Выбрать главу

Kolejny strzał, kula przeszła tuż nad moją głową, fala gorącego podmuchu uniosła mi włosy. Skoro tak cicho strzela, to pewnie ma tłumik… A skoro jeszcze mnie nie zabili, to albo strzelają nieźle z pistoletu, albo kiepsko z karabinu snajperskiego.

Ale dlaczego nie widzę strzelca?

Machnąłem ręką i nakryłem cały zaułek pięciominutowym „Morfeuszem”. Po chwili wahania przesunąłem tym zaklęciem po oknach, dachu budynku, po sąsiednich zaułkach. Ludziom ten krótkotrwały sen nie zaszkodzi. „Morfeusz” to łagodne zaklęcie, człowiek ma kilka sekund, zanim zmorzy go sen, stojący zdążą usiąść, matki z niemowlętami na rękach odłożą dzieci, kierowcy zdejmą nogę z gazu. Nie powinno być ofiar. Raczej.

Cisza.

Trafiłem?

Uniosłem się ostrożnie i znów popatrzyłem przez Zmrok. No dalej, dalej… bez względu na to, kim jesteś, jeśli zmorzył cię sen, zamaskowanie powinno spaść…

Szczęknięcie. Nikły rozbłysk w zaułku i w moje nieszczęsne prawe ramię weszła druga kula – dokładnie w to samo miejsce!

Przykucnąłem, żeby fontanna osłaniała mnie od strzelca. Nie miałem już żadnych wątpliwości, rzeczywiście strzelano z zaułka.

Co robić? Walić w ciemność fireballami w nadziei, że zahaczę zamaskowanego strzelca? Wypalić wszystko wokół „Białym mirażem”? Osłonić się „Tarczą maga” i stanąć do otwartej walki? Ale skoro nie widzę wroga, to znaczy, że mam przed sobą maga silniejszego ode mnie!

A może wezwać policję? Albo Hesera i Fomę?

Stop. Obejdziemy się bez Hesera i Lermonta.

Co mówił Zawulon? Łączność, rada, pomoc?

Pomoc by nie zaszkodziła.

Wyjąłem z kieszeni figurkę wilka, postawiłem na ulicy, musnąłem Siłą i krzyknąłem: – Ja! Potrzebuję! Pomocy!

Wszystko wydarzyło się w ułamkach sekund. Powietrze walnęło mnie w twarz z taką siłą, że w pierwszej chwili pomyślałem, że niewidoczny strzelec przeszedł na granaty. Ale to tylko transformacja figurki – postać wilka rozrastała się, przemieniając w czarny, kosmaty cień. Błysnęły w ciemności białe zęby, zalśniły żółte wilcze oczy – wilkołak jednym susem przeleciał nad fontanną i od razu skoczył w prawo. Odgłos strzału, ale wyraźnie niecelnego. Pędząc slalomem, jak może pędzić tylko stworzenie, które nie raz było obiektem polowania z bronią palną, zwierz skoczył w zaułek. Usłyszałem ryk, potem łoskot i metaliczny brzęk. Szczęknięcia wystrzałów rozlegały się nadal, równomiernie co dwie sekundy, ale coś mi mówiło, że kule nie są już groźne.

Zerwałem się i pobiegłem za wilkiem, na wszelki wypadek osłaniając się „Tarczą” i wtedy przyszło mi do głowy, żeby zrobić to, co powinienem był zrobić na samym początku. Proste zaklęcie, dostępne każdemu Jasnemu magowi. „Przywołanie pierwotnej Siły” – i nad moją głową już chwiał się w powietrzu jasny biały płomyk.

I od razu zobaczyłem tego, który mnie omal nie zabił. Który był niewidoczny w Zmroku.

Ażurowy metalowy trójnóg przypominający profesjonalny statyw kamery. Na trójnogu, który obracał się na „talerzu”, widniał łyskający soczewkami cylinder. Na cylindrze, w specjalnym zatrzasku zamocowano krótki karabin z okrągłym, jak w radzieckiej pepeszy bębenkiem i długim tłumikiem. Pancerny kabel biegł do spustu i kończył się skoblem na lince obejmującej haczyk.

Robot jeszcze działał. Cylinder szarpał się z cichym buczeniem silników, skobel naciskał spust i karabin strzelał w niebo. Pochyliłem się, czując, jak po moim ramieniu spływa krew, i przycisnąłem cylinder zdrową ręką. Z boku była mała klapka, na której chińskimi hieroglifami wygrawerowano napis: „Strzelec I” oraz numer „285590607”. Pod hieroglifami widniał rysunek uśmiechniętej pyzatej buzi dziecka.

Dowcipnisie…

Podważyłem klapkę paznokciem, otworzyłem i przesunąłem przełącznik na „off”.

