Выбрать главу

Gdybym miał choć cień wątpliwości, że udaje, zmusiłbym go. Zmusił albo odesłał w Zmrok na wieki.

Ale najwyraźniej wejście na czwartą warstwę pozbawiło go reszty sił.

– Idź za Lermontem! – poleciłem.

Bruce wycofał się z wyraźną ulgą – tak ze śmiercionośnych głębin wyrywa się duszący się nurek.

A ja zacząłem szukać na piasku swojego cienia.

Wiem, że tu jest. Nie mogę nie rzucać cienia. Na pewno go znajdę.

Bo inaczej stanie się coś strasznego.

Na przykład – zmartwychwstanie Merlin. I z pomocą Nocnemu Patrolowi Edynburga, który już poniósł ciężkie straty, przyjdzie zwierciadlany mag. Ten, który mimo wszystko zachowuje równowagę.

Iluzjonista Jegor.

Mgnienie sławy i chwały, oślepiający rozbłysk, a potem koniec… Jegor zginie, rozpłynie się w Zmroku, wola bezlitosnych pierwotnych Sił wyrzuci go w nicość…

Przecież wykorzystywanie ludzi to dla nas chleb powszedni…

Ryknąłem i zrobiłem krok do przodu. Nie powinienem szukać tego cienia na piasku. Ten cień jest we mnie.

Poczułem poryw lodowatego wichru i wypadłem na piątą warstwę Zmroku.

Twarzą w zieloną trawę.

Wiał porywisty, zimny wiatr. Światło słońca sączyło się przez płynące po niebie fioletowe chmury – ciężkie, jakby śniegowe. Pagórkowata równina porośnięta wysoką, kłującą trawą ciągnęła się aż po horyzont. W oddali huczał grom i biły błyskawice, biły na odwrót, z ziemi w niebo, prosto w fioletowe chmury.

Wstałem i przełknąłem ślinę – zatkało mi uszy. Dławiąca prasa Zmroku, nadciągająca słabość i chęć, żeby jak najszybciej wrócić do realnego świata, nagle zniknęły. Na piątej warstwie panowała równowaga energetyczna. Gdy oczy już się przyzwyczaiły, przyjrzałem się uważniej i spostrzegłem, że barwy wokół mnie nie są do końca żywe. Trawa jest zielona, ale blada. Chmury bardziej sinoniebieskie niż fioletowe. Nawet błyskawice wyglądały na przygaszone, nie oślepiały.

Ale mimo to odniosłem wrażenie, że tutaj można żyć. Rozejrzałem się i na pomiętej trawie zobaczyłem Strażnika. To był golem – istota stworzona z gliny i ożywiona magią. Dawno nikt nie produkował golemów… Średniowiecznych robotów, czasem używanych do pracy, ale częściej wykorzystywanych do ochrony.

Klasyczny golem przypominał glinianego człowieka i ożywiały go włożone w specjalny otwór runy (tutaj poczucie humoru magów spadało zwykle poniżej poziomu). A ten golem był wężem, czymś w rodzaju glinianej anakondy długości dziesięciu metrów i grubości tułowia dorosłego człowieka. Szczerzące się drapieżnie paszcze znajdowały się na obu końcach węża. Skóra miała czerwono-szary kolor, jak źle wypalona cegła, a oczy… te otwarte oczy przeraziły mnie najbardziej. Wyglądały zupełnie jak ludzkie.

Zresztą, dlaczego „zupełnie”? Skoro golema stworzył sam Merlin…

Dokładnie pośrodku wąż stawał się cieńszy, tam znajdowało się nieduże wgłębienie wielkości dłoni, w którym spoczywał kwadratowy, szary kamień ze startymi celtyckimi napisami. Dziwny golem… Runa go nie ożywiała, lecz zabijała. A raczej unieruchamiała – sądząc po złym błysku oczu. Rozejrzałem się jeszcze raz. Prócz mnie i nieruchomego golema nie było tu nikogo. Hieny cmentarne, łupieżcy grobów zeszli głębiej. No, dalej!

Przywołując w pamięci zaklęcia bojowe, najpotężniejsze, jakie znałem i na jakie wystarczało mi sił, „podwiesiłem” je na szybkie użycie. Muszę być gotów do walki. Oczywiście, jeśli zdołam zejść głębiej…

– Zaczekaj, Anton!

Z powietrza zmaterializowały się trzy osoby – Lermont, Siemion i nieznany mi Murzyn. Siemiona i Murzyna Lermont dosłownie niósł pod pachą. Ale ma krzepę…

– Jak tu pięknie! – Siemion rozejrzał się, zachwycony. – O rany, więc to tutaj…

Zamilkł na widok golema. Podszedł do stwora, ostrożnie trąc go nogą.

