Na mój gust, słynny marynarz uwiecznił pamięć swych rodziców tak, że lepiej nie można. Jednakże historia miłości umbarskiej kurtyzany i gondorskiego arystokraty od wielu wieków nie daje spokoju literatom, którzy z nieznanego powodu czynią z jej bohaterów jakieś bezcielesne romantyczne cienie, albo przeciwnie, sprowadzają wszystko do prymitywnej erotyki. Nie stała się — niestety! — wyjątkiem również ostatnia amengiańska wersja filmowa „Szpieg i jawnogrzesznica”: w gondorskiej dystrybucji słusznie otrzymała kategorię „trzy krzyżyki”, a w purytańskim Angmarze w ogóle zakazano jej wyświetlania. Artystyczne wartości filmu są dość skromne, ale — jakby dla zadośćuczynienia — jest nieskończenie politycznie poprawny: Elwiss jest Murzynką (och, przepraszam! — Harado-Amengianką), a stosunki Tangorna z Gragerem okraszone są wyraźnymi gejowskimi fluidami. Krytycy chórem przepowiadali, że jury festiwalu w Srebrnych Przystaniach, asekurując się przed posądzeniem o „rasizm”, „heteroseksualny szowinizm” i inne koszmarne „-izmy”, nagrodzi film wszelkimi możliwymi nagrodami — i tak się stało. Zresztą, boska Gunun-Tua otrzymała swoją „Złotą Elanor” za najlepszą rolę kobiecą zupełnie sprawiedliwie.
Amaldina i Jakuzziego powieszono na wewnętrznym dziedzińcu więzienia Ar-Khoran pewnej potwornie dusznej sierpniowej nocy 3019 roku. Jednocześnie wykonano wyrok na oficerze flagowym Maccarionim i siedmiu innych oficerach floty, przywódcach „Buntu admirała Carnero”. Właśnie tak nazwano post factum operację „Sirocco”, w toku której admirał wyprzedzającym atakiem zniszczył całą cumującą w porcie gondorską flotę, a następnie wysadził desant i spalił do cna pelargirskie stocznie. Znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, Aragorn musiał — ratując twarz — podpisać Traktat w Dol Amroth. Zgodnie z nim Umbar zmuszony został do uznania się za „nieodłączną część Odrodzonego Królestwa”, ale w zamian wytargował dla siebie „na wieki wieczne” status wolnego miasta — po prostu jego Senat od tej chwili oficjalnie nazywał się magistratem, a armia — garnizonem. Konsul do specjalnych poruczeń Alkabir, który prowadził te pertraktacje w imieniu Republiki, wywalczył także szczególny punkt, zabraniający na jej terytorium działalności Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości. Rajd admirała Carnero został — ku obopólnemu zadowoleniu gondorskiego króla i umbarskich senatorów — uznany za zwyczajny akt piractwa, a jego uczestnicy za dezerterów i zdrajców, którzy zapomnieli o żołnierskiej przysiędze i honorze oficerskim.
Oczywiście, w oczach ludu towarzysze Carnero — sam admirał uniknął sądu, ginąc w Pelargirskiej Bitwie — byli bohaterami którzy uratowali ojczyznę od jarzma niewolnictwa, jednakże, co by tu nie mówić, fakt złamania rozkazu był niepodważalny… Prokurator generalny Republiki Almaran rozwiązał ten moralno-etyczny problem zwyczajnie i prosto: „Powiadacie »Zwycięzców się nie sądzi«?! Guzik prawda! Prawo albo istnieje, i wtedy obowiązuje wszystkich, albo nie ma go wcale!”, a patos jego wspaniałego aktu oskarżenia (podaje się go — przynajmniej we fragmentach — w każdym współczesnym podręczniku prawniczym) wyczerpująco jest wyrażony w finałowym, prawdziwie historycznym zdaniu: „Niech runie świat, ale dokona się sprawiedliwość!” Zresztą, kto jak kto, ale straceni szefowie umbarskiej tajnej służby powinni wiedzieć, że w tego typu sprawach wdzięczność ojczyzny zawsze ma dość specyficzny posmak…
Sonia nigdy niczego się nie dowiedziała o misji Haladdina, co, jak wiemy, stało się dla niego przedmiotem zatroskania. Do końca swego życia była pewna, że i on, i Kumai po prostu nie wrócili z Pól Pelennoru. Jednakże czas jest litościwy, i kiedy rany te się zabliźniły, spełniła swe życiowe przeznaczenie: została kochającą żoną i wspaniałą matką, szczęściem nadzwyczaj godnego człowieka, imię którego — w ramach niniejszej opowieści — zupełnie jest nieistotne.
