– Pomożesz mi w czymś?
Ściągnął brwi; Lucy pomyślała, że miał problemy ze zrozumieniem, więc dodała:
– Zgubiłam coś.
Mężczyzna chrząknął, jakby chciał powiedzieć, że też zdarzyło mu się kiedyś coś zgubić i nie lubił takich sytuacji.
– Zajrzysz dla mnie do swoich rzeczy?
Upośledzony zawahał się, wzruszył ramionami. Sięgnął pod łóżko i jedną ręką wyciągnął stamtąd zieloną, wojskową skrzynkę.
– Co? – spytał.
– Koszulę.
Ostrożnie podał jej Andy’ego, potem rozpiął zatrzask skrzynki. Lucy zauważyła, że skrzynka nie była zamknięta na klucz. Mężczyzna pokazał swój skromny dobytek. Na wierzchu leżały poskładane majtki i skarpetki, obok znajdowało się zdjęcie mężczyzny i jego matki. Fotografia miała kilka lat, była trochę pogięta i postrzępiona na krawędziach, jakby często trzymano ją w rękach. Głębiej leżały dżinsy i buty, sportowe koszule oraz trochę wytarty, ciemnozielony sweter.
Zakrwawionej koszuli nie było. Lucy spojrzała szybko na Petera, który pokręcił głową.
– Nie ma – powiedział cicho.
– Dziękuję – zwróciła się Lucy do upośledzonego. – Możesz już schować swoje rzeczy.
Mężczyzna zamknął skrzynkę i wsunął ją z powrotem pod łóżko. Lucy oddała mu lalkę.
– Masz tu jeszcze jakichś przyjaciół? – Wskazała salę. Pokręcił głową.
– Całkiem sam – mruknął.
– Ja będę twoim przyjacielem – zadeklarowała Lucy, chociaż wiedziała, że to kłamstwo. Poczuła się winna, po części za beznadzieję sytuacji upośledzonego, a po części za siebie, że tak łatwo oszukała kogoś, kto był prawie dzieckiem i kto mógł z upływem lat stawać się coraz starszy, ale nigdy mądrzejszy.
Kiedy wrócili do jej gabinetu, Lucy westchnęła.
– Cóż, wygląda na to, że powinniśmy pożegnać się z myślą o dowodach rzeczowych.
W jej głosie brzmiała gorycz porażki, ale Peter był bardziej optymistycznie nastawiony.
– Nie, nie, czegoś się dowiedzieliśmy. To, że anioł coś komuś podrzucił, a potem zadał sobie spory trud, żeby to odzyskać, daje nam pewne informacje na temat jego osobowości.
Francisowi kręciło się w głowie. Czuł, że drżą mu lekko ręce, bo wszystkie ważne myśli, które ginęły w natłoku wrażeń, teraz nabierały wyrazistości.
– Bliskość – powiedział.
– Co?
– Wybrał tego upośledzonego nie bez powodu. Wiedział, że Lucy będzie go przepytywać. Znajdował się na tyle blisko, żeby mu coś podrzucić. Upośledzony nie mógłby też mu zagrozić. Wszystko, co robi anioł, ma jakiś cel.
– Racja – przyznała Lucy. – A o czym nam to mówi? Głos Petera zabrzmiał nagle zimno.
– Że on się raczej nie ukrywa.
Francis jęknął, jakby dostał cios w pierś. Zakołysał się; Peter i Lucy spojrzeli na niego z troską. Strażak po raz pierwszy pomyślał, że to, co dla niego i Lucy było sprawdzianem inteligencji, próbą sił z przebiegłym mordercą, dla Francisa mogło być czymś o wiele trudniejszym i niebezpieczniejszym.
– On chce, żebyśmy go szukali – powiedział Francis; słowa wypływały z jego ust jak krew. – On się tym bawi.
– W takim razie musimy zakończyć tę zabawę – skwitował Peter.
Francis podniósł wzrok.
– Nie powinniśmy robić tego, czego on oczekuje. Nie wiem jak ani skąd, ale anioł wie o naszych planach.
Peter wziął głęboki oddech. Przez chwilę wszyscy troje milczeli, rozmyślając nad wnioskiem Francisa. Peter nie uważał, żeby to była właściwa chwila na przekazanie przyjaciołom ważnej informacji, a dalsza zwłoka mogła pogorszyć sytuację.
– Nie zostało mi wiele czasu – oznajmił cicho. – W ciągu kilku następnych dni zostanę stąd odesłany. Na zawsze.
