„Nie ma co — myślał, podwijając zbyt długie dla niego rękawy bluzy Geparda — przez całą wojnę udawało mi się, a tu musiałem Stracić niewinność. »Prawa i obyczaje wojen«, punkt o wykorzystaniu obcych mundurów i medycznej symboliki: za to się wiesza na najbliższej gałęzi i, nawiasem mówiąc, słusznie… Zresztą, teraz to się przyda: lepiej, że do księcia wejdzie znajomy strażnik więzienny, a nie jakiś orokuen. Nałożę kaptur i — świetny pomysł! — nic nie mówiąc, podam mu papier od Gragera”. Zamek w końcu szczęknął i Cerleg odetchnął: połowa sprawy załatwiona. Należy dodać, że manipulował przy zamku klęcząc, i drzwi otworzył — tak to jakoś wyszło — wcześniej, niż się wyprostował. Tylko to go uratowało — w innym bowiem przypadku nawet kocie odruchy orokuena nie pozwoliłyby mu przechwycić ciosu, zadanego przez Faramira.
Co to za sztuka uderzyć, kryjąc się za wystającą futryną, kogoś kto wchodzi do komnaty? Niby żadna, ale jest w tym pewna subtelność. Najlepiej postrzega człowiek rzeczywistość na poziomie swych oczu, i jeśli zamierzacie gruchnąć kogoś z całej siły w czerep, powiedzmy nogą od krzesła, to ten cios może zaskoczyć tylko całkowitego barana. Właśnie dlatego kompetentni ludzie, do których zaliczał się książę, nie silą się na moc uderzenia. Tacy ludzie przykucają i uderzają nie pionowo, a poziomo. Cios, jak już zostało powiedziane, jest słabszy, ale trafia… no, w sumie, akurat tam, gdzie trzeba, a co najważniejsze bardzo trudno jest się przed nim osłonić.
Scenariusz dalszego postępowania według Faramira byt następujący. Zwinięty z bólu Gepard, czy kto tam wejdzie pierwszy, zostanie przez niego wciągnięty do komnaty, wprost na siebie — tak, że wyleci za lewą krawędź otworu drzwiowego. Jednocześnie Eowina ukryta za otwartymi drzwiami, zatrzaskuje je i zapiera całym ciałem. Ci, którzy pozostaną na korytarzu, naraz rzucą się wyważać je, ale pierwsze uderzenie będzie niezsynchronizowane, tak więc dziewczyna ma szansę je wytrzymać. Te sekundy dadzą Faramirowi czas na całkowite „wyłączenie” Geparda i zawładnięcie jego bronią. Eowina, w tym czasie odskakuje na bok; ci z korytarza zespołowo, na „trzy-cztery” uderzają w drzwi i wpadają do komnaty, tracąc równowagę, może nawet waląc się z nóg. Jeden z nich natychmiast otrzymuje cios mieczem — z całego serca: żarty się skończyły. Może wtedy zdolnych do walki będzie jeszcze ze dwóch Białych, a ponieważ książę znajduje się w pierwszej dwudziestce najlepszych szermierzy Gondoru, szansę pary książęcej Ithilien wydają się całkiem przyzwoite, a gdyby Eowinie udało się zawładnąć drugim mieczem, to nawet bardzo wysokie. Następnie przebierają się w mundury zabitych żołnierzy Białego Oddziału i usiłują opuścić fort.
Plan Faramira miał kilka niepewnych punktów, w szczególności w sprawach synchronizacji działań jego i Eowiny, ale w całości nie byt taki zły, zwłaszcza, że za cel postawili sobie godną śmierć, a ucieczkę jeśli tylko się da. Jednakże, jak już wspomniano, otwierający drzwi orokuen nie zdążył się podnieść z kolan, tak więc pierwsze uderzenie Faramira trafiło go w pierś i ten zdołał je zablokować. Zdumiony przenikliwością jeńca — ależ bestia: rozpoznał pod kapturem kaprala Białego Oddziału orokuena! — Cerleg przeturlał się przez głowę do tyłu, na korytarz, a kiedy stał na nogach, wyskakujący tam za nim Faramir już odciął mu drogę odwrotu, a zaimprowizowana maczuga w ręku księcia stała się wirującym zamglonym wichrem i przechwycenie jej przekraczało możliwości orokuena. Na dodatek po chwili, za plecami, przemknęła mu ta jasnowłosa dzika kocica — nie pozostało kapralowi nic innego, jak turlać się niczym kłębek włóczki po podłodze, unikając ciosów i upokarzająco wołać:
— Jestem swój, książę! Przychodzę od Gragera i Tangorna! Przestańcie, niech was licho!
