Выбрать главу

31

Gondor, Minas Tirith
17 maja 3019 roku

Jej Królewska Mość, Królowa Gondoru i Arnoru! — przemówił mistrz ceremonii i rozpłynął się bez śladu w powietrzu, jakby go tu w ogóle nie było. Pałacowa służba posiada, prócz doświadczenia, dodatkowo nadnaturalne wyczucie. Aragorn miał stalowe nerwy — zawód kondotiera zobowiązuje — i prawdziwe swe uczucia, gdy ktoś w jego obecności wypowiadał „Jej Wysokość Królowa”, ukrywał znakomicie, ale kto go tam naprawdę wie… Wyczuwa, szelma, że za każdym razem w takim przypadku rodzi się u Jego Królewskiej Mości Elessara Kamienia Elfów przelotna jak powiew wietrzyka ochota: albo oddać wypowiadającego owe słowa pod opiekę chłopców z Tajnej Straży (odstukać w nie malowane drewno), albo po prostu wyjąć z pochwy Andurii i dokładniutko przeciąć mówiącego na pół — od ciemienia do kości ogonowej…

Bożeż ty mój, jaka ona jest piękna! W żadnym z ludzkich języków nie istnieją słowa zdolne opisać jej urodę, a same elfy słów nie potrzebują… Zresztą, nie o urodzie jako takiej mowa. Absolutna, zaprawdę gwiezdna. Ale niedostępność — oto ta smycz, na której prowadzono go pewną ręką przez wszystkie te lata, od chwili, gdy po raz pierwszy trafił do Złotego Lasu i spotkał tam — o, najzupełniej przypadkowo! — Arwenę Undomiel, córkę samego Władcy Elronda, Gwiazdę Wieczorną Imladris. Nikt nie wie, dlaczego elfy wybrały właśnie jego — jednego z niezliczonych dunedaińskich książąt. Zwłaszcza, że za księcia uważa siebie niemal każdy Dunadan, z niezachwianą pewnością wywodząc swój rodowód, jeśli nie wprost od Isildura, to na pewno od Earendura. Jakkolwiek było, Pierworodni nie pomylili się: nałożone na siebie zadanie Aragorn wykonał wspaniale.

A teraz patrzył na nią z zupełnie mu dotąd nie znanym uczuciem. Rozpaczą. Dalsza walka nie ma sensu, gdyż ileż można uganiać się za iluzją? Tak, czas na podsumowanie, a samego siebie okłamywać nie ma sensu. Tak więc, nieznany przywódca północnych tropicieli wygrał największą w historii Sródziemia wojnę, wstąpił na tron Odrodzonego Królestwa i stał się mimo wszystko najważniejszym pośród władców Zachodu — tyle, że do posiadania tej kobiety nie zbliżyło go to ani na krok.

— Czego chcesz ode mnie, Arweno? — Wiedział, że mówi nie to, co należy i nie tak, jak należy, ale nic nie mógł na to poradzić. — Skruszyłem Mordor i cisnąłem do twych stóp koronę Gondoru i Arnoru. Jeśli ci tego mało, rozszerzę granice naszego królestwa poza morze Rhun i Góry Wendotenijskie. Podbiję Harad i kraje Dalekiego Wschodu i uczynię cię Królową Świata, tylko wyraź życzenie!

— A czy ty sam tego nie chcesz?

— Już nie. Chcę tylko ciebie… Wiesz, wydaje mi się, że wtedy, w Dolnie, byłem ci bliższy, niż teraz…

— Zrozum — na jej obliczu pojawił się wyraz zmęczonego współczucia, jak u nauczycielki, nie wiadomo który już raz objaśniającej tępemu uczniowi reguły ortografii — nie mogę należeć do żadnego z ludzi, więc nie dręcz się niepotrzebnie. Przypomnij sobie historię księcia Valakara i królewny Vidumavi. Jak się to opisuje w waszych kronikach: „Gondorczycy uważali siebie za lepszego pochodzenia ludzi z Północy. Związek małżeński z niższą, choćby i sojuszniczą rasą uważany był za obrazę”. Wiadomo jak to się tam skończyło — wojną domową… A przecież z wyżyn mojego pochodzenia nie ma różnicy nawet między Isildurem i jakimś czarnoskórym wodzem z dalekiego Haradu… Ale i to jest niczym w porównaniu z najważniejszą rzeczą — wiekiem. Przecież ty dla mnie nie jesteś nawet dzieckiem, tylko maleństwem. Wszak nie nazwałbyś żoną trzyletniej dziewczynki — nawet gdyby wyglądała jak dorosła kobieta.

— Ach tak?

