Выбрать главу

– Rodzi to ciekawe pytanie.

– Jakie?

– Powiesz jej?

– O dyskietce?

– Pewnie, że o dyskietce. Przecież nie o ostatnich ruchach wojsk w Bośni.

– Nie mam wyboru – odparł Myron po krótkim namyśle. – Muszę jej powiedzieć.

– To również może być częścią planu wykończenia jej psychicznie – rzekł Win. – Zapewne ktoś przesłał ci dyskietkę, wiedząc, że uderzy to w panią Mayor.

– Może. Tak czy inaczej Sophie Mayor ma prawo wiedzieć. Nie mnie decydować, czy wystarczy jej sił, by to znieść.

– Słusznie. – Win wstał. – Znajomi ludzie próbują dotrzeć do zeznań świadków i urzędowych raportów w sprawie śmierci Clu: z sekcji zwłok, miejsca zbrodni, badań kryminalistycznych et cetera. Ale nikt nie puszcza pary z gęby.

– Chyba ktoś by się znalazł – rzekł Myron.

– Tak?

– Lekarzem sądowym powiatu Bergen jest Sally Li. Znam ją.

– Dzięki ojcu Jessiki?

– Tak.

– Uderz do niej. Win ruszył do drzwi.

– Win?

– Tak?

– Masz pomysł, jak przekazać wieści Sophie Mayor?

– Żadnego.

Po wyjściu przyjaciela Myron utkwił wzrok w telefon, podniósł słuchawkę i wystukał numer. Trwało to jakiś czas, nim sekretarka w końcu go połączyła. Na dźwięk jego głosu Sophie Mayor nie zapiała z zachwytu.

– O co chodzi? – spytała ostrym tonem.

– Musimy porozmawiać.

W komórce albo w telefonie w samochodzie zahuczało.

– Już rozmawialiśmy.

– Nie o tym.

– Jestem w samochodzie – odparła po chwili Sophie Mayor. – Milę od domu na Long Island. Czy to ważne?

Myron wziął pióro.

– Proszę podać adres – rzekł. – Zaraz tam będę.

19

Mężczyzna na ulicy wciąż czytał gazetę.

Zjeżdżająca winda przystawała wiele razy. Typowo. Jej pasażerowie oczywiście milczeli, zajęci śledzeniem malejących świetlistych numerów, jakby czekali na lądowanie UFO. W holu Myron wtopił się w strumień urzędników – łososi płynących w górę rzeki, pod prąd, aż do wyzionięcia ducha – i wydostał się na Park Avenue. Wielu kroczyło z podniesionymi głowami i minami modeli na wybiegu, inni zaś, wcielenia Atlasa z Piątej Alei dźwigającego na barkach ziemski glob, szli zgarbieni, ale dla nich świat był zwyczajnie za ciężki.

Brawo, znów głęboka myśl.

Świetnie ustawiony na rogu Pięćdziesiątej Szóstej Ulicy i Park Avenue mężczyzna, którego Myron zauważył, wracając do biurowca Lock – Horne'a, czytał gazetę, lecz trzymał ją tak, żeby widzieć wszystkich wchodzących i wychodzących.

Hmm.

Myron wyjął komórkę i wcisnął zaprogramowany przycisk.

– Wysłów się – rzekł Win.

– Zdaje się, że mam ogon.

– Zaczekaj… Narożny kiosk z gazetami – odezwał się po dziesięciu sekundach Win. W swoim gabinecie miał kolekcję teleskopów i lornetek. Nie warto pytać dlaczego.

– Tak jest.

– Dobry Boże. Można bardziej rzucać się w oczy?

– Wątpię.

– Gdzie jego duma zawodowa? Gdzie profesjonalizm?

– Smutne.

– Ten kraj schodzi na psy, przyjacielu. W tym cały problem.

– W kiepskich ogonach?

– To przykład. Spójrz na niego. Kto stoi tak jak on na rogu ulicy i tak czyta gazetę? Brakuje tylko, żeby wyciął w niej dziury na oczy.

– Mhm. Masz trochę wolnego czasu? – spytał Myron.

– Oczywiście. Jak proponujesz go spędzić?

– Wesprzyj mnie.

– Daj mi pięć.

Myron odczekał pięć minut. Stał, starannie unikając patrzenia na gościa z gazetą. Sprawdziwszy godzinę, prychnął gniewnie, jakby na kogoś czekał i się niecierpliwił.

Gdy po pięciu minutach ruszył wprost na niego, śledzący skrył się za lekturą.