Zresztą, Faramir sam już coś zrozumiał, widząc leżące na korytarzu ciało wartownika.
— Stój! — wrzasnął. — Ręce na kark! Ktoś ty?
— Poddaję się — uśmiechną się kapral i podał księciu list uwierzytelniający. — Oto papier od Gragera, tam wszystko jest wyjaśnione. Proszę czytać, a ja tymczasem wciągnę do komnaty tego — kiwnął głową w stronę Białego. — Przyda się jego mundur.
— Zabawne — parsknął książę i oddał Gragerowy list Cerlegowi. — To znaczy, że mam wśród przyjaciół nawet orokuenów…
— Nie jesteśmy przyjaciółmi, książę — spokojnie zaprzeczył tamten. — Jesteśmy sojusznikami. Baron Tangorn…
— Co?! Więc on żyje?!
— Tak. Uratowaliśmy go — tam, w Mordorze, i właśnie on nalegał, żebym to ja szedł ratować pana… Tak więc, baron nalegał, żeby pan, opuszczając fort — a zaraz go opuścimy — zabrał ze sobą palantir.
— Po co jest mi on potrzebny? — Książę był zdziwiony, ale tylko zdziwiony. Wyglądało, że przekazał inicjatywę przyjaciołom — Ithilieńczykom w osobie kaprala-orokuena i przygotował się do działania w trybie „PPP”: „potrzymaj — podaj — przynieś”. Tylko pytająco wskazał ruchem brody Dunadana, którego Cerleg wytrząsnął już z bluzy.
— Żyje, żyje — uspokoił go orokuen. — Po prostu… trochę się zamyślił. Drugi też żyje — tam dalej, w korytarzu. Przestrzegamy święcie pańskiego polecenia, żeby obyło się bez krwi.
Książę tylko pokręcił głową — z tym sokołem, jak się wydaje, może się udać.
— Wspomniałeś przed chwilą, że uratowaliście Tangorna. Skoro tak, to jestem pana dłużnikiem, kapralu: ten człowiek jest mi naprawdę drogi.
— Dobrze, jakoś się policzymy — uśmiechnął się Cerleg. — Proszę włożyć mundur i naprzód. Mamy nawet o jeden miecz za dużo.
— Jak to za dużo? — w końcu odezwała się Eowina. — Proszę tak nie mówić!
Orokuen pytająco zerknął na Faramira; ten tylko rozłożył ręce:
„Jak chcesz, to się z nią sprzeczaj…”
— Przeskakujemy palisadę, czy spróbujemy otworzyć bramę?
— Ani jedno, ani drugie, książę. Dziedziniec zapchany teraz Białymi, wszyscy są na posterunkach i wytrzeszczają na wszystko gały — więc nie przeskoczymy. Spróbujemy zwiać przez podziemny korytarz.
— Ten, który się zaczyna w piwnicy z winami?
— Innego tu chyba nie ma. Beregond powiedział panu o nim?
— Oczywiście. Wiem, że zamykające go drzwi otwierają się na zewnątrz, a zamykają od wewnątrz, tak więc stamtąd nie da się ich otworzyć, jak każde takie sekretne wyjście z twierdzy. Przed wejściem do piwnicy zawsze stoi warta: wino to wino, więc niby jest to usprawiedliwione. Gdzie przechowywane są klucze Beregond nie wiedział, a bał się wypytywać. Tak więc znaleźliście do nich klucze?
— Nie, nie znaleźliśmy — obojętnie odpowiedział Cerleg.
— Po prostu spróbuję otworzyć zamek.
— Jak?
— Tak samo jak otworzyłem waszą komnatę i kilka innych zamków po drodze. W ten sam sposób przyjdzie sforsować zamek drzwi do piwniczki z winami. Nawiasem mówiąc, to właśnie będzie najbardziej niebezpieczny moment: grzebanie się z drzwiami piwnicy, gdy będziemy na widoku. Ale jeśli bez hałasu zlikwidujemy wartownika i szybko je otworzymy trzy czwarte problemu będzie załatwione. Pan, książę, w swoim nowym mundurze staje na warcie, jak gdyby nic się nie stało, a my z Eowina i nieszkodliwym już wartownikiem chowamy się we wnętrzu, a wtedy spokojnie, bez krzątaniny mogę zająć się drzwiami do podziemnego korytarza.