Выбрать главу

Ziarenka piasku odrywały się od dna, woda je rozpraszała, kołysały się i opadały. Nie zauważyła, kiedy łódź opadła na dno tak samo łagodnie jak piasek.

Uwięzieni w środku ludzie próbowali się wydostać, teraz była niespokojna, na pewno się wydostaną, ale będą krzyczeć, będą mieć pretensję, ze pociągnęła ich za sobą.

Więc odpłynęła dalej od nich, daleko, i wyjrzała z wody, co robią, lecz tylko oczy wyjrzały, reszta była w wodzie.

Byli już na brzegu, a brzeg był daleko, prawie na horyzoncie, a mimo to widziała, że trzymają w ręku żywe węgorze. „Chodź do nas, pomożesz nam je zabić”, wabili ją, a niepokój narastał, i wtedy podnieśli do góry te węgorze, i z całej siły walili nimi o kamienie. One dalej się wiły, pokrwawione coraz bardziej, nie chciały umierać. Nie chciała na to patrzeć, chciała uciec w głąb, zanurzyła się i płynęła, dalej i dalej, ale woda nie była już przejrzysta, mętniała coraz bardziej, nie mogła znaleźć brzegu, z dna podnosiły się wodorosty i oplatały ją zimnym dotykiem, rozpadały się przy dotknięciu, ale pojawiały się coraz to nowe i nowe, a woda robiła się coraz gęstsza, trudniej było płynąć, chciała chociaż na powierzchnię, może nie do brzegu, lecz chociaż do słońca, ale nie wiedziała, gdzie góra, a gdzie dół, gdzie dno, a gdzie słońce, które przed chwilą tak pięknie świeciło, teraz już była ciemność, zatykała jej usta, już wiedziała, że nie wypłynie…

Wzięła oddech i zamiast wody w płucach poczuła powietrze. Czarny kot leżał przy niej, zwinięty w kłębek, prawie pod jej brodą, nos miała w jego futerku, zmizerniał ostatnio, musi wezwać weterynarza, jutro to na pewno zrobi, jutro, jutro przed nią.

*

Basia stała przed drzwiami do swojego mieszkania i naciskała dzwonek. Ciekawa sąsiadka spod piętnastki wychyliła głowę przez uchylone drzwi i zaraz je zamknęła. Po drugiej stronie jej, Basi, drzwi rozległy się kroki Piotra i szczęk łańcucha.

Idiota, myślał, że próbowałaby wejść cichaczem, jak do siebie! Założył łańcuch, żeby nie weszła! Bardzo proszę, niech i tak będzie.

– Wejdź, proszę.

A więc już nawet przygotował pudła i pudełka. Szybko, spieszy mu się. Jutro sprawa, a ona ma się już dzisiaj wynosić. A czego się spodziewała, że padnie jej do nóg, przeprosi, i będzie jak było? Nawet nie próbował niczego wyjaśnić, zresztą, co tu jest do wyjaśniania?

Nie wygląda na zadowoloną, choć poznosił pudła, tak jak chciała. Zawsze robił to, o co go prosiła. Wczoraj przywieźli glazurę. Płytki stoją na balkonie, chętnie by jej pokazał, jakie ładne wybrał, ale to nie ma sensu już w tej chwili, wszystko, co zrobił, będzie skierowane przeciwko niemu. Jest śliczna, stał pod biblioteką wczoraj, czekał, aż wyjdzie z pracy, zobaczył, jak obejmuje ją jej własny szef, jak ją przytula, na ulicy!

Przy wszystkich! A do niego zawsze mówiła: „To ulica, Piotr, opanuj się”, mój Boże, to takie banalne. Więc, Basiu, masz te swoje pudła, możesz się pakować i iść do niego czy do kogokolwiek, kto cię zrozumie.

*

Odsunął się ode mnie, jakbym była trędowata, niepotrzebnie z przyzwyczajenia zrobiłam krok w jego stronę. Czego się spodziewałam? Że mnie pocałuje, obejmie, powie, że to wszystko to jakaś głupota? Jutro zobaczysz na sali sądowej swoją głupotę. Będziesz miał niespodziankę, Piotrusiu.

Wczoraj jeszcze tak płakała, że jej własny szef, spotkany w drzwiach, trzymał ją mocno w ramionach, na ulicy ją trzymał i mówił:

– Pani Basiu, spokojnie, spokojnie, to tylko rozwód, wiem, co mówię, dwa razy przez to przechodziłem, no, niech pani już nie robi z siebie widowiska!

