Выбрать главу

Duży i Mały Czarny próbowali zaprowadzić spokój na korytarzu. Pacjenci byli spłoszeni, płakali, śmiali się, niektórzy chichotali, inni szlochali, jeszcze inni próbowali się zachowywać, jakby nic się nie stało, albo kryli się po kątach. Radio nie wiadomo gdzie grało przeboje z lat sześćdziesiątych; Francis słyszał znajome melodie In the midnight hour i Don’t walk away, Renee. Muzyka sprawiała, że cała sytuacja zdawała się jeszcze bardziej obłąkana – gitara i harmonie śpiewu mieszały się z chaosem. Potem usłyszał, jak jakiś pacjent głośno domaga się, żeby natychmiast podano śniadanie, a drugi pyta, czy mogliby wyjść na dwór i nazbierać kwiatów na grób.

Nie trwało długo, zanim pojawiła się ochrona, a zaraz potem nadciągnęli Piguła i pan Zły. Obaj prawie biegli, co sprawiało wrażenie, jakby trochę tracili panowanie nad sobą. Pan Zły odpychał z drogi pacjentów, a Gulptilil po prostu sunął korytarzem, nie zwracając uwagi na zaczepki i prośby zdenerwowanego tłumu mieszkańców budynku.

– Gdzie?! – warknął do Dużego Czarnego.

W drzwiach stało trzech pracowników ochrony w szarych koszulach; czekali, aż ktoś im powie, co mają robić, i zasłaniali dyrektorowi widok. Odkąd przybyli, żaden z nich nawet nie kiwnął palcem, tylko gapili się na zwłoki; teraz się odsunęli i wpuścili Gulptilila i Evansa na ponurą klatkę schodową.

Dyrektor szpitala zachłysnął się głośno.

– Mój Boże! – wymamrotał osłupiały. – To straszne. – Potrząsnął głową. Evans wyjrzał nad jego ramieniem. Jego pierwsza reakcja ograniczała się do wybełkotania jednego słowa: „Cholera!”

Lekarz i psycholog dalej się rozglądali. Francis zobaczył, że obaj patrzą na odcięty kciuk i pętlę z prześcieradła przywiązanego do balustrady na piętrze. Odniósł jednak ciekawe wrażenie, że widzieli coś innego niż on sam. Nie to, że nie dostrzegali martwej, powieszonej Kleo. Ale inaczej reagowali. Czuł się tak, jakby stał przed słynnym dziełem sztuki w muzeum, a ktoś obok niego inaczej je odbierał, śmiejąc się, zamiast westchnąć, albo jęcząc, zamiast się uśmiechać.

– Co za pech – powiedział cicho Gulptilil. Potem odwrócił się do pana Evansa. – Czy coś wskazywało… – zaczął, ale nie musiał kończyć.

Evans już kiwał głową.

– Wczoraj zapisałem w książce dziennej, że jej poczucie zagrożenia wzrasta. W ciągu ostatniego tygodnia były też inne oznaki, że się dekompensowała. Wysłałem panu w zeszłym tygodniu listę kilkorga pacjentów, których należy na nowo rozpatrzyć pod kątem wydawanych leków, a ona była w pierwszej trójce. Może powinienem zadziałać bardziej zdecydowanie, ale nie wydawało się, że Kleo przechodzi aż tak poważny kryzys. Najwyraźniej popełniłem błąd.

Gulptilil kiwnął głową.

– Przypominam sobie tę listę. Niestety, czasem nawet najlepsze intencje… Cóż, trudno przewidzieć coś takiego, nieprawdaż? – Zachowywał się, jakby nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Skoro jej nie usłyszał, wzruszył ramionami. – Sporządzi pan dokładne notatki, prawda?

– Oczywiście – odparł Evans.

Piguła odwrócił się do trzech ochroniarzy.

– Dobrze, panowie. Pan Moses pokaże wam, jak zdjąć Kleo. Przynieście worek na zwłoki i nosze. Przewieźmy ją jak najszybciej do kostnicy…

– Proszę zaczekać!

Sprzeciw dobiegł z tyłu. Wszyscy się odwrócili. To była Lucy Jones. Stała kawałek dalej i ponad głowami zebranych patrzyła na ciało Kleo.

– Mój Boże! – Gulptilila aż zatkało. – Panna Jones? Boże drogi, co pani zrobiła?

Ale odpowiedź na to pytanie, pomyślał Francis, była oczywista. Jej długie, czarne włosy zniknęły. Pojawiły się za to rozjaśnione na blond kosmyki, przycięte krótko i byle jak. Chłopak patrzył na Lucy i kręciło mu się w głowie. Czuł się tak, jakby oglądał sprofanowane dzieło sztuki.

