Выбрать главу

— Ale ten zamek nie będzie łatwo otworzyć.

— Nie sądzę. Na pewno jest bardzo trwały i masywny, żeby nie dało się go wyłamać, a to znaczy, że nie będzie skomplikowany. Dobra, na koń! Wziął pan palantir, książę? Musimy zdążyć, póki Biali miotają się po dziedzińcu — przecież ciągle jeszcze czekają tam na mnie — a przed piwniczką jest tylko jeden wartownik.

— Poczekajcie! — odezwała się Eowina. — A Beregond? Nie możemy go przecież zostawić!

— Więc Beregond został aresztowany? Nie wiedzieliśmy…

— Tak, dopiero co. Wszystko o nim wiedzą. Cerleg zastanawiał się tylko kilka sekund:

— Nie, to się nie uda. Nie wiemy, gdzie go trzymają, i stracimy zbyt dużo czasu na poszukiwania. Grager dziś w nocy wyłapie wszystkich ludzi Geparda z Osady — tak więc, gdy uwolnimy księcia, to jutro wymienimy ich na Beregonda. A jeśli nie wyciągniemy księcia, to i tak go nie uratujemy.

— Ma rację, Eowino. — Faramir zaciągnął sznury plecaka z palantirem i zarzucił go na ramiona. — Ruszajmy, w imię Eru!

Dunadan strzegący piwniczki zmierzył wzrokiem obszerną mroczną salę. Z lewej strony główne wejście do budynku fortu, z prawej na podobieństwo wachlarza rozchodziły się trzy pary głównych schodów, prowadzących do obu skrzydeł — północnego i południowego, i do sali Rycerskiej. Dziwny, zaiste, pomysł — ukryć wejście do podziemi nie w jakimś przytulnym zakątku budowli, a w tym ogólnym „przedpokoju”… Zresztą, dziwne i nienaturalne było w samym Ithilien absolutnie wszystko. Począwszy od księcia, co to księciem nie jest i nie wiadomo kim jest, kończąc na zwyczajach w ich Białym Oddziale: gdzie to widziane, żeby oficerowie udawali kaprali i szeregowych? Dobra, niech się utajniają przed wrogami, przed wszystkimi tymi miejscowymi terrorystami, co to ich nikt na oczy nie widział, ale przed sobą?! Niby pod jednymi pagonami służymy, a nie wiemy, że kapral Gront w rzeczywistości jest kapitanem, a nasz porucznik, jego miłość sir Elward, to w ogóle „szeregowiec”. Śmiech na sali, ale przecież ci, z Tajnej Straży, o sir Elwardzie pewnie i do tej chwili nic nie wiedzą. Tak nam mówiono podczas instruktażu — Tajna Straż ma swoje zadania, a dunedaińska lejbgwardia Jego Królewskiej Mości, swoje… Nie wiem, może szpiclom takie porządki są jak miód na serce, ale prawdziwemu żołnierzowi jak sól na ranę. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze się okaże, że najważniejszy tu jest jakiś kucharz albo kamerdyner. To dopiero będzie zabawa…

Wartownik uśmiechnął się do swoich myśli, a potem drgnął — w niedobrej, jakby gęstniejącej w ciemnych kątach ciszy bezludnego fortu, głuchym echem odbijały się kroki dwojga zbliżających się ludzi. Zobaczył ich po kilku sekundach — po schodach północnego skrzydła szybko, niemal biegiem, schodzili szeregowy i kapral. Kierowali się prosto do wyjścia i wyglądali na zaniepokojonych w najwyższym stopniu. Po wsparcie biegną, czy jak? Kapral niósł przy tym w wyciągniętych rękach plecak z jakimś okrągłym przedmiotem. Niemal zrównawszy się z wartownikiem, nie zwalniając, rzucili do siebie kilka słów i rozdzielili się: szeregowy kierował się do wyjścia, a kapral chyba postanowił pokazać Dunadanowi swoje znalezisko. Ciekawe, co tam ma? Wygląda jak odrąbana głowa…

Wszystko, co się porem zdarzyło, stało się tak nagle, że wartownik ocknął się, gdy jego ręce znalazły się w żelaznym uchwycie, a zza pleców kaprala wyłonił się szeregowy, w którym wartownik ze zdumieniem rozpoznał Faramira. Książę przyłożył mu do gardła ostrze.

— Piśniesz, a zabiję — cicho obiecał książę.

