— Kiedyś cię zgubi ta twoja nadmierna pogoń za logiką, bo z niej wypływa przewidywalność. Nie zacząłbyś tak postępować, gdybyś nie był w wielkiej potrzebie, a to znaczy, że zamordowani zbliżyli się do czegoś nadzwyczaj tajnego i niezwykle ważnego. Pozostaje mi tylko wyjaśnić, czym właściwie zajmowali się w ostatnich dniach swego życia — powiedziała Arwena.
— No i jak? Są sukcesy?
— Och, jeszcze jakie! Jeśli można to nazwać sukcesami… My — przyznaję — patrzyliśmy przez palce na twoje zabawy z martwiakami. Szczerze mówiąc, nikt nie wierzył, że śmiertelny opanuje Zaklęcia Cienia w stopniu, który pozwoli przywołać ich do życia. Ale teraz postanowiłeś przejąć także ciemną wiedzę Mordoru — zbierasz, gdzie tylko się da owe zatrute odłamki i, jak się wydaje, w zadufaniu swoim wyobraziłeś sobie, że i to ci ujdzie płazem… Tak, nie przeczę: jesteś awanturnikiem najwyższej klasy, takiego w końcu wybieraliśmy i to spośród z wielu. Jesteś człowiekiem mądrym, aż do szaleństwa odważnym i całkowicie bezlitosnym — zarówno w stosunku do siebie, jak i innych. Wiem, że nic dla ciebie nie znaczy żonglowanie żywą kobrą, ale uwierz mi, że nigdy jeszcze — klnę się na komnaty Valinoru! — nie wszczynałeś tak niebezpiecznej zabawy, jak w tej chwili…
— Poza tym jestem jeszcze człowiekiem pragmatycznym. Sztuczka polega na tym, że dla was te zabawy są nie mniej zgubne, jak dla mnie i cieszę się, że w końcu zrozumiałaś jak wielkie jest niebezpieczeństwo. Tak więc, jestem gotów się wycofać, jak tylko otrzymam odstępne.
— Ho, ho! A jak wysoka jest cena?
— Znasz już cenę. Innej nie będzie.
Arwena w milczeniu odwróciła się i zaczęła odchodzić, niczym pionowy słoneczny promień przeszywający zakurzoną komnatę, i gdy odwróciła się na jego niezbyt głośny okrzyk „Poczekaj!”, to było to zwycięstwo kto wie czy nie większe od Pelennoru i Kormallen.
— Poczekaj — powtórzył i niedbale podrzucił w dłoni srebrny puchar, ten, który służył jej za obraźliwą ilustrację jego zainteresowania ludzkimi skarbami. Chwycił go i zmiął w garści jednym ruchem, jak papierek od cukierka; rubiny inkrustacji trysnęły spomiędzy palców jak krople krwi i z kościanym stukotem zaczęty skakać po marmurowej podłodze. — Klnę się na komnaty Valinoru — wolno powtórzył za nią — teraz też nie widzę różnicy między koroną Gondoru i pucharem. Wybacz, ale korony nie miałem pod ręką…
Z tymi słowami cisnął jej niedbale ten kawałek zmiętego srebra, tak że Arwena, chcąc nie chcąc, musiała go chwycić i, nie oglądając się, wyszedł z komnaty. Chyba po raz pierwszy pole boju opuszczał jako zwycięzca. Zgoda, ona ma rację — wszedł do gry, od której nie ma niebezpieczniejszej, i nie zamierza się wycofywać. Chce tej kobiety i dostanie ją, nieważne ile może go to kosztować. Tak się nie stanie, póki elfy pozostają elfami? Cóż, trzeba będzie zniszczyć sedno ich potęgi. Zadanie niesłychanie skomplikowane, ale znacznie bardziej pociągające, niż na przykład podbój Haradu…
W tym momencie przywrócił go do życia głos dyżurnego lejbgwardii:
— Jego Królewska Mość… Jego Królewska Mość! Przybył Biały Oddział z Ithilien. Raczysz ich przyjąć?
Aragorn milczał z opuszczoną głową i skrzyżowanymi na piersi rękami; siedzący naprzeciwko Gepard z nogą w łubkach niezręcznie odstawioną w bok, kilka już minut temu zakończył swój niewesoły meldunek i teraz oczekiwał wyroku.
— W tych okolicznościach, kapitanie — Jego Królewska Mość podniósł w końcu wzrok — pańskie działania należy uznać za właściwe. Sam będąc na pana miejscu, działabym tak samo… Zresztą nic w tym dziwnego.
— Tak jest, Wasza Królewska Mość. Nasz cień to wasz cień.
— Chciałeś, chyba o coś zapytać?
— Tak. W Ithilien krępował nam ręce kategoryczny rozkaz zachowania życia Faramira. Czy nie uważasz, Wasza Wysokość, że należy przemyśleć…
— Nie, nie uważam. — Dunadan w zamyśleniu przespacerował się po komnacie. — Przeżyłem burzliwe życie i mam na sumieniu wiele grzechów, w tym śmiertelnych… Ale krzywoprzysięzcą nie byłem i nigdy nie będę.
