Выбрать главу

– Brakuje mi cię, Kleo.

– Mnie ciebie też, Mewa. Tęsknię za życiem. Zagramy w ping-ponga? Dam ci nawet małe fory.

Uśmiechnęła się, zanim zniknęła.

Westchnąłem i znów odwróciłem się do ściany. Przemknął przez nią jakiś cień i następnym dźwiękiem, jaki usłyszałem, był głos, o którym chciałem zapomnieć.

– Mała Mewa chce poznać odpowiedzi, zanim umrze, tak?

Każde słowo siało zamęt, jak łupiący ból głowy, jakby ktoś dobijał się do drzwi mojej wyobraźni. Zakołysałem się i pomyślałem nagle, że może ktoś rzeczywiście próbuje się włamać, więc uciekłem przed ciemnością pełznącą przez pokój. W sercu szukałem odważnych słów, którymi mógłbym odpowiedzieć, ale mi umykały. Czułem drżenie rąk. Przypuszczałem, że drży mi ręka, i pomyślałem, że jestem na krawędzi jakiegoś wielkiego cierpienia, i nagle, w głębiach siebie, znalazłem to, czego potrzebowałem.

– Znam wszystkie odpowiedzi – odparłem. – Zawsze znałem. Uświadomienie sobie tego zabolało mnie jak nic dotąd. Przeraziło niemal tak samo, jak głos anioła. Wcisnąłem się jeszcze mocniej w kąt, a kiedy to zrobiłem, usłyszałem telefon. Dzwonił w drugim pokoju. Zdenerwowałem się jeszcze bardziej. Po chwili brzęczenie umilkło. Włączyła się automatyczna sekretarka, prezent od sióstr.

– Panie Petrel? Jest pan tam? – Głos wydawał się odległy, ale znajomy. – Mówi Klein z Centrum Zdrowia. Nie przyszedł pan na umówioną wizytę. Mimo obietnicy. Panie Petrel? Francis? Proszę skontaktować się z nami, kiedy tylko odbierze pan tę wiadomość, w przeciwnym razie będę musiał podjąć pewne kroki…

Tkwiłem w kącie jak skamieniały.

– Przyjdą po ciebie – usłyszałem głos anioła. – Nie rozumiesz, Mewa? Jesteś w potrzasku. Nie uciekniesz.

Zamknąłem oczy, ale to nic nie pomogło. Słowa anioła stały się tylko głośniejsze.

– Przyjdą po ciebie, Francis, i tym razem będą chcieli cię zabrać na zawsze. Pomyśclass="underline" koniec z małym mieszkankiem. Koniec z liczeniem ryb dla agencji ochrony przyrody. Koniec z chodzeniem po ulicach i przeszkadzaniem ludziom w codziennym życiu. Koniec ciężaru dla twoich sióstr i podstarzałych rodziców, którzy i tak nigdy za bardzo nie kochali syna wariata. Tak, będą chcieli zamknąć Francisa na resztę jego dni. Uwięziony, zapakowany w kaftan bezpieczeństwa, zaśliniony wrak. Tym się staniesz, Francis. Na pewno to widzisz…

Anioł się zaśmiał.

– … Chyba że, oczywiście, ja cię prędzej zabiję – dodał.

Słowa cięły jak nóż.

Chciałem powiedzieć: „Na co czekasz? „, ale zamiast tego odwróciłem się i jak dziecko, z łzami skapującymi z twarzy, poczołgałem się po podłodze do ściany słów. On był cały czas przy mnie, z każdym krokiem, i nie rozumiałem, dlaczego jeszcze mnie nie chwycił. Próbowałem odciąć się od niego, jakby pamięć była moim jedynym ratunkiem. Przypomniałem sobie władcze słowa Lucy, które zabrzmiały tak samo stanowczo, jak wtedy, tyle lat temu.

Lucy ruszyła do przodu.

– Niech nikt niczego nie dotyka – nakazała. – To jest miejsce zbrodni! Evans wydawał się zmieszany obecnością panny Jones i wyjąkał coś bez sensu. Doktor Gulptilil, nadal zaskoczony zmianą wyglądu pani prokurator, pokręcił głową i przesunął się w kierunku Lucy, jakby mógł ją spowolnić, tarasując drogę. Ochroniarze, Duży Czarny i Mały Czarny przestąpili z zakłopotaniem z nogi na nogę.

– Ona ma rację – powiedział z naciskiem Peter. – Trzeba wezwać policję. Głos Strażaka wyrwał Evansa z osłupienia. Psycholog odwrócił się gwałtownie w stronę Petera.

– Co ty tam, do cholery, wiesz!

Gulptilil podniósł rękę, lecz ani nie przytaknął, ani nie zaprzeczył. Zamiast tego zakołysał się nerwowo, przelewając swoje gruszkowate ciało niczym ameba.

– Nie byłbym taki pewny – oznajmił spokojnie. – Czy nie rozmawialiśmy już na ten temat przy okazji poprzedniego zgonu na oddziale?