Myron podszedł do niego i stanął tuż obok. Śledź wcisnął nos w gazetę. Myron obdarzył go uśmiechem numer osiem. Szerokim i pełnozębnym jak telepastor po zafasowaniu grubego czeku, jak młody Wink Martindale. Śledź wbijał wzrok w gazetę. Myron, bez przerwy się uśmiechając, zrobił oczy wielkie jak klaun, a nie doczekawszy się reakcji, przybliżył swój uberwatowy uśmiech na centymetry do twarzy pechowca i zastrzygł brwiami. Śledź złożył głośno gazetę i westchnął.

– Wystarczy, debeściaku, namierzyłeś mnie. Gratulacje.

– Dziękujemy panu za udział w programie – rzekł Myron wciąż z uśmiechem Winka Martindale'a.

– Ale głowa do góry, nie puścimy pana do domu z pustymi rękami! Wróci pan z wersją gry Nieudolny Ogon i roczną prenumeratą Nowoczesnego Bałwana.

– Dobra, dobra, jeszcze się spotkamy.

– Chwileczkę! Ostatnia runda Va Banque. Odpowiedź: do śledzenia mnie wynajął pana on lub ona.

– Wal się!

– O, przepraszam, musi pan ująć to w formie pytania. Śledź ruszył. Kiedy się odwrócił, Myron posłał mu uśmiech i pomachał ręką.

– Ten program wyprodukowali Mark Goodson i Bill Todman. Do widzenia państwu! – powiedział i znowu pomachał.

Śledź pokręcił głową i wtopił się w ludzki potok. Ludzi było mnóstwo, a wśród nich nie przypadkiem znajdował się Win. Należało oczekiwać, że śledź znajdzie jakąś zatoczkę, zadzwoni do swojego szefa, a wówczas Win go podsłucha i dowie się wszystkiego. Co za plan!

Myron dotarł do wynajętego samochodu i okrążył kwartał ulic. Innych śledzi nie było. W każdym razie rzucających się w oczy jak ten ostatni. Nieważne. Jechał do posiadłości Mayorów na Long Island. Nie było istotne, czy ktoś o tym wiedział.

W samochodzie wypełnił sobie czas, dzwoniąc z komórki. W sprawach dwóch futbolistów halowych (to tacy – gdyby ktoś nie wiedział – którzy grają pod dachem na mniejszych boiskach), liczących na załapanie się do drużyn przed zamknięciem listy transferowej. Myron obdzwonił zespoły, niestety, nikt nie okazał zainteresowania. Za to wielu pytało go o śmierć Clu. Zbył ich. Wiedział, że stara się daremnie, lecz nie rezygnował. Co za gość! Próbował skupić się na pracy, zatracić w otępiającej rozkoszy zarabiania na chleb powszedni. Ale świat wciąż mu w tym przeszkadzał. Myron pomyślał o uwięzionej Esperanzy. Pomyślał o Jessice w Kalifornii. Pomyślał o Bonnie Haid i jej osieroconych synkach w domu. Pomyślał o Clu w formaldehydzie. Pomyślał o telefonie od ojca. A co dziwniejsze, i to nie raz, o samotnej Teresę na wyspie. Od reszty spraw się odgrodził.

Gdy dojechał do Muttontown, części Long Island, której nie dane mu było poznać wcześniej, skręcił w prawo w zalesioną drogę. Po przebyciu około dwóch mil i minięciu ze trzech wjazdów dotarł wreszcie do prostej bramy z żelaza, opatrzonej małą tabliczką z napisem „Mayorowie”. Strzegło jej kilka kamer. Nacisnął guzik domofonu.

– Czym mogę służyć? – spytał kobiecy głos.

– Myron Bolitar do Sophie Mayor.

– Proszę wjechać. Zaparkować przed domem. Brama otwarła się. Myron ruszył w górę dosyć stromego wzgórza. Wysokie żywopłoty po obu stronach wjazdu sprawiały, że czuł się jak szczur w labiryncie. Dostrzegł więcej kamer. Ani śladu domu. Wreszcie dotarł na szczyt i wjechał na polanę z nieco zarośniętym trawiastym kortem i polem do krokieta. Bardzo w stylu Bulwaru Zachodzącego Słońca. Znów skręcił. Dom był prosto jak strzelił. To znaczy, rezydencja, lecz nie tak wielka jak te, które zdarzyło mu się oglądać. Pokryte jasnożółtym tynkiem ściany porastała winorośl. Okna wyglądały na ołowiane. Sceneria z lat dwudziestych. Niemal spodziewał się, że za chwilę zaparkują tuż za nim w cudnym kabriolecie Scott i Zelda Fitzgeraldowie.