— A gdzie jest obecnie Rosomak?
— W Isengardzie, dowodzi szajką maruderów Dungarczyków. Jego zadaniem jest zdobyć ogień burzący.
— A Ichneumon?
— Ten jest w Mindolluinie. Jest katorżnikiem w kamieniołomie — odpowiadał współpracownik „Feanora”, wprowadzający Geparda w kierowanie spadkiem, i wyjaśnił: — W ramach operacji „Kpiarz”, panie kapitanie. Jego wyprowadzenie przewidziane jest w przyszły wtorek.
— Nie można przyspieszyć zakończenia tej operacji?
— Nijak nie można, panie kapitanie. Ichneumon pracuje praktycznie bez przykrywki, a kamieniołomy to tradycyjnie domena ludzi Królowej. Jeśli go „zaświetlimy”, to nie przeżyje ani pięciu minut — „próba ucieczki” i tym podobne…
— Dobrze. — Oszacował za ile dni wróci goniec do Emyn Arnen. — Do wtorku jakoś wytrzymam. Jak tylko się zjawi, niech się natychmiast stawi u mnie.
32
Z lotu ptaka kamieniołom w Mindolluinie, w którym wydobywa się wapień budowlany dla Minas Tirith, podobny jest do wyszczerbionej na brzegach porcelanowej filiżanki, której dno i ścianki oblepiły w poszukiwaniu śladów cukru setki malutkich i zajadłych w swej pracy mrówek. Przy dobrej pogodzie — a dziś właśnie taka tu panowała — śnieżnobiały lej pracował niczym reflektor kumulujący promienie słoneczne, i w wewnętrznych, nie wentylowanych przestrzeniach kamieniołomu, panował piekielny upał. I to w środku maja! O tym, co tu się będzie działo latem, Kumai wolał nie myśleć. Oczywiście, ci z jeńców, którzy trafili do Anfalas, na galery, mieli zapewniony jeszcze gorszy los, ale — zgódźmy się — to słaba pociecha. Dziś jeszcze miał szczęście: trafiła mu się działka na najwyższym poziomie, gdzie wiał chłodny wietrzyk i niemal nie było wapiennego pyłu. Co prawda, tych, którzy pracowali na zewnętrznym perymetrze kamieniołomu, zakuwano w kajdany, ale Kumai uważał tę cenę za zupełnie do przyjęcia.
Od tygodnia w parze z Kumajem pracował Mbanga, poganiacz bojowego mumaka z haradzkiego korpusu, nie znający Wspólnej Mowy. Przez półtora miesiąca nadzorcy wbili mu do głowy niezbędny i wystarczający z ich punktu widzenia zasób słów: „wstań”, „idź”, „nieś”, „turlaj”, „ręce na kark”. Jednakże taki zwrot, jak „leniwe czarne bydle” nie dało się zaadaptować i trzeba było pozostać przy zwyczajnym czarnuchu”. Mbanga wcale nie usiłował rozszerzyć swojego zasobu lingwistycznego poprzez kontakty z innymi więźniami, gdyż znajdował się jakby w stałym półśnie. Może nie ustawał w opłakiwaniu swego zabitego Tongo — przecież między poganiaczem i mumakiem zawiązuje się prawdziwie ludzka przyjaźń, znacznie mocniejsza od układu między jeźdźcem i ukochanym wierzchowcem. A może po prostu przebywał duchem na swoim, niewyobrażalnie odległym Południu — tam, gdzie gwiazdy w nocy są na sawannie tak ogromne, że wystarczy wstać na czubki palcy u stóp i można ich sięgnąć koniuszkiem assegaja, i gdzie każdy mężczyzna używając prostej magii, może stać się lwem, a kobiety — naprawdę wszystkie — są piękne i w miłości nienasycone.
Niegdyś w tych okolicach istniała potężna cywilizacja, po której nie pozostało nic, prócz porośniętych bujną tropikalną zielenią stopniowanych piramid i wyłożonych bazaltowymi płytami dróg wiodących z nikąd do nikąd. A historia Haradu w obecnej jego postaci zaczęła się mniej niż sto lat temu, kiedy Fasimba, młody, dynamiczny wódz hodowców bydła z centralnej części kraju, przysiągł, że zlikwiduje handel niewolnikami. I rzeczywiście zlikwidował. Należy tu zauważyć, że w krajach Południa i Wschodu handel ludźmi istniał od zarania dziejów, jednakże specjalnie masowego charakteru ta dziedzina nie przybrała: sprawy w większości ograniczały się do sprzedaży piękności do haremów i podobnie egzotycznych działań, nie mających jakiegoś szczególnego ekonomicznego znaczenia. Sytuacja gwałtownie się zmieniła, gdy khandyjski kalifat uczynił z tego procederu gałąź gospodarki i zorganizował w całym Sródziemiu stały system handlu czarnoskórymi.
