Mrugnął do mnie.
– Bo ci usta zasznuruję – powiedział z jakże znajomą intonacją Lermont. – Piąta warstwa Zmroku to nie temat do plotek.
– Oczywiście, oczywiście – zgodził się szybko Siemion. – Ja tylko tak, z głupoty…
– Foma. – Wyciągnąłem rękę, pomagając magowi wstać. – Dziękuję… że wróciłeś. I za to, co mi pokazałeś, też dziękuję.
– Chodźmy. – Foma wszedł do sąsiedniego pomieszczenia, w którym na ciemnej wodzie kołysała się żelazna łódka. Poszedłem za nim. Lermont powiesił nad nami „Parasol ciszy” i szum od razu ucichł. – Chcesz o coś zapytać?
– Tak. Kim oni są?
– Nie wiem. – Foma wyjął chusteczkę i otarł pot z czoła. – Do spadku po Merlinie próbowano się dobrać kilkakrotnie. Ale nie jestem pewien, czy byli to ci sami Inni… Ostatnią próbę podjęto ponad sto lat temu… A już na pewno nikt przedtem nie wciągał w tę sprawę ludzi… nie na taką skalę… To wszystko wygląda bardzo poważnie, Anton. Ale mieliśmy szczęście – trzecim kluczem Merlin zapędził wszystkich w kozi róg.
– Co oznacza ten wiersz?
– To zagadka. W tamtych czasach bardzo lubiano zagadki, Anton. W dobrym tonie było dać przeciwnikowi możliwość pokonania siebie – może – iluzoryczną, ale mimo wszystko możliwość.
– Jedno jest jasne: zamiast pchać się na rympał na siódmy poziom, można skorzystać z drogi okrężnej – powiedziałem.
– Na to wygląda. Ale nie wiem co ci powiedzieć. A gdybym nawet wiedział, nie powiedziałbym.
– Będziesz strzegł skrytki Merlina do końca świata?
– Dopóty, dopóki zdołam. – Lermont obracał w rękach Runę Merlina. – Tak czy inaczej, Strażnik znów strzeże piątej warstwy i wróg znów będzie musiał zdobyć Runę.
– Zniszcz ją, Foma! Pokręcił głową.
– Tu nie ma prostych rozwiązań, Anton. Jeśli zniszczę Runę, zniknie Strażnik. Po prostu schowam ją w bardziej bezpiecznym miejscu. Nie musisz wiedzieć jak. I… dziękuję za pomoc.
– To znaczy „spadaj”? – Uśmiechnąłem się.
– To znaczy „dziękuję za pomoc”. Po prostu, im więcej będzie tu osób postronnych, tym więcej szumu podniesie się wokół tej sprawy. Jestem wdzięczny i tobie, i Siemionowi. Bilety przywiozą wam do hotelu.
– Jasne. Dziękuję, Foma. – Skłoniłem się. – Niech Światło będzie z tobą!
– Poczekaj – rzekł łagodnie Thomas, podszedł do mnie i niespodziewanie objął. – Naprawdę jestem wam wdzięczny! Nie gniewaj się. Ale będziemy mieli teraz dużo problemów i gości z Inkwizycji… Naprawdę chciałbyś ugrzęznąć tu na miesiąc?
– Strzeż Wieńca, Foma – powiedziałem po chwili milczenia.
– Pomyśl o tym, co widziałeś, Anton. Jestem pewien, że w to wydarzenie jest zamieszany jakiś twój rodak. Podejdź do tajemnicy od swojej strony… Jeszcze się spotkamy.
– Jak się dowiem, który z naszych to zrobił, to mu nogi powyrywam – obiecałem. – Do widzenia, Thomasie the Rhymerze!
Już podchodząc do drzwi, rzuciłem od niechcenia: – Ach, zapomniałem powiedzieć, że przywykliśmy latać pierwszą klasą!
– Uważaj, żebym was nie wysłał w luku bagażowym – odparł Foma równie niedbałym tonem. A potem odwrócił się i poszedł do swoich współpracowników.
EPILOG
– To faktycznie zły znak, mówić w czasie walki przyjacielowi, że jeszcze się zobaczymy – rzekł ponuro Siemion. – Nie ma teraz wolnej chwili, żeby do mnie wpaść. A my od razu wracamy, jak te głupki. Żeby tak chociaż z tydzień posiedzieć… Pojechalibyśmy nad jeziora, połowili ryby…
– Siemion, kiedy wpadnie Inkwizycja, utkniemy tu na miesiąc.
– I co w tym złego?
– Ja mam rodzinę.
– O, faktycznie… – Siemion westchnął obłudnie. – Małą córeczkę… I co, już chodzi?
– Nie wygłupiaj się!