Rozdział 25
Przetoczyłem się po podłodze i poczułem na policzku dotyk twardych desek. Walczyłem z łkaniem, które zaczęło wstrząsać moim ciałem. Przez całe życie wpadałem z jednej samotności w drugą i samo wspomnienie chwili, w której usłyszałem, jak Peter Strażak mówi, że zostawi mnie samego w Western State, wtrąciło mnie w czarną rozpacz, jak wtedy w Amherst. Myślę, że od pierwszej sekundy naszej znajomości wiedziałem, że zostanę porzucony, ale mimo to po wyznaniu Petera czułem, jakbym dostał cios w pierś. Jest taki rodzaj głębokiego smutku, który nigdy nie opuszcza serca, choćby nie wiadomo ile minęło godzin. I to był właśnie taki smutek Zapisanie słów, które Peter wymówił tamtego popołudnia, obudziło całą rozpacz, latami tłumioną przez leki, terapie i sesje. Ból wybuchł jak wulkan, wypełniając mnie głębokim, szarym popiołem.
Zawodziłem jak zagłodzone dziecko, porzucone w ciemności. Targały mną konwulsje wspomnień. Ciśnięty na zimną podłogę jak rozbitek na odległy, obcy brzeg, poddałem się całkowitej daremności swoich dziejów i pozwoliłem, by każda porażka i wada znalazły głos w rozdzierającym szlochu, aż w końcu, wyczerpany, ucichłem.
Kiedy przestrzeń wokół mnie wypełniła okropna cisza zmęczenia, usłyszałem niewyraźny, kpiący śmiech, cichnący w ciemności. Anioł wciąż unosił się w pobliżu, radując się z każdej drobiny mojego cierpienia.
Podniosłem głowę i warknąłem. Był blisko. Dość blisko, by mnie dotknąć, dość daleko, żebym nie mógł go chwycić. Czułem, że ta odległość się zmniejsza z każdą sekundą o kolejne milimetry. To było w jego stylu. Robić uniki. Manipulować. Kontrolować. A potem, w odpowiedniej chwili, uderzać. Tym razem mnie wziął na cel.
Zebrałem się w sobie i wstałem, ocierając rękawem zalaną łzami twarz. Obróciłem się, przeszukując wzrokiem pokój.
– Tutaj, Mewa. Pod ścianą.
Ale to nie był morderczy syk anioła, to mówił Peter.
Siedział na podłodze, oparty o zapisaną ścianę.
Wyglądał na zmęczonego. Nie, to nie tak. Przebył już krainę wyczerpania i teraz znajdował się w zupełnie innym świecie. Kombinezon Petera gęsto przecinały smugi sadzy. Widziałem też brud na jego twarzy, rozmazany strugami potu. Ubranie miał miejscami podarte, a ciężkie brązowe buty oblepione błotem, liśćmi i igliwiem. Bawił się srebrnym stalowym hełmem. Przerzucał go z ręki do ręki i obracał jak bąka. Po chwili, kiedy odzyskał trochę dawnej siły i spokoju, chwycił hełm, podniósł go nad głowę i postukał w ścianę – Jesteś coraz bliżej – powiedział. – Chyba nigdy do końca nie zrozumiałem, jak bardzo bałeś się anioła. Nigdy nie dostrzegałem tego, co ty. Dobrze, że jeden z nas był nienormalny. A przynajmniej wystarczająco szurnięty. Nawet pomimo grubej warstwy brudu widać było bijącą od Petera beztroskę. Poczułem ogarniającą mnie ulgę. Przykucnąłem naprzeciwko Strażaka, tak blisko, że mógłbym go dotknąć, ale nie dotykałem.
– On tu jest – szepnąłem ostrożnie. – Słucha.
– Tak – powiedział Peter. – Do diabła z nim.
– Tym razem przyszedł po mnie. Jak wtedy obiecał.
– Tak - powtórzył Peter.
– Musisz mi pomóc, Peter. Nie wiem, jak z nim walczyć.
– Wtedy też nie wiedziałeś, a jednak wymyśliłeś - odparł Peter. Odrobina jego szerokiego, białego uśmiechu przebiła się przez wyczerpanie, nagromadzony brud i śmieci.
– Teraz jest inaczej – wyznałem. – Wtedy to było… - Zawahałem się.
– Naprawdę? – podpowiedział Peter. Kiwnąłem głową.
– A teraz nie jest?
Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć.
– Pomożesz mi? – spytałem ponownie.
– Nie sądzę, żebyś naprawdę tego potrzebował. Ale spróbuję zrobić, cosię da.
Peter ze znużeniem powoli wstał z podłogi. Po raz pierwszy zauważyłem, że grzbiety dłoni miał zakrwawione i spalone do mięsa. Skóra zwisała luźno z kości i ścięgien. Musiał zauważyć, na co patrzę, bo zerknął w dół i wzruszył ramionami.
– Nic na to nie poradzę – powiedział. – Jest coraz gorzej.