KLOFOEL POKOJU: Przepraszam, ale rozmawiając z nim wykonywałem wolę Jasnych Władców!
WŁADCZYNI: Widzisz, Władco, jakie ciekawe rzeczy się odkrywają, kiedy informacja dociera nie z jednego, ale z dwóch niezależnych i, powiedzmy to sobie szczerze, nie specjalnie przyjaznych sobie źródeł?
WŁADCA: Tak, tak, co racja to racja! Tylko ja, szczerze mówiąc, trochę się już zgubiłem… Przecież to, że klofoel Pokoju jest związany z tymi… martwiakami… to przecież żart, prawda?
WŁADCZYNI: Ja również chciałabym, żeby to było tylko kiepskim żartem. Tak więc, naszym pierwszym zadaniem jest zniszczyć Dol Guldur, przy tym dokonać tego natychmiast, póki się nie opamiętali…
KLOFOEL MOCY: O Jasna Władczyni, wypalę do cna to gniazdo żmij!
WŁADCZYNI: Jak mi się wydaje, „wypalaliście” je już do spółki z Władcą, nie dalej jak trzy miesiące temu… Nie, nie. Mam co do was inne plany — znacznie poważniejsze. Dol Guldur tym razem zajmę się sama: należy raz na zawsze zburzyć jego mury — wtedy może coś z tego wyjdzie. Prócz tego, bardzo bym chciała dostać żywego któregoś z tych Aragornowych „zwierzątek”… Ilu ludzi obsadza tę dekoracyjną twierdzę, klofoelu Pokoju?
KLOFOEL POKOJU: Kilkudziesięciu, o Jasna Władczyni, mogę to sprecyzować…
WŁADCZYNI: Nie trzeba. Proszę przekazać pod moje dowództwo tysiąc wojowników, klofoelu Mocy: występuję natychmiast. A wy wszyscy… Klofoel Pokoju i Świata niech kontynuują swoje śledztwo w poprzednim trybie — widzę, że ich wspólne działanie przynosi znakomite rezultaty, tak trzymać! Tancerki i klofoela Gwiazd kontynuują poszukiwania zrzuconego na Karas Galadon magicznego przedmiotu, ale tylko razem ze Strażnikami, bo jeszcze kogoś skusi, by zająć się badaniem jego magicznych właściwości w pojedynkę… A ty, klofoelu Mocy, zostajesz w Karas Galadon jako mój zastępca i pilnujesz ich wszystkich: przecież to dzieci, naprawdę dzieci i jeszcze wzniecą pożar, kiedy mamy nie ma w domu… Klofoel Pokoju na przykład nie powinien bawić się w żołnierzyki ze swymi ulubionymi pogranicznikami, klofoela Gwiazd nie musi wdzięczyć się przed moim Zwierciadłem, klofoela Świata… Jednym słowem — rozumiesz mnie, klofoelu Mocy?
KLOFOEL MOCY: Jak nie mam rozumieć, o Jasna Pani! Ja ich, tych intrygantów, widzę na wylot!
WŁADCA: A co ze mną, Władczyni?
WŁADCZYNI: A ty Władco, jak zwykle masz reprezentować sobą Najwyższą Władzę Lorien: pokazywać się narodowi, podpisywać rozporządzenia, i całą resztę.