„Strzelec I” cichutko zamruczał silnikami i ucichł.

– Pozdrowienia z podniebnego świata – powiedziałem i usiadłem obok robota. Popatrzyłem na krótki pręcik anteny sterczący z cylindra. Tak, prawdziwy strzelec mógł być gdziekolwiek. Walczyłem z robotem.

I miałem dużo szczęścia, że celownik był trochę przetrącony.

– No nie – powiedziałem, nadal patrząc na robota. – I co teraz? Będziemy musieli wymyślać zaklęcia przeciwko technice?

Z ciemności wyłonił się wilk. Usiadł naprzeciwko mnie, zaczął lizać łapę. Rany nie widziałem, widocznie wilkołak sparzył się o gorącą lufę, gdy przewracał trójnóg na ziemię.

– Gdyby marsjańskie trójnogi miały pchły, tak by właśnie wyglądały – powiedziałem do wilka. – Czytałeś Wojnę Światów? I

Początkowo wydawało mi się, że nie odpowie, nie wszystkie wilkołaki mogą mówić po przemianie w zwierzę. Ale wilk podniósł na mnie ciężki wzrok i zaskowytał:

– Tyl-ko fi-lm.

– To rozumiesz – powiedziałem. – Dziękuję za pomoc.

– Za-liż ra-nę.

– Nie jestem wilkołakiem, żeby lizać rany… – burknąłem, przysuwając dłoń do prawego ramienia. Skoncentrowałem się. Było mi niedobrze, w ręku pulsował ból. Taka rana jest nieprzyjemna nawet dla maga… Swieta pewnie uzdrowiłaby mnie w ciągu kilku minut…

– Komu nadepnąłeś na ogon? – Teraz wilkołak mówił wyraźniej. – Wieży Eiffla?

Dopiero po chwili załapałem, że to miał być żart. Pokręciłem głową.

– Ale się dowcipny wilkołak trafił, normalnie komik estradowy. Dzięki za pomoc… Nic ci się nie stało?

– Łapa – wymruczał wilk i znów zaczął się lizać. – Automat nieźle daje.

– Przemień się w człowieka, to ci pomogę.

Wstałem. Moja rana już nie krwawiła. Nałożyłem na wyłączony trójnóg zaklęcie maskujące (teraz każdy przechodzień zobaczy zamiast dziwnej konstrukcji coś banalnego) i podniosłem go. Ciężki. Pachnie gorącym metalem, prochem i czymś oleistym. Ale będę musiał go stąd zabrać, przecież nie zostawię broni w środku miasta.

– Po-tem – zaszczekał wilk. – W bez-piecz-nym miejs-cu. Gdzie miesz-kasz?

– W hotelu. Spodoba ci się, chodź. Tylko cały czas idź obok mojej nogi i spróbuj wyglądać jak grzeczny pies.

Wilk warknął, ale szybko schował kły. Nie był duży, w ciemnościach mógł z powodzeniem udawać owczarka.

Szczerze mówiąc, nie liczyłem, że to koniec przygód na dziś, do hotelu jednak dotarliśmy bez przeszkód. W recepcji nudził się nowy portier, ale nie zadawał żadnych pytań, widocznie już go o mnie poinformowano. Na wilkołaka zerknął z ciekawością, ale nic nie powiedział. Podszedłem do niego i poprosiłem:

– Klucz do ciemnego apartamentu na górze. Portier dał mi klucz.

– Nie moglibyście przenocować w jednym pokoju? – zapytał.

– Mam alergię na sierść – odparłem.

Z restauracji dobiegał gwar głosów i brzęk kieliszków; goście bawili się w najlepsze, ja jednak nie miałem ochoty dołączać do imprezy, na której „Krwawa Mary” była najbardziej popularnym drinkiem, a jego nazwę rozumiano dosłownie.

ROZDZIAŁ 5

Najpierw otworzyłem drzwi od pokoju wilka, potem swoje.

Wilk zanurkował w ciemność pokoju, odwrócił się i pyskiem zamknął drzwi. Zaraz potem usłyszałem wilgotny odgłos, jakby ktoś darł mokre prześcieradło. Wilkołak zaczął przemianę w człowieka.

Wszedłem do swojego pokoju, zapaliłem światło i zamknąłem drzwi. Postawiłem w kącie „Strzelca I”, nadal pachnącego prochem, ściągnąłem zakrwawiony podkoszulek, wrzuciłem do kosza i popatrzyłem w lustro.

Ale ze mnie przystojniak… Ramię w zakrzepłej krwi, straszna czerwona blizna tam, gdzie weszły kule.

To nic. Najważniejszą sprawą było załatanie rany; zaraz nałożę „Awicennę” i do rana nie będzie śladu. Co to dla nas, czarodziejów, taki postrzał? Małe piwo!