— W zamian?! — Taka bezczelność spowodowała, że elf na kilka sekund stracił dar mowy. — W zamian — lekka śmierć. Czy wydaje ci się może, że to mało?
— Mało. Lekką śmierć od dawna noszę przy sobie: serce, wie pan, chore… od dzieciństwa. Tak więc, nic nie wyjdzie z torturami — gdzie się zacznie, tam się skończy.
— Pięknie kłamiesz — srebrzyście roześmiał się elf. — Interesująco.
— No to próbuj — wzruszył ramionami Kumai. — Oberwiesz od przełożonych za zmarłego podczas śledztwa szpiega. A może nie?
— Przełożeni to właśnie my, trollu… — Elf w płaszczu usiadł na taborecie przyniesionym przez „skórzanego”. — Ale słuchamy cię z zainteresowaniem, co dalej…
Co tu jest do kłamania? On swoją sytuację rozumie, nie jest dzieckiem. Ale nie jest też tępym fanatykiem i nie zamierza ginąć za wszystkie te fantomy — ojczyzna, przysięga — zupełnie nie zamierza. Bo niby, po co? Dowództwo wysyła cię do boju, a samo tłuste tyłki wygrzewa, wilczyska obrzydliwe… Opowie wszystko, co wie, a wie sporo: przecież wypełniał zadania specjalne dowództwa i wcześniej, i teraz. Ale — nie za darmo. Za życie, a dla was to drobiazg. Niech w podziemnym więzieniu, jako niewolnik w kopalniach ołowiu, oślepiony i pozbawiony męskich cech — byle pozostać przy życiu!
— No to opowiadaj, trollu. Jeśli opowiesz prawdę i prawda ta nas zainteresuje… Wtedy znajdziemy ci pracę w naszych kopalniach. Jak pani sądzi, milady Eornis?
— Oczywiście! Dlaczego rzeczywiście nie zostawić go przy życiu?
Tak więc, nazywa się Chmurka (raczej nie powinien się zaplątać. … tak rzeczywiście wołali nań w dzieciństwie — Sońka, zaraza, wymyśliła i przyczepiło się, aż do Uniwersytetu — Chmurka i Chmurka), stopień — inżynier drugiego stopnia, ostatnie miejsce służby — oddział partyzancki… Induna (pamiętam, był taki dziaduś-dmuchawiec, prowadził wykłady z optyki na drugim roku). Baza oddziału — wąwóz Cagancab w Górach Popielnych (to ojcowa kopalnia, tamtejsze okolice sama przyroda stworzyła do wojny partyzanckiej, nie może być, żeby nie było tam Ruchu Oporu… A i tak nic sensownego z marszu nie skomponuje). Wczoraj… zaraz, jaki dziś jest dzień? No tak, proszę o wybaczenie, tu pytania zadajecie wy… Tak więc rankiem dwudziestego drugiego otrzymał zadanie — miał polecieć do Lorien, żeby wypatrzyć położenie świeczników w dolinie rzeki Nimrodel; jemu osobiście wydaje się, że cały ten pomysł to całkowita bzdura, po prostu dowództwo dostało świra z rozpaczy, ciągle o jakąś mistykę zahacza. Nie, tym razem zadanie dał nie Indun. Wcześniej nigdy tego człowieka nie widział, wydaje się, że jest z wywiadu, pseudo — Szakal… Cechy? Niewysoki, skośne oczy — z rodu orokuenów, krótka mała blizna nad lewą brwią… Nie, na pewno nad lewą.
— To jest bardzo naiwne, trollu. Nie nazywam cię Chmurką, ponieważ to imię jest takim samymi kłamstwem, jak i cała twoja opowieść. Wiesz co, są dwie złote reguły postępowania podczas śledztwa: unikać kłamstwa i niepotrzebnych szczegółów, a ty złamałeś obie… Powiedz mi, sterniku „mechanicznego smoka”, jaki tego dnia wiał wiatr — chodzi o siłę i kierunek?
No i koniec… Ale kto mógł pomyśleć, że ten elf zna się na lataniu? Zresztą Kumai, plotąc te bzdury, nie przestawał przygotowywać dla rozmówców pewnej niespodzianki: przyjęta przez trolla usłużnie uniżona pozycja pozwoliła mu podciągnąć pod siebie nogi. I teraz, rozumiejąc, że gra i tak skończona, niczym zwolniona sprężyna runął do przodu, usiłując lewą ręką, tą nieprzykutą, sięgnąć elfa w srebrzyście-czarnym płaszczu. I chyba sięgnąłby go, gdyby nie popełnił kolejnego błędu: trafił spojrzeniem na wzrok elfa, a tego w żaden sposób nie należało robić…
Klofoel Pokoju rozdrażnionym machnięciem ręki powstrzymał „skórzanego”, który niczym jastrząb rzucił się do skamieniałego trolla — co się teraz szarpiesz, gapo? — i odwrócił się do swojej rozmówczyni:
— Czy nadal pani chce zostać sam na sam z tym urodziwym chłopcem, milady Eornis? Nie rozmyśliła się pani?