– Ale bydlę… – Pokręcił głową. – Ty go załatwiłeś, Anton?

– Obawiam się, że nie tak łatwo go załatwić. – Wskazałem Runę i odwróciłem się do Fomy. – Idziemy dalej, Lermont?

– Dasz radę?

– Spróbuję.

Lermont pokręcił z powątpiewaniem głową. Zerknął na swojego podwładnego i rzekł:

– Nie przejdziesz. Ciągnąłem was tutaj z powodu… tego stwora. Dalej nie zejdziecie. Czekajcie tu, ile dacie radę, i wracajcie.

Odetchnął głęboko i rozpłynął się w powietrzu. Zrobiłem krok do przodu. Nic.

Jeszcze jeden, i jeszcze, i jeszcze…

– Nie wychodzi? – zapytał ze współczuciem Siemion.

No co jest? Na piątą warstwę wszedłem całkiem spokojnie, a nie mogę zanurzyć się głębiej?

Krok. Jeszcze jeden. Gdzie jest mój cień?

– Anton… – Siemion potrząsnął moim ramieniem. – Anton, daj spokój. Tylko niepotrzebnie tracisz siły.

– Przejdę… – szepnąłem. – Muszę…

– Nic nie musisz! Lermont ma więcej doświadczenia. Poradzi sobie…

Pokręciłem głową. Spróbowałem się rozluźnić. Tutaj wszedłem na wściekłości… może dalej uda mi się wejść na spokoju? Mam przed sobą jedynie dział wodny, cienką warstwę napięcia powierzchniowego między światami, granicę, za którą najwyraźniej siła życiowa zaczyna rosnąć. Pierwsza warstwa jest niemal martwa, bezpłodna. Druga nieco bardziej żywa, trzecia i czwarta już zaczyna przypominać nasz świat. A piąta… w piątej prawie można żyć. Tutaj już są barwy… Jest zimno, ale nie aż tak, żeby zamarznąć, rośnie tu trawa, padają deszcze, szaleją dziwne burze… A co będzie na szóstym? Muszę zrozumieć, dokąd usiłuję wejść! Do świata tchnącego lodem, umierającego, wypatroszonego? W którym ciężko oddychać, ciężko chodzić, ciężko mówić?

Nie. Szósta warstwa będzie inna… Jeszcze barwniejsza niż piąta. Jeszcze bardziej żywa. Jeszcze bliższa prawdziwemu światu.

Skinąłem głową do swoich myśli…

…i przeszedłem z piątej warstwy na szóstą.

Tu była noc. Może nie letnia, ale ciepła. Na niebie nie ujrzałem ani jednej gwiazdy, ale za to był Księżyc. Nie pas szarego pyłu, jak na pierwszej warstwie, nie trzy małe kolorowe księżyce, jak na drugiej. Zwyczajny Księżyc.

Lecz ani jednej gwiazdy. Gwiazdy nie są dla Innych.

Pod białym reflektorem Księżyca ten świat wydawał się całkiem rzeczywisty. Prawdziwe drzewa, żywe, z liśćmi szeleszczącymi na wietrze. Pachniało trawą i spalenizną… Nagle uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy poczułem zapach w Zmroku. Może gdybym ugryzł źdźbło trawy, poczułbym goryczkowy smak soku?…

Zaraz, dlaczego spalenizną?

Odwróciłem się i ujrzałem Lermonta. Ale już nie w postaci starszawego mężczyzny, lecz w jego zmrokowym obliczu.

Thomas the Rhymer był jasnowłosym, trzymetrowym olbrzymem; jego skóra emitowała mleczne światło. Właśnie wyjmował z powietrza kawałeczki białego i niebieskiego płomienia, zgniatał je w gigantycznych dłoniach, jakby lepił śnieżki, i rzucał w dal. Prześledziłem tor ich lotu – syczące kłęby płomienia leciały nad równiną, zmiatając po drodze rzadkie drzewa, i gasły w ciemnym, oddalającym się obłoku. Płonące pochodnie drzew świadczyły o tym, że Thomas czasem chybiał.

– Foma! – zawołałem. – Przyszedłem!

Olbrzym zgniótł w ręku ogromną kulę i ze sieknięciem cisnął ją za ciemną chmurą. Dopiero potem się odwrócił.

Jego twarz wyglądała niesamowicie – stara i świeża zarazem, dobra i okrutna, piękna i przerażająca.

– Młody mag pokonał barierę… – zahuczał Thomas. – Młody mag pośpieszył na pomoc.

Był nieco wytrącony z równowagi – jak wszyscy Inni, którzy w zapale walki przyjmują zmrokową postać.

Kilkoma susami pokonał dzielącą nas przestrzeń; miałem wrażenie, że ziemia jęknęła od jego kroków.