— Jak to się ma do prawdziwej polityki?
— Wprost. Faramir jest człowiekiem honoru, to znaczy, że póki ja nie złamię swych zobowiązań, i on nie odstąpi od swoich. A mnie, jak na razie, urządza status quo…
— Ale do Ithilien niedługo zaczną spływać wszyscy niezadowoleni z władzy Waszej Wysokości!
— To zrozumiałe — i to jest po prostu wspaniałe! Przecież uwalniam się w ten sposób od opozycji w Gondorze, przy czym — zauważ — zupełnie bezkrwawo. Jak zniwelować pomysły tych ludzi co do restauracji poprzedniej dynastii — to będzie zmartwienie Faramira. Jego, powtarzam, też wiąże słowo.
— I nie przejmujesz się, panie, tym, że książę Ithilien jak sądzę już zaczął prowadzić jakąś sekretną grę ze Wschodem?
— Nie było tego w twoim raporcie. Skąd masz takie dane?
— Chodzi o to, że nogę połamał mi zwiadowca orokuen, a opatrywał ją w nocy lekarz z Umbaru. Zwą go, jak dziś pamiętam, Haladdin. Ci ludzie przyszli zza Gór Cienia w towarzystwie znanego nam dobrze barona Tangorna.
— Opisz mi tego lekarza!
Gepard ze zdziwieniem popatrzył na Aragorna. Ten wychylił się do przodu, a jego głos ledwo słyszalnie zadrżał.
— Tak, to on, bez wątpienia — mruknął Dunadan i na kilka sekund przymknął oczy. — To znaczy, że Tangorn odszukał w Mordorze Haladdina i przywlókł go do Ithilien, do Faramira… Diabli i diabli, kapitanie, najgorszą wiadomość zachował pan na koniec! Wydaje mi się, że nie doceniłem tego filozofa…
— Proszę mi wybaczyć, Wasza Królewska Mość, ale nie jestem zapoznany z okolicznościami… Kim jest ten Haladdin?
— Widzisz, będziesz musiał teraz stanąć na czele pewnej niewielkiej supertajnej formacji — grupy „Feanor”. Nie wchodzi ona nawet w struktury Tajnej Straży i podlega bezpośrednio mnie. Strategicznym zadaniem „Feanora” po wsze czasy jest zbierać dane pozostałe po Mordorze i Isengardu. Spróbujemy wykorzystać to do naszych celów. Same księgi nie wystarczą — niezbędni są też ludzie… Tak więc, na osiemnastym miejscu naszej listy znajduje się doktor Haladdin. Można oczywiście przypuścić, że czysty przypadek zetknął go z Tangornem — umbarskim rezydentem Faramira — ale osobiście nie wierzę w takie przypadki.
— Tak więc, sądzisz, Wasza Królewska Mość, że Faramir zajmuje się tym samym, co i ty?
— Zazwyczaj mądre myśli przychodzą do mądrych głów jednocześnie. Nawiasem mówiąc, elfy też zajmują się aktualnie takimi poszukiwaniami, co prawda w innym celu, ale sedno problemu leży w tym, że Faramirowi z jego starymi kontaktami na Wschodzie znacznie łatwiej jest szukać niż pozostałym. Przy tym wykazy, na których się aktualnie opieramy, skomponowane zostały na bazie przedwojennych raportów jego zaanduińskich rezydentów — chwała Manwe, że archiwa Rady Królewskiej wpadły w moje ręce, a nie elfów… Krótko mówiąc, kapitanie, natychmiast proszę odnaleźć Tangorna i wytrząsnąć z niego wszystko, co tylko się da. Następnie proszę przemyśleć, jak położyć łapy na zdobyczy Ithilieńczyków. Nie ma aktualnie ważniejszej sprawy. Rozumiemy się?
— Czy mam zorganizować porwanie w Emyn Arnen? — Skonfundowany Gepard pokręcił głową. — Tamtejsza nasza siatka jest praktycznie rozgromiona przez tego diabelskiego Gragera, i takiej operacji nie uda się z nimi zorganizować…
— Tangorn nie będzie siedział w Emyn Arnenie. Faramir na pewno wyśle go do Umbaru, gdzie baron tak wspaniale się wykazał przed wojną. Obecnie jest tam pełno mordorskich emigrantów, a i dla tajnych dyplomatycznych misji lepszego miejsca się nie znajdzie. Haladdina pewnie już gdzieś ukryli… Zresztą, to da się łatwo sprawdzić. Zaraz wyślę gońca do Emyn Arnen, przecież zawsze mogę przekazać swoje najlepsze życzenia ithilieńskiemu księciu. A jeśli goniec nie zastanie tam ani Haladdina, ani Tangorna — a tak, właśnie, sądzę, że będzie — natychmiast wysyłaj swoich ludzi do Umbaru. Działaj, kapitanie. I zdrowiej szybciej, roboty huk.