— Wręcz przeciwnie! Jest zachwycający — zwierzę, prawdziwe zwierzę!
— Ach, bestyjka z pani… Wie pani co? Proszę go sobie zabrać, skoro tak się pani spodobały jego męskie cechy! Ale nie wcześniej, niż po tym, jak my z nim popracujemy. Bo jeszcze, odpukać, rozstanie się z życiem w pani objęciach — może wszak zdarzyć się coś takiego — i zabierze ze sobą do grobu to, co mu wiadomo… Przecież taki koniec zasmuciłby panią nie mniej niż mnie, czy nie tak?
62
— Nie śpij! — „Skórzany”, stojący za taboretem Kumaja, kopnął inżyniera w ścięgna pięty i ból natychmiast przywołał go z tego błogosławionego stanu zapomnienia.
— Skąd leciałeś, trollu? Jakie masz zadanie? — Pytania zadaje inny, ten zza stołu. Pracują razem: jeden zadaje pytania, te same, godzina po godzinie, drugi tylko kopie z tyłu w pięty, gdy tylko Kumai się podnosi, albo upuszcza żeliwną z niewyspania głowę. Niby nie uderza mocno, ale w to samo dokładnie miejsce, i po kilkudziesięciu uderzeniach ból staje się nieznośny, wszystkie myśli dotyczą tylko jednego — jak uniknąć kolejnego kopniaka, który i tak nieuchronnie nastąpi… Kumai natomiast nie miał złudzeń: to nawet jeszcze nie jest początek, nie zajęli się nim jeszcze na poważnie, ograniczyli się tylko do tego, że nie dają pić i spać.
O tym, co będzie dalej — kiedy w końcu zrozumieją, że po dobroci niczego z niego nie wyciągną — Kumai zabronił sobie nawet myśleć. Po prostu postanowił: trzymać się ile można, i przynajmniej dać choć trochę czasu Grizzly'emu i Rosomakowi — ludzie sprytni, może zrozumieją, co i jak, i potrafią uchronić przed uderzeniem „Zbrojny klasztor”. Przypomniał sobie, że przed lotem zostawił w pracowni na schematach, trasę na ujście Nimrodel, i miał teraz nadzieję, że ludzie z wywiadu połączą jego zniknięcie z tą marszrutą… „Ale skąd będą wiedzieli, że nie zginął, a trafił żywy w ręce elfów? A zresztą, co mogą zrobić, nawet jeśli się domyśla. Ewakuować Dol Guldur, czy co? Nie wiem… Olśnienia i cuda to domena Jedynego, a ja mogę tylko się trzymać i mieć nadzieję”.
— Nie spać! — tym razem ten od tylu chyba przesadził i jego kopniak naprawdę pozbawił Kumaja przytomności. Kiedy zaś inżynier ocknął się, przy stole zamiast „skórzanego” zasiadał ten pierwszy, elf w srebrno-czarnym płaszczu.
— Nie mówiono ci, trollu, że masz nieprawdopodobne szczęście? Stracił rachubę czasu już dawno temu; ostre światło, odbijając się od ścian, wyżerało łzawiące z powodu bezsenności oczy, i pod powiekami uzbierało się po całej garści rozżarzonego żwiru. Zmrużył oczy i, nie zdoławszy się utrzymać, zapadł ponownie w senną otchłań… Przywrócono go do przytomności nie za pomocą uderzenia, a można by rzec, że dość uprzejmie — potrząsali za ramię. Widocznie coś naprawdę zmieniło się w tym ich elfickim rozdaniu …
— Tak więc, kontynuuję. Nie wiem, kto polecił ci przylecieć na to zadanie w mordorskim mundurze, ale nasi prawnicy — oby zapadli się w Odwiecznym Ogniu! — uznali nagle, że z tego powodu powinno się ciebie uważać nie za szpiega, a jeńca wojennego. A według praw waszego Sródziemia jeńca wojennego chroni konwencja: nie wolno go zmuszać do złamania przysięgi wojskowej, i tym podobne. — Elf poszperał w papierach leżących na stole, i, wyszukawszy odpowiedni punkt, z wyraźnym niezadowoleniem stuknął weń palcem: — Jak rozumiem, chcą ciebie na kogoś wymienić. Podpisz się tu i idź spać.
— Nie jestem piśmienny — rozkleił zapieczone wargi Kumai.