Odepchnąłem się od słów na ścianie, umykając po podłodze mieszkania jak spłoszony pająk, uciekający przed ciężkim butem. Zatrzymałem się pod przeciwległą ścianą. Zapaliłem papierosa, potem zamarłem na chwilę z głową opartą na kolanach. Papierosa trzymałem w dłoni; cienka smużka dymu wznosiła się do mojego nosa. Nasłuchiwałem głosu anioła, czekałem na jego oddech, poruszający włoskami na moim karku. Jeśli go tu nie było, wiedziałem, że nie jest daleko. Nie widziałem Petera ani nikogo innego, chociaż przez chwilę zastanawiałem się, czy nie mogłaby mnie odwiedzić Kleo.

Wszystkie moje duchy krążyły blisko.

Przez moment myślałem o sobie jak o średniowiecznym nekromancie, stojącym nad kotłem bulgoczącego wywaru z nietoperzych oczu i korzeni mandragory, zdolnym przywołać każdą złą zjawę.

– Kleo? Co się stało? – zapytałem, kiedy otworzyłem oczy na otaczający mnie mały świat. - Nie musiałaś umierać.

Kręciłem głową. Zamknąłem oczy, ale w ciemności usłyszałem ją, jak mówi szorstkim, rubasznym głosem, do którego zdążyłem się przyzwyczaić.

– Ależ, Mewa, musiałam. Przeklęte bydlaki. Musiałam umrzeć. Wykończyli mnie, sukinsyny. Wiedziałam, że tak będzie, od samego początku.

Rozejrzałem się, ale z początku wychwytywałem tylko głos. Potem powoli, jak wyłaniający się z mgły żaglowiec, Kleo nabrała kształtu. Opierała się o zapisaną ścianę. Też paliła papierosa. Miała na sobie zwiewną, pastelową podomkę i te same różowe klapki, które zapamiętałem z miejsca jej śmierci. W jednym ręku trzymała papierosa, w drugim, jak mogłem się spodziewać, pingpongową paletkę. Oczy rozświetlało jej jakieś maniakalne zadowolenie, jakby uwolniła się od czegoś trudnego i dręczącego.

– Kto cię zabił, Kleo?

– Bydlaki.

– Ale konkretnie, Kleo?

– Przecież wiesz, Mewa. Wiedziałeś od chwili, kiedy wbiegłeś na te schody, gdzie czekałam. Widziałeś to, prawda?

– Nie. - Pokręciłem głową. – To było takie niejasne. Nie miałem pewności.

– Ale to było to, Mewa. Właśnie to. W tej sprzeczności dostrzegłeś prawdę, nie?

Chciałem powiedzieć „tak”, ale wciąż się wahałem. Byłem wtedy młody i niepewny. Teraz niewiele się zmieniło.

– On tam był, prawda?

– Oczywiście. Zawsze był. A może nie. Zależy, jak na to spojrzeć, Mewa. Ale ty widziałeś, prawda?

Wciąż targały mną sprzeczne odczucia.

– Co się stało, Kleo? Tak naprawdę?

– Jak to, Mewa, umarłam. Wiesz przecież.

– Ale jak?

– To powinna być żmija, przystawiona do mojej piersi.

– Ale nie była.

– Nie, niestety, to prawda. Nie była. Ale jak dla mnie, niewielka różnica. Zdołałam nawet powiedzieć słowa „Umieram, Egipcie. Umieram…”, i to mi wystarczyło.

– Kto je słyszał?

– Wiesz. Spróbowałem inaczej.

– Walczyłaś, Kleo?

– Zawsze, Mewa. Całe moje żałosne, zasrane życie to była walka. – Ale czy walczyłaś z aniołem?

Wyszczerzyła się w uśmiechu i machnęła paletką, rozwiewając dym z papierosa.

– Oczywiście, Mewa. Nie uległam bez walki.

– Zabił cię?

– Nie. Niezupełnie. Ale też, w pewnym sensie. To było takie jak wszystko inne w szpitalu: obłąkane, skomplikowane i szalone.

– Zgadza się – odparłem.

Parsknęła śmiechem.

– Wiedziałam, że to dostrzegłeś. Powiedz im to teraz, tak jak próbowałeś powiedzieć wtedy. Byłoby łatwiej, gdyby cię posłuchali. Ale kto zwraca uwagę na wariatów?

Na tę uwagę, jakże prawdziwą, oboje się uśmiechnęliśmy. Wziąłem głęboki oddech. Czułem olbrzymią, wsysającą stratę jak wewnętrzną próżnię.