Выбрать главу

„Na świecie jest mnóstwo władców — pisał w postscriptum Jego Wysokość — którzy uwielbiają nadawać swym rozkazom postać aluzji, by mieć potem możliwość schowania się za plecami bezpośredniego wykonawcy — »zostałem źle zrozumiany«. Tak więc, Elessar z rodu Walandiia nie należy do nich: zawsze bierze odpowiedzialność za siebie i nazywa rzeczy po imieniu, a w jego rozkazach zawarte jest to jedynie, co się w nich zawiera. Jeśli zatem w Białym Oddziale znajdą się oficerowie, którzy — mając więcej chęci działania niż rozumu — przyjmą kategoryczne zakazy za zawoalowane życzenia władcy, to kapitan Gepard zobowiązany jest do zneutralizowania owych oficerów za wszelką cenę”.

— Jak pan widzi, zachowując panu życie w toku nocnych potyczek, w pewnym sensie naruszyłem polecenie Króla.

— Więc pan wiedział o rozkazie już wcześniej? — Sir Elward patrzył na Geparda z zabobonnym strachem.

— Przecenia pan moje możliwości. Po prostu w odróżnieniu od pana potrafię przewidywać poczynania w danej kombinacji przynajmniej na dwa ruchy do przodu.

— Odchodzą! Patrzcie, naprawdę odchodzą! — westchnął Grager, odprowadzając spojrzeniem rozciągniętą na szlaku Osgiliath kolumnę Białych; palce lewej ręki na wszelki jednak wypadek trzymał skrzyżowane w szczególny sposób — „żeby nie zapeszyć”.

— Ja, jeśli mam być szczery, do ostatniej chwili nie wierzyłem, ciągle czekałem, że wykręcą jakiś podły numer… Wasza Królewska Mość jest geniuszem!

— Po pierwsze, nie Wasza Królewska Mość, a Wasza Wysokość. I proszę mieć na uwadze, baronie, że żarty na ten temat zupełnie mnie nie bawią…

— Przepraszam, Wasza Wysokość.

— Zresztą — Faramir, uśmiechając się lekko, powiódł spojrzeniem po zebranych dokoła żołnierzach Pułku Ithilien — wszystkim wam zezwalam na zwracanie się do mnie — ze względu na starą znajomość — „mój kapitanie”. Przywileju tego, rzecz jasna, nie dziedziczy się. A teraz, panowie, Jej Wysokość odprowadzi was do zamku, gdzie już nakryto do stołu i odkorkowano najlepsze wino. My, z panami oficerami i… eee… gośćmi ze Wschodu, dojdziemy do was za jakieś dziesięć minut. Tak więc, co to pan onegdaj, baronie Grager, tak się radował: „odchodzą, odchodzą”. Naprawdę pan tak sądzi?

— Na pewno nie, mój kapitanie. Ich sieć szpiegowska…

— No właśnie. Co teraz z nimi zrobimy?

— Nic, Wasza Wysokość.

— Proszę mi to wyjaśnić…

— Z przyjemnością. Nie ma sensu oddawać pod sąd wykrytych przez nas ludzi Geparda: skoro Ithilien jest i był wasalem Gondoru, to i w ich pracy na rzecz monarchy Odrodzonego Królestwa nie ma cech przestępstwa. Czasem w podobnych wypadkach szpiega po cichu się likwiduje, ale to skrajne przypadki, ponieważ tym samym oznajmimy Minas Tirith, że znajdujemy się z nimi w stanie jeśli nie wojny, to jawnej wrogości. I, w końcu, najważniejsza sprawa: jestem niemal pewien, że ich sieć nie jest nam znana do ostatniego człowieka. Jeśli wyłapiemy tylko tę znaną nam jej część, to pozwolimy w przyszłości spokojnie pracować pozostawionym agentom. A jeśli nle ruszymy nikogo, to nie zdołają określić, co nam właściwie wiadomo, i wtedy oni — według prawideł konspiracji — będą musieli wychodzić z założenia, że cała sieć jest „zaświetlona”. Sądzę, że jeśli nawet nie postawią na niej krzyżyka, to na długo „zakonserwują”. W każdym razie, ja na ich miejscu nie zbliżałbym się do takiej podejrzanej sieci na trzy strzały z łuku.

— Dobrze, teraz to wszystko jest na pańskiej głowie, baronie Grager. Dostaje pan awans na kapitana i odpowiednie pełnomocnictwa.