Staliśmy przed wejściem do hotelu. Siemion uśmiechnął się złośliwie i potarł nos.
– Ee… ile mamy czasu?
– Z pięć, sześć godzin, jeśli bilety będą na wieczorny lot.
– Zajrzę do sklepu, kupię jakieś pamiątki. Wziąć ci?
– A co?
– Jak to co? Whisky i szale. Facetom whisky, kobietom szale. Zwykle biorę po pięć sztuk jednego i drugiego.
– Dobra. – Machnąłem rękę. – Tylko dla mnie weź jeszcze jakiś dziecięcy szal, jeśli będzie. Jakiś taki wesoły, kolorowy.
– Nie ma sprawy.
Wszedłem do westybulu. Portiera w recepcji nie było, za to na blacie leżała koperta z dużym napisem „Anthony Gorodetsky”, W środku były trzy bilety lotnicze pierwszej klasy – dla mnie, Siemiona i Gali. Lermont nie tylko działał niezwykle operatywnie, ale w dodatku pamiętał o dziewczynie.
Na trzecim piętrze zastukałem do drzwi ciemnego apartamentu. Zero reakcji. Zacząłem nasłuchiwać – usłyszałem szum lejącej się w łazience wody. Wyjąłem bilet Gali i wsunąłem go pod drzwi.
Odnalazłem w kieszeni klucz, otworzyłem drzwi i wszedłem do swojego pokoju.
– Bardzopowolipodejdźdofotelaiusiądź – zadysponował rudowłosy chłopak, który w „Podziemiach Szkocji” przedstawił się jako Jean.
Pozycję miał idealną – stał pod oknem, za którym świeciło oślepiające słońce. Mój cień był z tyłu, nie mogłem w niego zanurkować.
– Powoliidźwstronęfotela – zatrajkotał chłopak.
Działał na „przyśpieszonych obrotach”. Otulało go zielone światło, płynące z amuletu na ręce – niepozornej bransoletki z koralików – i teraz jego reakcje były wielokrotnie szybsze niż reakcje zwykłego człowieka. Biorąc pod uwagę fakt, że Jean trzymał uzi, płonące czerwienią zaczarowanych kul, uznałem, że stawianie oporu byłoby nierozsądne.
– Mów wyraźniej – poprosiłem, podchodząc i siadając w fotelu. – Skoro nie zabiłeś mnie od razu, to znaczy, że mamy o czym pogadać.
– Myliszsięczarodzieju – odparł chłopak, używając tego śmiesznego, dziecięcego określenia. – Kazalimicięzabić. Alechcęcięocośzapytać.
– Pytaj.
Potrzebny mi cień. Muszę odwrócić głowę, zobaczyć swój cień i wejść w Zmrok, tam będę szybszy.
– NiekręćgłowąJeślispojrzysznacieństrzelamodrazu.Iluwasjest?
– Kogo?
– Iletakichstworówjaktychodzipoziemi?
– No… – zastanowiłem się. – Masz na myśli Jasnych czy Ciemnych?
– Wszystkojedno!
– Mnieeeeej więęęęceeeej coooo dzieeesięęciooootyyysięęęcznyyyy – odparłem przeciągając samogłoski. Nie wygłupiałem się, chciałem tylko, żeby pomyślał, że za bardzo „przyśpieszył”. Zresztą, czy jest w stanie regulować działanie czarów?
– Sukinkotynienawidzęwas – rzekł chłopak. – Mamciprzekazaćżezdradziłeśprzyjaciela izasługujesznaśmierć.
Do drzwi ktoś zastukał. Chłopak popatrzył szybko na drzwi i znów na mnie. Zerwał ze stołu serwetę, narzucił ją na automat (ciągle wycelowany we mnie) i polecił:
– Odpowiedz!
– Kto tam? Otwarte! – krzyknąłem.
Jeśli to Siemion, to chyba zaczynałem mieć szansę…
Drzwi otworzyły się i… weszła Gala. Wyglądała tak, że aż mi dech zaparło. Króciutka czarna spódniczka, niemal przezroczysty różowy top – istna Lolita.
Jean również osłupiał.
– Cześć. – Dziewczyna coś żuła, chyba gumę, bo po chwili nadmuchała wielki balon. Balon pękł i Jaen drgnął. Przestraszyłem się, że odruchowo strzeli, ale nie. – Kim jesteś?
Popatrzyła na Jeana takim wzrokiem, że morderca oblał się rumieńcem. Udało mu się zatrajkotać i wybełkotać zarazem:
– Wpadłemnachwilę.
– Dla przyjaciół Anthonyego zniżka. – Gala mrugnęła do chłopaka. Podeszła do mnie, kołysząc biodrami, i zapytała: – Zostawiłam u ciebie majteczki, nie znalazłeś?