Dunadan przełknął ślinę, a jego twarz przybrała trupio żółtą barwę; po skroniach zaczęły spływać obfite strużki potu. Przebierańcy wymienili spojrzenia, a na ustach „kaprala” — o ponury Mandosie, to orokuen! — pojawił się pełen pogardy uśmieszek. Oto, masz elitę Zachodu… Uśmieszek ten, jak się okazało, był zupełnie bezpodstawny: chłopak naprawdę strasznie bał się śmierci, jednakże po kilku sekundach zwalczył słabość i wrzasnął: „Alarm!!!” — i to tak, że krzyk ten zaowocował odzewem i brzękiem broni w całym Emyn Arnen.

29

Skróciwszy jednym krótkim machnięciem ręki wrzask Dunadana, który bez jęku zwalił się na podłogę, orokuen odwrócił się do Faramira i posłał Jego Wysokości kilka słów, najłagodniejszym z których było „popapraniec”. Jego Wysokość przyjął to do wiadomości i przełknął: właśnie jego ni stąd, ni zowąd opętała delikatność, i to on nalegał, by tylko wystraszyć wartownika, nie „wycinając” go, jak chciał Cerleg. „Humanizm” wyszedł im bokiem — żołnierz i tak zaliczył przeznaczoną mu pierwotnie kombinację złamań i wewnętrznych wylewów, tyle że już zupełnie bez sensu, gdyż ich położenie stało się beznadziejne.

Na analizy czasu zresztą nie było. Cerleg błyskawicznie zerwał z wartownika czarną pelerynę, cisnął ją nadbiegającej Eowinie i ryknął, wskazując drzwi do piwnicy: „Stajecie tam oboje! Miecze na baczność!”, a sam błyskawicznie wywlókł Dunadana na środek pomieszczenia. Grupa sześciu żołnierzy, która wpadła przez drzwi po kilku sekundach, zastała tylko świeże ślady dopiero co zakończonej potyczki: posterunek przy drzwiach piwniczki na swoim miejscu — gotowy do odparcia powtórnego ataku, jeden Dunadan na podłodze, klęczący przy nim kapral, ledwie zerknąwszy na nich, władczo wskazał południowe schody i ponownie pochylił się nad rannym. Żołnierze pomknęli, gdzie im kazano, tupiąc buciorami i omal nie zahaczywszy orokuena pochwami mieczy. Uciekinierzy mieli kilka sekund czasu na oddech.

— Przebijamy się do palisady? — Książę wyraźnie chciał złożyć gdzieś tu swoją szlachetną głowę.

— Nie. Działamy według pierwotnego planu. — Z tymi słowami Cerleg wyjął swoje narzędzia i zaczął spokojnie badać zamek.

— Ale oni od razu zrozumieją, czym my się tu zajmujemy!

— Aha… — Wytrych wszedł w dziurkę i zaczął obmacywać zasuwy.

— A co wtedy?

— Zgaduj do trzech razy, filozofie!

— Bić się?

— Zuch… Ja będę pracował, a wy mnie brońcie. Tak powinny wyglądać stosunki między naszymi klasami…

Książę nie wytrzymał i roześmiał się: ten osobnik zdecydowanie mu się spodobał. Ale w tej samej chwili przestało im być wesoło. Pauza skończyła się w taki sposób, jaki był do przewidzenia: z południowych schodów wróciła para skonsternowanych Dunedainów.

— „Kogo mamy szukać, panie kapralu?” — a w drzwiach pojawiły się sylwetki prawdziwych kaprali Białego Oddziału. Ci od razu zrozumieli, co się dzieje i zaczęli wrzeszczeć: „Stój!!! Rzucić broń!” — i wszystko inne, co w takich razach przyjęte jest wrzeszczeć.

Cerleg tymczasem rozpaczliwie gmerał w zamku, nie zwracając uwagi na to, co się działo za jego plecami. Toczący się tam dialog można było przewidzieć bez najmniejszego trudu:

— Oddaj miecz, Wasza Wysokość!

— A spróbuj odebrać!

— Hej, a kto tam jeszcze jest?

Obejrzał się więc tylko raz — gdy usłyszał za sobą brzęk ścierających się kling. Trójka Białych kaprali natychmiast uskoczyła do tyłu; jeden z nich, krzywiąc się z bólu, krył pod pachą prawy nadgarstek, a jego broń walała się na podłodze — „magiczny krąg” z mieczy Faramira i Eowiny, jak na razie był skuteczny. Książę z kolei, nie miał okazji zerkania na drzwi. Najeżony stalą półokrąg szybko się zwierał — sfora, która zapędziła w kąt jelenia. Jednakże po jakimś czasie usłyszał za plecami metaliczny szczęk, a potem dziwny śmiech Cerlega.