— Co tam, kapralu?
— Wszystko dobrze. Po prostu śmieszy mnie ta sytuacja: książę Gondoru i siostra króla Rohanu, nie szczędząc życia, osłaniają jakiegoś orokuena…
— Rzeczywiście zabawne. A jak inne sprawy?
— W porządku. — Z tyłu rozległo się skrzypienie zardzewiałych zawiasów i powiało stęchłym powietrzem. — Idę sprawdzić, a wy tu powstrzymajcie ich, póki nie dam wam znaku.
Biali tymczasem wnieśli dokoła nich prawdziwy częstokół, po czym zamarli. W ich działaniu książę dojrzał prawdziwą konsternację: „Do licha, a gdzie Gepard i inni dowódcy?” Ale nie miał złudzeń: otaczający ich nie atakują tylko dlatego, że nie mają pojęcia o istnieniu podziemnego korytarza. W końcu pojawił się obok nich szeregowiec z białą wstążką na rękawie i złożył przed Faramirem wyszukany ukłon:
— Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. Jestem sir Elward, porucznik dunedaińskiej lejbgwardii. Może uzna pan za stosowne oddać miecz mnie?
— A w czym to jest pan lepszy od innych?
— Być może Tajna Straż dopuściła się pewnych działań, które uznał pan za uwłaczające swojej czci. W takim razie lejbgwardia Jego Królewskiej Mości w mojej osobie wyraża najgłębsze ubolewanie i gwarantuje, że nic podobnego nie będzie miało miejsca w przyszłości, a winni zostaną przykładnie ukarani. Wtedy moglibyśmy uznać ten fatalny incydent za niebyły.
— Ryba nie pływa tyłem, poruczniku. Ja i Jej Wysokość postanowiliśmy, że wyjdziemy z fortu jako ludzie wolni, albo umrzemy.
— Nie pozostaje mi nic innego, jak rozbroić was siłą.
— No to działaj, poruczniku. Tylko ostrożnie, bo się możecie naciąć…
Tym razem napór był poważniejszy. Jednakże do czasu, kiedy obie strony nie przekroczyły pewnej granicy, przewaga była po stronie pary książęcej: Eowina z Faramirem bez wahania kłuli napastników w kończyny, na co ci na razie się nie decydowali. Po jakimś czasie w szeregach atakujących było już trzech lekko rannych, przez co atak ich zamarł. Dunedainowie działali niechętnie i coraz częściej oglądali się na swojego porucznika — niechże padnie jakiś wyraźny rozkaz, diabli by to wzięli! Ciąć ich, czy jak? Ludzie z Tajnej Straży przewidująco zajęli miejsca w tylnych szeregach, pozostawiwszy inicjatywę i odpowiedzialność sir Elwardowi, ponieważ sytuacja najwyraźniej układała się tak, że gdzie nie popatrzeć — plama.
I oto, gdy Faramir już w myślach gratulował sobie, jak szczęśliwie zyskiwali czas dla Cerlega, ten nagle pojawił się obok nich, ściskając w ręku jatagan, i oświadczył głosem zupełnie bez życia:
— Tam jest nowiutki umbarski zamek, książę. Nie dam rady go otworzyć. Tak więc, proszę się poddać, póki nie jest za późno.
— Już jest za późno — odciął Faramir. — Czy możemy jakoś uratować ci życie?
— Nie sądzę — pokręcił głową orokuen. — Mnie to już na pewno nie będą brali do niewoli.
— Eowino!
— Staniemy przed Mandosem ręka w rękę, kochany. Cóż może być wspanialszego?!
— No, to się przynajmniej zabawimy na koniec. — Z tymi słowami Faramir beztrosko ruszył na szyk Białych, właśnie tam, gdzie stał sir Elward. — Trzymaj się, poruczniku! Przysięgam na strzały Oromego, zaraz spryskamy swą krwią cały mundur waszego pana — ale tak, że przez wieki tego nie zmyje!
A kiedy salę wypełnił dźwięk kling i wojownicze okrzyki — ponieważ teraz walka szła już na całego i wiadomo było, że zaraz pojawią się pierwsze śmiertelne ofiary — skądś z tyłu, od północnych schodów rozległ się głos, niby niezbyt głośny, ale wpijający się w świadomość wszystkich walczących:
— Powstrzymajcie się wszyscy! Faramirze, proszę cię, wysłuchaj mnie!
Coś takiego było w tym głosie, że bitwa rzeczywiście zamarła na kilka mgnień oka, i Gepard w cudzej pelerynie opierający się lewą ręką na czymś udającym kulę, a prawą na ramieniu kaprala Białych, dotarł do środka sali. Zatrzymał się pośród zaskoczonej rzeszy walczących, a wtedy znowu rozbrzmiał jego władczy głos:
— Uciekaj, Faramirze! Szybko!