Opanowała się, była mu wdzięczna, jakby miała ojca, toby też tak powiedział, nie martw się, powiedziałby, podniósłby ją wysoko i nie martwiłaby się.

Piotr robi zapraszający gest ręką, a więc zaprasza mnie, nie jestem u siebie, żebym mogła wejść, muszę być zaproszona.

– Ja tylko chciałam wziąć…

– Weź, co chcesz.

– Trochę ubrań.

– Przyniosłem kartony… Ale mogę ci zostawić mieszkanie…

Zbytek łaski, poradzę sobie… nic od ciebie nie potrzebuję, to nie moje mieszkanie, to mieszkanie po twoich rodzicach i ich rodzicach. Tak mi chcesz zapłacić za zmarnowane życie? Dzięki, nie. Wezmę tylko swoje naczynia i trochę rzeczy, moich rzeczy.

– Pomóc ci?

– Nie, dzięki. Poza tym ten kubek jest twój, ty z niego zawsze piłeś sok pomidorowy…

– Bo mi w nim dawałaś.

– Bo lubiłeś sok pomidorowy.

Po co to mówi? Nie chce wspominać ani przypominać, nie po to tu przyszła. Sypała trochę soli i pieprzu, tak jak lubił. Głupia.

– Nienawidzę soku pomidorowego.

– Szybko zmienił ci się gust!

– Zawsze nienawidziłem.

– To dlaczego piłeś?

Nie może powstrzymać się od tego pytania? A co ją to obchodzi?

– Bo kupowałaś!

– Bo myślałam, że lubisz!

Myślała, że lubię? Powiedziała, że jest zdrowy, piłem, żeby sprawić jej przyjemność, wlewała do kubka, wrzucała kostkę lodu, soliła i lekko pieprzyła, nawet nie było takie złe, ale piłem dla niej, wkładała w to tyle serca.

Patrzy na wieżę, niech ją sobie weźmie, lubi słuchać muzyki, ja sobie poradzę.

– To weź sprzęt.

– Kupiłeś go z pierwszej pensji.

– Ale lubisz słuchać przy sprzątaniu.

– Nie będę słuchać, będę czytać! Nie będę sprzątać!

Basia z podniesionym głosem? Nie rozumie, że mu nie zależy na sprzęcie grającym? Dla niej go kupił!

Książki, bardzo proszę, niech bierze, co chce. Nic mnie to nie obchodzi. Co ona myśli? Że będę się kłócił o jakieś rzeczy? Rzeczy nie są ważne, rzeczom nadają wartość żywi ludzie. Basia im nadawała wartość, teraz mogę to wszystko wypieprzyć na śmietnik, bierz, co chcesz, i idź, do kogo chcesz.

– Tu są twoje płyty…Nie będziesz mogła ich słuchać, jeśli nie weźmiesz wieży. Pokaż, co to za książka?

– „Tristan 1946”, Kuncewiczowej.

Czytała mi na głos, w Szczyrku, miałem gorączkę, leżałem całe pięć dni, nie jeździła na nartach, siedziała ze mną, i pożyczała z jakiejś wiejskiej biblioteki książki i czytała mi na głos. Nie oddaliśmy tej książki, ukradliśmy ją przez nieuwagę.

– Chcesz?

Czytałam mu, całe dwa dni mu czytałam, a on nawet książki nie chce zachować na pamiątkę.

– Nigdy mi się nie podobała…

– Podobała ci się!

– Nawet nie wiesz dlaczego!

– O, sam przyznałeś, że ci się podobała!

– Nic takiego nie powiedziałem!

– Powiedziałeś!

– Zawsze słyszysz tylko to, co chcesz usłyszeć!

– A ty nigdy nie słuchałeś! Nigdy mnie nie rozumiałeś!

Nigdy nie starałeś się mnie zrozumieć. To nasze żałosne małżeństwo od dawna było bez sensu, nie tylko dlatego, że miałeś inne dziewczyny!… Żałuję, że cię spotkałam… moja matka miała rację…

Jaka śliczna jest moja/niemoja Basia, kiedy tak wrzeszczy bez sensu. Powinniśmy byli się czasem kłócić, coś bym więcej o niej wiedział, teraz jest za późno.

– Twoja matka mnie zawsze lubiła!

– No właśnie, nie miała racji! I w ogóle nie będę z tobą rozmawiać, nie chcę cię więcej widzieć! Po moje rzeczy zjawi się kto inny!