— Oczywiście. I zachowujesz się również jak rozpieszczone dziecko. Szybko nacieszyłeś się oznakami władzy królewskiej i oto zapragnąłeś nowej zabawki — Arweny, Gwiazdy Wieczornej Imladris. Pomyśclass="underline" nawet miłość chcesz otrzymać za garść cukierków — korony ludzkich królestw. Czyżbyś od tylu lat mając do czynienia z elfami, nie zrozumiał do tej pory, że nikt z nas nie pożąda władzy jako takiej? Uwierz mi — nie ma dla mnie różnicy między koroną Gondoru i tym oto pucharem — jedno i drugie, to tylko kawałki srebra ze szlachetnymi kamieniami…

— Tak, wygląda, że rzeczywiście jestem w porównaniu z wami dziecięciem. I oszukaliście mnie wtedy, w Złotym Lesie, właśnie jak dziecko.

— Oszukałeś sam siebie — spokojnie odparowała. — Przypomnij sobie, jak wyglądały sprawy.

Mgnienie oka — i ściany pałacowej sali przesłoniła srebrzysta mgła, z której wyłoniły się niejasne sylwetki lorieńskich mallornów, a on sam usłyszał rozbrzmiewający tuż obok miękki głos Elronda: „Być może z moją córką odrodzi się w Śródziemni panowanie Ludzi, ale, mimo mojej miłości do ciebie, powiem: Arwena Undomiel dla drobiazgów nie będzie zmieniała swego losu. Tylko król Gondoru i Arnoru może być jej mężem…” Głos Władcy zmienił się w bezgłośny szelest, i Aragorn ponownie zobaczył obok siebie Arwenę. Ta niedbałym ruchem dłoni przywróciła sali jej poprzedni wygląd.

— Powiedziane było właśnie tak, Aragornie, synu Arathorna. To jest najczystsza prawda — tylko król Arnoru i Gondoru może być mężem elfickiej księżniczki, ale czy obiecano ci, że na pewno nim będzie?

— Masz jak zwykle rację — uśmiechnął się krzywo Aragorn. — Dziecięciu, jakim jestem, do głowy by coś takiego nie przyszło: Władca Dolnu usiłuje wykręcić się ze swej obietnicy. Cóż, kruczki w kontrakcie wynaleźliście znakomicie, umbarscy adwokaci mogliby się od was wiele nauczyć…

— Zapłacono ci uczciwie za pracę — Odrodzonym Mieczem i tronem Odrodzonego Królestwa.

— Tak, tronem, którym nie dysponuję!

— Och, nie bądź obłudny. — Zmarszczyła nieco czoło. — Poza tym, świetnie wiedziałeś, że po wstąpieniu na tron otrzymasz elfickiego doradcę…

— Powiedz lepiej: namiestnika.

— Znowu przesadzasz… W końcu doradcą w Minas Tiriht jest nie byle kto, a ja, dzięki czemu w oczach poddanych wszystko wygląda na zwyczajny dynastyczny związek. A ty — ty wyobraziłeś sobie nie wiadomo co i postanowiłeś uzupełnić kolekcję swych dziewek o córkę elfickiego Władcy!

— Przecież wiesz, że to wszystko nie tak. — W jego głosie nie słychać już było niczego prócz zmęczonej pokory. — Kiedy w Złotym Lesie przyjęłaś z moich rąk pierścień Barahira…

— Ach, to… Chcesz mi przypomnieć historię Berena i Luthien? Zrozum w końcu: to nic więcej, jak tylko legenda, przy tym — ludzka legenda, która wśród elfów może wywołać tylko śmiech…

— Dziękuję za wyjaśnienie… Prościej mówiąc, dla was miłość człowieka i elfa to coś jak zoofilia, tak?

— Wiesz co, zakończmy tę głupią rozmowę… Dość słusznie przypomniałeś chwilę temu o konieczności dochowywania umów. Nie wydaje ci się, że drugi w ciągu ostatnich tygodni „nieszczęśliwy wypadek” człowieka z mojej świty, to lekka przesada?

— Ach, to masz na myśli…

— Właśnie to, mój drogi. A jeśli nagle wyobraziliście sobie, że Lorien nie zdoła obronić ludzi, którzy dla niego pracują, to damy twojej Tajnej Straży taką lekcję, że zapamięta ją na zawsze… Jeśli będzie miał kto zapamiętać.

— Muszę ci przypomnieć, moja droga — obudzona w nim złość pomogła mu wziąć się w garść. Jakby odetchnął solami trzeźwiącymi i pętający go urok stopniał. Dunadan znowu stał się sobą: białym polarnym wilkiem, który stanął przeciw stadu szakali — że jak na razie nie wy jesteście tu gospodarzami. Nazywajmy rzeczy po imieniu: gdyby twoja „świta” była prawdziwym poselstwem, to już dawno wszystkich usunięto by z kraju „za działalność niezgodną ze statusem dyplomatycznym”.