobie wyobrazić, co pchnęło anioła do tak dramatycznego czynu, a potem, niemal w tej samej chwili, uświadomił sobie, że może jednak umie. To przeraziło go jeszcze bardziej, ale znalazł otuchę w jasnym świetle korytarza i towarzystwie Petera i Lucy. Są mądrzy i silni, pomyślał, a nie szaleni i słabi jak on, dlatego anioł postępował z nimi ostrożnie. Francis wziął głęboki wdech. – Mimo wszystko ryzykował – podjął. – Jak sądzicie, czy istniał jeszcze inny powód, dla którego anioł musiał przyjść tej nocy do tej sali?
– Inny powód?
Francis prawie się jąkał, każda myśl rozbrzmiewała w nim echem, coraz głębiej, jakby stał na skraju olbrzymiej jamy, kuszącej obietnicą zapomnienia. Na chwilę zamknął oczy i pod powiekami rozbłysła mu czerwona, niemal oślepiająca błyskawica. Nie spieszył się, starannie formułował każde słowo, bo w tej właśnie chwili zrozumiał, co takiego było w sali, czego potrzebował anioł.
– Upośledzony mężczyzna… – zaczął Francis – miał coś, co należało do anioła…
– Zakrwawiona koszula.
– Zastanawiam się…
Nie dokończył. Spojrzał na Petera, który odwrócił się do Lucy Jones. Nie musieli nic mówić. Cała trójka przecięła korytarz i wpadła do dormitorium.
Mieli szczęście: potężny mężczyzna siedział na krawędzi łóżka, gaworząc coś cicho do szmacianej lalki. W głębi sali znajdowało się kilku innych pacjentów. W większości leżeli na łóżkach, wyglądali przez okna albo wpatrywali się w sufit, zupełnie nieobecni duchem. Upośledzony spojrzał na trójkę przybyszów i uśmiechnął się. Lucy podeszła do niego, przejmując inicjatywę.
– Cześć – powiedziała. – Pamiętasz mnie? Kiwnął głową.
– To twój przyjaciel? – spytała. Znów przytaknął.
– I tutaj obaj śpicie?
Mężczyzna poklepał materac, a Lucy usiadła obok niego. Choć była wysoka, przy nim wyglądała jak karzełek. Przesunął się, robiąc jej miejsce.
– I tutaj obaj mieszkacie…
Uśmiechnął się szeroko. Przez chwilę mocno się skupiał, a potem wyjąkał:
– Mieszkam w dużym szpitalu.
Słowa wytaczały się z jego ust jak głazy. Każde było zniekształcone i twarde jak skała; Lucy pomyślała, że formowanie słów musiało być dla niego kolosalnym wysiłkiem.
– I tutaj trzymacie swoje rzeczy? – spytała. Mężczyzna znów poruszył głową w górę i w dół.
– Czy ktoś próbował ci zrobić krzywdę?
– Tak – powiedział przeciągle, jakby w ten sposób chciał wyrazić coś więcej. – Biłem się.
Lucy wzięła głęboki oddech, ale zanim zadała następne pytanie, zobaczyła, że w oczach upośledzonego wezbrały łzy.
– Biłem się – powtórzył. – Nie lubię się bić – dodał. – Mama mówi: żadnych bójek. Nigdy.
– Twoja mama jest mądra – przyznała Lucy. Nie miała żadnych wątpliwości, że mężczyzna byłby zdolny wyrządzić komuś poważną krzywdę, gdyby się nie hamował.
– Jestem za duży – wyjaśnił. - Żadnych bójek.
– Jak twój przyjaciel ma na imię? – Lucy wskazała lalkę.
– Andy.
– Ja jestem Lucy. Czy też mogę być twoim przyjacielem? Pokiwał głową i uśmiechnął się.