Ciśnięty ręką kapitana niewielki błyszczący przedmiot uderzył w pierś Cerlega i zdumiony kapral podniósł z podłogi sprytny, dwustronny klucz do umbarskiego zamka.
I w tej chwili skończyło się oszołomienie! Faramir z Eowiną, na komendę orokuena błyskawicznie wycofali się ku drzwiom, on sam rzucił się do piwnicy, a sir Elward, do którego w końcu dotarło, co się dzieje, zakrzyknął:
— Zdrada! Przecież zaraz uciekną przez podziemny korytarz! Przez kilka sekund porucznik zastanawiał się nad sytuacją, a potem, podjął decyzję i, wskazując księcia mieczem, wypowiedział sakramentalne: „Zabijcie go!” Sytuacja stała się poważna. Od razu stało się jasne, że Eowiną nie wytrzyma dłużej niż kilka minut. Dziewczyna, należy odnotować, fechtowała się wspaniale, może nawet lepiej od księcia, po prostu dunedaiński miecz nie leżał jej w ręku, gdyż był zbyt ciężki. Oboje już zarobili po lekkiej ranie, on w prawy bok, ona w lewe ramię, gdy z tyłu rozległo się:
— Droga wolna, książę! Wycofujcie się po kolei w przejście między beczki. Plecak jest u mnie!
Po kilku sekundach książę, zaraz za Eowiną, pojawił się w piwnicy. Stojąc na progu zadał udane pchnięcie atakującemu go Dunadanowi, po czym wydłużył dystans i teraz szybko wycofywał się w mrok, w wąską szczelinę między ustawionymi na sobie w trzy poziomy puste beczki.
— Szybciej, szybciej! — rozległ się jakby z góry głos Cerlega. W przejściu już pojawiły się sylwetki Białych — wyraźnie widocznych na tle oświetlonego otworu drzwi, i nagle z przodu rozległ się głuchy, podobny do lawiny drewniany grzechot i nastał kompletny mrok — od wejścia nie dochodził już najmniejszy promień światła. Faramir najpierw zamarł, kiedy nagle obok niego pojawił się orokuen, chwycił go za rękę i pociągnął gdzieś w mrok. Ramiona księcia zaczepiały o ścianki przejścia, z tyłu rozległy się wrzaski i przekleństwa Dunedainów, a od przodu, z ciemności, nawoływała ich zaniepokojona Eowina:
— Co tam się dzieje, Cerlegu?
— Nic szczególnego. Po prostu rozhuśtałem beczki z górnego poziomu, zrzuciłem na nich i zawaliłem przejście. Mamy teraz co najmniej minutę przewagi.
Dziewczyna czekała na nich przy niewielkich, choć niezwykle grubych drzwiach prowadzących do wąskiej i niskiej mniej więcej na pięć stóp ziemnej galerii. Dokoła panował gęsty mrok i nawet orokuen mało co odróżniał.
— Eowino, naprzód, i to żwawo! Tylko proszę palantir zabrać… A pan, Faramirze, proszę mi tu pomóc… Gdzie to jest, do diaska?
— Czego tam szukasz?
— Belki. Niewielka belka, jakieś sześć stóp. Mieli ją przywlec do drzwi ludzie Gragera… Aha! Jest! Zamknął pan drzwi, książę? Teraz podeprzemy je belką… Proszę tędy się przecisnąć. Tu zaprzemy i… w dołek… Chwała Jedynemu, podłoże drewniane więc będzie trzymało jak trzeba.
Po kilku sekundach drzwi zaczęły drżeć po ciosami. Zdążyli w ostatniej chwili.
A na powierzchni, w Emyn Arnen, miała miejsce gwałtowna słowna przepychanka. Blady z gniewu sir Elward wrzeszczał na szefa kontrwywiadu:
— Jesteś aresztowany, Gepard, czy jak tam cię zwą! I miej na uwadze, bydlaku: u nas, na Północy, zdrajców wieszamy za nogi, tak, by przed śmiercią mieli czas na zastanowienie się…
— Zamknij się, bałwanie, i bez twoich krzyków rzygać się chce — machnął ręką zmęczony kapitan. Przycupnąwszy na stopniu schodów i zamknąwszy oczy, cierpliwie czekał aż założą mu na stopę coś na kształt łubków. Chwilami przez jego twarz przebiegał skurcz bólu: zmiażdżenie stopy to rzecz naprawdę straszna.