Na brzegu głębokiego zalewu, przylegającego do ujścia Kuwango — głównej wodnej arterii wschodniego Haradu — wyrosło dobrze umocnione khandyjskie miasteczko, które nazywało się bezpretensjonalnie — Niewolnicza Zatoka. Jego mieszkańcy najpierw usiłowali polować na czarnych sami, ale szybko przekonali się, że jest to zajęcie wymagające dużego zaangażowania i przy tym niebezpieczne. Jak to ujął jeden z nich: „To jest podobne do strzyżenia świni: mnóstwo wrzasku, a pożytku żadnego”. Jednakże nie poddali się i nawiązali wzajemnie wygodne kontakty z wodzami nadbrzeżnych terytoriów, a głównym ich handlowym partnerem stał się niejaki Mdikwa. Od tego czasu żywy towar zaczął napływać na bazary Khandu stale i regularnie, w zamian za perły, lusterka i niedbale destylowany rum.
Wiele osób wyrzucało mieszkańcom Niewolniczej Zatoki i ich wpływowym kontrahentom, że zajęcie to jest brudniejsze od błota. Ci zaś filozoficznie odpowiadali, że interes jest interesem, i skoro jest zapotrzebowanie, to musi być ono zaspokajane — jeśli nie przez tego handlarza, to przez innego. Jakkolwiek było, zajęcie to w Niewolniczej Zatoce kwitło, a jego realizatorzy bogacili się, zaspokajając przy okazji wszystkie swoje wybujałe seksualne fantazje — w końcu czarnoskórych dziewcząt, jak i chłopców, w tymczasowej swej dyspozycji każdy miał pod dostatkiem.
Tak wyglądała sytuacja w chwili, kiedy Fasimba udanie otruł na przyjacielskiej uczcie sześciu okolicznych wodzów. Tak naprawdę, to otrutym miał być właśnie Fasimba, ale ten umiejętnie wykonał manewr wyprzedzający — był to jego koronny numer — następnie Fasimba dołączył ich włości do swoich i siebie obwołał Imperatorem. Zjednoczywszy wojowników siedmiu plemion w jednolitą armię i wprowadziwszy do niej surowe dowodzenie i nieuniknioną karę śmierci za dowolne przejawy plemiennego czy rodowego separatyzmu w szeregach, młody wódz, który zawsze pragnął mieć jakiś wpływ na khandyjskich sąsiadów, zaprosił wojskowych doradców z Mordoru. Mordorczycy dość szybko nauczyli czarnoskórych wojowników, którym strach był równie obcy jak i dyscyplina, działania w szyku, a wynik szkolenia przeszedł wszelkie oczekiwania. Prócz tego, Fasimba jako pierwszy docenił olbrzymie możliwości bojowych mumakili. Były one wykorzystywane w bitwach od niepamiętnych czasów, ale dopiero on potrafił zorganizować „taśmowe” szkolenie zwierząt od ich narodzin i w ten sposób doprowadził do powstania nowej formacji w armii. Efekt był mniej więcej taki, jak w naszych czasach użycie czołgów: jedna maszyna przypisana do pułku piechoty to oczywiście rzecz przydatna, ale nic więcej, natomiast pół setki czołgów zebranych w jedną pancerną pięść to siła zasadniczo zmieniająca charakter całej wojny.
Tak więc, po trzech latach od rozpoczęcia swej reformy wojska, Fasimba ogłosił wojnę na śmierć i życie nabrzeżnym wodzom, zajmujących się handlem niewolnikami, i w ciągu pół roku pokonał ich wszystkich. Przyszła kolej na Mdikwę. W Niewolniczej Zatoce panował już głęboki smutek, gdy nagle od lądowego króla przybył goniec z dobrymi wieściami: wojownicy Mdikwy starli się w decydującym boju z zachwalaną armią Fasimby i rozbili ją całkowicie, tak więc do miasta wkrótce przyprowadzonych zostanie wielu dobrych, silnych niewolników. Khandyjczycy odetchnęli z ulgą, ale nie omieszkali poskarżyć się gońcowi, że niby ceny na niewolniczych targowiskach metropolii w ostatnim czasie mocno spadły, co było najczystszym kłamstwem. Goniec jednakże nie przejął się tym specjalnie: niewolników jest tylu, że rumu wystarczy na pół roku.