— Oho! — roześmiał się Tangorn. — Widzę, książę, że odbudowa państwa Ithilien nie odbywa się zwyczajnym trybem: pierwszą instytucją jego stanie się kontrwywiad…

— Jak się żyje między wilkami… — wzruszył ramionami Faramir. — Ale, to chyba nie interesuje naszych gości. Gdzie pan jest, Cerlegu? Muszę przyznać, że jestem w pewnej konsternacji: za dzisiejsze nocne wyczyny powinniście bezwarunkowo zostać pasowani na rycerza, ale natychmiast powstanie przy tym niezmierzona liczba formalnych perturbacji. Nie wiem przy tym, czy wojownikowi w ogóle potrzebny jest do czegoś tytuł gondorskiego rycerza?

— Zupełnie do niczego, Wasza Wysokość! — pokiwał głową Cerleg.

— No właśnie… Nie zostaje nam zatem nic innego, jak wziąć przykład ze starych legend: proście o wszystko, czego chcecie, kapralu! Ale miejcie na uwadze, że córek na wydaniu na razie nie przewiduję, a w szkatule książęcej… Ile tam mamy Beregondzie?

— Sto trzydzieści sześć złotem, Wasza Wysokość.

— N-no tak… Nie zaimponuje nikomu ten skarbiec. Zapewne musicie się zastanowić, kapralu? Ach, właśnie! Jeszcze jeden mam dług: za uratowanie tego szlachetnego pana.

— Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość… — zająknął się orokuen. — Ale my… jakby to powiedzieć… wszyscyśmy razem, to i prośba będzie wspólna. Lepiej niech Waszej Wysokości wszystko opowie baron Tangorn: proszę uważać, że przekazałem swoje prawo jemu…

— Ach tak? — Książę z wesołym zdumieniem przyjrzał się całej trójce. — Im dalej, tym ciekawiej. Prośba, mam rozumieć, konfidencjonalna?

— Tak, Wasza Wysokość.

— Jeśli się znam na tych sprawach, to mowa będzie o palantirze zaczął Faramir, gdy odjechali na jakieś dwadzieścia kroków. Na obliczu księcia nie został nawet ślad poprzedniej wesołości.

— Już się pan domyślił, książę?

— Nie jestem durniem. Gdyby było inaczej, to po co prosilibyście, bym go zabrał podczas ucieczki? Po prostu nie przyszło mi do głowy, że jesteście z tymi ludźmi w jednej kompanii… Teraz przyjdzie mi oddać magiczny kryształ w ręce Mordorczyków. W niezłą historię się wpakowałem z pańskiej lekkiej ręki, nie ma co…

— To nie jest tak, Wasza Wysokość. Haladdin nie znajduje się obecnie na służbie Mordoru, działa z własnej woli i, ośmielam się twierdzić, w interesach całej cywilizacji Sródziemia… Smutne jest tylko to, że nie mam prawa wprowadzić Waszej Wysokości w istotę narzuconej mu misji i proszę, żeby Wasza Wysokość uwierzył mi na słowo.

— Ja nie o tym mówię — machnął ręką Faramir. — Przecież wiesz, że zawsze ci ufałem. W niektórych sprawach nawet więcej niż sobie. Chodzie coś innego: a nie okaże się, że wy — cała trójka — w rzeczywistości jesteście tylko czyimiś marionetkami i ten ktoś tylko wygarnia żar waszymi rękami? Przeanalizuj sytuację jeszcze raz, ale nie jako druh Haladdina i Cerlega, tylko jako zawodowy wywiadowca…

— Analizowałem już wielokrotnie i oto, co mogę powiedzieć: nieważne, kto wszczął to wszystko, Haladdin będzie prowadził tylko własną grę, a ten człowiek — proszę mi uwierzyć — jest niesamowicie odporny na złamanie, choć na oko tego nie widać. I jeszcze jedno: lubię go po prostu jako człowieka i uczynię wszystko, by dopomóc mu w zwycięstwie.

— Dobrze — mruknął książę po chwili namysłu. — Uważajmy, że mnie przekonałeś. Tak więc, jakiej konkretnie pomocy spodziewacie się z mojej strony?

— Po pierwsze, proszę przyjąć moją rezygnację — zaczął baron, a widząc zdumiony wzrok Faramira, dokończył: — Przyjdzie mi na jakiś czas zasiąść w Umbarze. Wolę tam przebywać w charakterze osoby prywatnej, żeby przypadkiem nie postawić w niewygodnej sytuacji Waszej Wysokości…