– Tak, chyba tak – prychnęła Lucy Jones.

– Ach, oczywiście. Starszy pacjent, który zmarł na atak serca. Ten przypadek, jak pamiętam, również chciała pani badać jako zabójstwo.

Lucy wskazała zniekształcone ciało Kleo, wciąż zwisające groteskowo z poręczy.

– Wątpię, żeby to można było przypisać atakowi serca.

– Nie ma tu też znaków szczególnych morderstwa – odparował Piguła.

– Są – wtrącił z ożywieniem Peter. – Ucięty kciuk.

Doktor odwrócił się i przez kilka chwil patrzył na dłoń Kleo oraz na makabryczny widok na podłodze. Pokręcił głową.

– Być może. Ale z drugiej strony, panno Jones, przed wezwaniem policji i wszystkimi kłopotami, jakie się z tym wiążą, powinniśmy sami zbadać tę sprawę i zobaczyć, czy nie dojdziemy do jakiegoś wspólnego wniosku. Bo moja wstępna ocena w najmniejszym stopniu nie skłania mnie do przypuszczeń, że to było zabójstwo.

Lucy Jones spojrzała na psychiatrę z ukosa, zaczęła coś mówić, przerwała.

– Jak pan sobie życzy, doktorze – powiedziała w końcu. – Rozejrzyjmy się.

Weszła za lekarzem na klatkę schodową. Peter i Francis odsunęli się na bok. Pan Zły obrzucił Petera wściekłym spojrzeniem i również ruszył za doktorem. Pozostali jednak zatrzymali się w okolicach drzwi, jakby podchodząc bliżej, mogli zwiększyć oczywistość tego, czemu się przyglądali. Francis widział w niejednych oczach zdenerwowanie i strach. Pomyślał, że śmiertelny wizerunek Kleo przekroczył zwykłe granice normalności i szaleństwa – był jednakowo wstrząsający dla normalnych i obłąkanych.

Przez blisko dziesięć minut Lucy i Gulptilil krążyli powoli po klatce schodowej, zaglądając do każdego kąta, badając wzrokiem każdy centymetr podłogi. Peter uważnie się im przyglądał; Francis sam też podążył za wzrokiem Lucy i doktora, jakby chciał przenieść ich myśli do własnej głowy. Wtedy zaczął widzieć. Przypominało to nieostre zdjęcie, gdzie wszystko ma rozmyte i niewyraźne kształty. Po chwili jednak obraz się wyostrzył. Francis zaczął sobie wyobrażać ostatnie chwile Kleo.

W końcu doktor Gulptilil odwrócił się do Lucy.

– A więc proszę mi powiedzieć, pani prokurator, gdzie tu pani widzi ślady zabójstwa?

Lucy wskazała odcięty kciuk.

– Sprawca zawsze obcinał palce. Ona byłaby piąta. Dlatego nie ma kciuka.

Doktor pokręcił głową.

– Niech się pani rozejrzy – powiedział wolno. – Nie ma tu żadnych śladów walki. Nikt jak dotąd nie zgłosił, że w nocy coś się tu działo. Trudno mi sobie wyobrazić, że morderca zdołałby siłą powiesić kobietę o takiej masie i sile fizycznej, nie zwracając przy tym niczyjej uwagi. A ofiara… cóż, co w jej śmierci kojarzy się pani z pozostałymi?

– Na razie nic – odparła Lucy.

– Wydaje się pani, panno Jones, że samobójstwo tu, w tym szpitalu, to coś niespotykanego? – spytał ostrożnie doktor Gulptilil.

Właśnie, pomyślał Francis.

– Oczywiście, że nie – odparła Lucy.

– A czy kobieta, o której mówimy, nie była zbyt skupiona na morderstwie stażystki?

– Nie wiem tego na pewno.

– Może pan Evans mógłby nas oświecić?

Evans przestąpił próg drzwi.

– Wydawała się zainteresowana tą sprawą o wiele bardziej niż ktokolwiek inny. Twierdziła, że wie coś na temat śmierci pielęgniarki. Jeśli kogoś można winić, to mnie, bo nie dostrzegłem, jak niebezpieczna stała się ta obsesja…

Tę ekspiację wygłosił tonem, który sugerował coś wręcz przeciwnego. Innymi słowy, Evans sam uważał się za najmniej winnego. Francis spojrzał na napuchniętą twarz Kleo i dostrzegł surrealizm całej sytuacji. Ludzie wykłócali się o to, co tak naprawdę zaszło, dosłownie u stóp martwej kobiety. Chciał przypomnieć ją sobie żywą, ale miał z tym kłopoty. Próbował odnaleźć w sobie smutek, ale zamiast tego czuł się przede wszystkim wyczerpany, jakby emocje związane z odkryciem były głazem, który musiał toczyć na wysoką górę. Rozejrzał się i w duchu zadał sobie pytanie: co tu się stało?