Koronowane głowy, z mojego punktu widzenia, są znacznie mniej interesujące, ponieważ ich losy i tak są znane wszystkim i każdemu z osobna. Dla tych, którzy się lenią wyciągnąć rękę do półki z książkami, czy chociażby odświeżyć w pamięci podręcznik do historii dla klasy szóstej, przypomnijmy, że panowanie Aragorna było jednym ze wspanialszych w dziejach Sródziemia, i jest takim „słupem milowym”, którym oddziela się Średniowiecze — „Trzecią Erę”, od Czasów Nowożytnych. Nie starając się zaskarbić sobie miłości gondorskiej arystokracji, z czego i tak nic by nie wyszło, uzurpator ów postawił całkowicie słusznie na trzecią warstwę, której nie interesowały wszelakie fantomy typu „praw dynastycznych” a procenty odliczeń podatkowych i bezpieczeństwo szlaków handlowych. Ponieważ ze szlachtą i tak Jego Królewska Mość nie mógł znaleźć wspólnego języka, to ta okoliczność paradoksalnie rozwiązała mu ręce również w temacie reformy rolnej, radykalnie obcinającej prawa landlordów na korzyść wolnych rolników. Wszystko to posłużyło kanwą słynnego gondorskiego „cudu gospodarczego” i wynikającej zeń kolonialnej ekspansji. Utworzone zaś przez Aragorna, jako przeciwwaga do szlacheckiej opozycji, przedstawicielskie organa władzy w praktycznie niezmienionym kształcie dotarły do naszych dni, powodując, że Odrodzone Królestwo całkowicie zasłużenie nazywane jest „najstarszą demokracją Sródziemia”.
Wiadomo powszechnie, że król na wszelkie sposoby sprzyjał naukom, rzemiosłu i marynarce, przesuwał na najwyższe stanowiska państwowe utalentowanych ludzi, niespecjalnie przyglądając się ich pochodzeniu i cieszył się powszechną, szczerą miłością ludu. Ciemną plamą na reputacji Elessara Kamienia Elfów leży sam początek jego panowania, kiedy Tajna Straż (organizacja, co tu dużo mówić, straszliwa) zmuszona była żelazną ręką osłaniać tron przed zakusami feudalnych szaławiłów. Dziś większość specjalistów zgadza się, że skala ówczesnego terroru została niezmiernie przesadzona przez arystokratycznych historiografów… Żona Aragorna, urodziwa Arwena, której legenda przypisuje elfickie pochodzenie, żadnej roli w sprawach państwowych nie odegrała, i tylko nadawała jego dworowi pewien zagadkowy blask. Dzieci nie mieli, tak więc dynastia Kamieni Elfów urwała się na jej twórcy, i tron Odrodzonego Królestwa odziedziczyli książęta Ithilien — innymi słowy, wszystko wróciło do normy.
Niezmiernie trudno jest dokonać polityczno-ekonomicznej analizy rządów pierwszych książąt Ithilien, Faramira i Eowiny, albowiem ani polityków, ani ekonomistów, jak się wydaje, wcale tam wówczas nie było, a istniała tylko jedna wielka romantyczna ballada. Do stworzenia czarującego malowidła Wróżka ithilieńskich lasów (dziwne to dla nas co prawda: kiedyś w Ithilien — tym sercu przemysłowego Śródziemia — naprawdę rosły lasy…) przyłożyli się zapewne wszyscy ci poeci i malarze owych czasów — dla nich skromny pałac Faramira stal się czymś w rodzaju Świątyni Wiary po prostu nie wypadało nie odbyć tam pielgrzymki. Ale nawet jeśli weźmiemy poprawkę na nieuniknioną idealizację prototypu, należy przyznać: Eowina była naprawdę zadziwiająco oświeconym człowiekiem.