63
Nie zanosiło się, by deszcz miał się kiedyś skończyć. Oto już trzeci dzień w powietrzu wisiała zimna, absolutnie jesienna mżawka; kiedy w chmurach grzmiało, wydawało się, że ze zwisającego niemal do ziemi materaca ktoś leniwie wytrzepuje wodny pył. Strumyk, do którego podeszła prowadzona przez Grizzly'ego kolumna, stał się wielką rzeką, turlającą po płyciznach niewielkie kamienie. Póki szóstka żołnierzy męczyła się z uruchomieniem przeprawy linowej, bo tylko tak można było przeprawić rannych, pozostali zamarli na brzegu, i lodowate strumyki spływające po utrudzonych twarzach i zmieniające przepocone mundury w lodowate kompresy, wolno, ale nieubłaganie rozmywały ten istniejący jeszcze, niewielki zapas bojowego ducha. Koszmarnie się nałożyło — ucieczka, brak ruchu i dreszcze…
Grizzly patrzył na poziomą strunę, pod którą bezwładnie wisiał na dwóch uprzężach, piersiowej i biodrowej, pierwszy z grona ciężko rannych; patrzył na rozlewisko, gdzie, spieniając kawowego koloru wodę, walczyli z nurtem przeprawiający się jeźdźcy. Na jego skamieniałym obliczu rysowały się mięśnie. Tak wyszło — jak brak szczęścia to brak szczęścia. Nie liczył, że straci niemal godzinę na forsowanie tej, „przepluwanki”, a elfy i tak depczą im po piętach… Większa część jego żołnierzy w tej chwili rozpaczliwie broniła się w otoczonym Dol Guldur, mając do wykonania tylko jedno zadanie — odciągnąć na siebie główne siły atakującej od przedwczoraj armii elfów. Grizzly natomiast, cudem przeprowadziwszy kolumnę oddanych mu pod opiekę mordorskich i isengardzkich konstruktorów przez nie zamknięty jeszcze szczelnie pierścień okrążenia, z najwyższą możliwą prędkością prowadził ją na południe, wzdłuż Traktu. On z kolei, odciągał pościg elfów od uciekającego w pojedynkę Rosomaka, który unosił w swoim plecaku dokumentację „Zbrojnego klasztoru” — tę, której nie udało się przekazać w poprzednich sztafetach.
Cały plan Grizzly'ego oparty byt na założeniu, że w pościg za nimi elfy rzucą stosunkowo niewielkie siły, które można będzie odeprzeć, połączywszy się z oddziałami Aragorna, strzegącymi odcinka Traktu biegnącego przez Brunatne Pola przed prawdziwymi Mordorczykami. I wszystko szło nie tak znowu źle, póki nie uderzyli nosami w ten przeklęty strumyk… Czas, czas! Grizzly zamarł, ukrywszy się za omszałym pniem mroczno-leśnej jodły, i oczekiwał w każdej chwili, że przez deszczowy półmrok przemknie niesłyszalny cień w szaro-zielonym maskującym płaszczu… Zresztą, najpewniej niczego nie dojrzy, a ostatnim jego wrażeniem z życia stanie się krótki świst elfickiej strzały.
— Panie poruczniku! — z tylu wyrósł jeden z podwładnych. — Przeprawa chronionych osób i stanu osobowego zakończona. Pańska kolej.
„Szybko się uwinęliśmy” — pogratulował sobie Grizzly i nagle zamarł, obrzuciwszy nowym, w najwyższym stopniu uważnym spojrzeniem, rozszalałą rzeczkę i zdradliwie śliskie, wypolerowane przez deszcz i nurt głazy na jej brzegach. — No, trzymajcie się teraz, Pierworodni! Wspomnicie moje słowa — odbijemy sobie straty z nadwyżką”.
— Kapralu!
— Słucham, panie poruczniku?
— Ile mamy stalowych kusz?
Elficki setnik, lord Ereborn ze swoim oddziałem, dotarł do rzeczki jakiś pół godziny po tym, jak kolumna Grizzly'ego roztajała w zasłonie dżdżu na drugim jej brzegu. Przez dziesięć minut elficcy obserwatorzy badali przeciwległy brzeg z ukrycia pod drzewami. Nic. Potem ochotnik Edoret, z przywiązanym na plecach mieczem ostrożnie wszedł do wody i, w każdej sekundzie oczekując świstu strzały, zaczął posuwać się naprzód, lawirując między grzywaczami i wirami. Kiedy woda sięgnęła mu do połowy bioder, został przewrócony i rzeka poniosła go. Jednak elf pływał jak wydra i, szczęśliwie uniknąwszy uderzeń o głazy, dotarł do cichego miejsca na drugim brzegu, gdzie wśród sterczących z wody gałęzi wierzb oblepionych mokrymi trawiastymi pakułami sterczały czapy gąbczastej żółtej piany. Edoret wyszedł z wody, pomachał do swoich i zatrzymał się, oceniając jak by tu lepiej przeskoczyć na przybrzeżne głazy, nie skręciwszy sobie przy tym karku na mokrych kamieniach. Obserwatorzy odetchnęli i opuścili łuki — chyba się udało. Regulamin wszystkich armii w każdym ze Światów każe w takiej sytuacji dać czas na zbadanie okolicy, jednakże Ereborn, spiesząc się ze schwytaniem zdobyczy przed zmierzchem, postanowił zaoszczędzić czasu. Podporządkowując się machnięciu ręki setnika, pięcioro elfów ruszyło do przodu, powtarzając drogę Edoreta.