Выбрать главу

W oznaczonym czasie do miasta nadeszła niewolnicza karawana, prowadzona osobiście przez Mdikwę — stu osiemdziesięciu mężczyzn i dwadzieścia kobiet. Skuci ze sobą mężczyźni, mimo wcześniejszych zapewnień gońca, wyglądali mizernie: wycieńczeni, poznaczeni siniakami i ranami niedbale opatrzonymi za pomocą bananowych liści. Ale za to kobiety, które prowadzono na czele kolumny całkowicie nago, były tak wspaniałe, że cały garnizon zebrał się dokoła nich i, śliniąc się, na nic innego patrzeć już nie chciał. A szkoda… Albowiem kajdany i łańcuchy nie były prawdziwe, podobnie jak krew na ciałach, a sami niewolnicy byli osobistą gwardią Imperatora. Pod „opatrunkami” ukryte były gwiaździste noże do miotania, zabijające na piętnaście jardów. Gwardziści mogli też objeść się i bez broni: każdy z nich w biegu na krótkim dystansie doganiał konia, mógł uniknąć strzały i rozbijał uderzeniem pięści stos ośmiu dachówek. Miejska brama została przejęta w ciągu kilku sekund, a Niewolnicza Zatoka upadła. Operacją dowodził Fasimba — właśnie on wprowadził do miasta „niewolniczą karawanę”, przyodziawszy się w znany na całym wybrzeżu leopardzi płaszcz Mdikwy. Imperator dobrze wiedział, że przedstawiciele wyższej rasy nie zawracają sobie głowy odróżnianiem twarzy wszystkich tych „popielników”. Zresztą, Mdikwa nie potrzebował już swojego słynnego płaszcza: rozszalałe ogniste mrówki, na których szlaku przywiązano go — nowa kara za handel niewolnikami — już zmieniły przybrzeżnego watażkę w idealnie oczyszczony szkielet.

Po dwóch tygodniach do przystani Niewolniczej Zatoki przybił khandyjski statek przeznaczony do przewożenia niewolników. Kapitan, nieco zaskoczony pustką na nabrzeżu, wyruszył do miasta. Wrócił w towarzystwie trzech uzbrojonych Haradrimów i plączącym się ze strachu językiem zażądał, by na brzeg zeszli tragarze z grona załogi. A ładunek, jaki mieli wziąć na pokład by przewieźć do Khandu, doprowadziłby do drżenia każdego.

Było to półtora tysiąca wyprawionych ludzkich skór, dokładnie — 1427 sztuk. Cała ludność Niewolniczej Zatoki z wyjątkiem siedmiu niemowląt, które Fasimba nie wiadomo dlaczego oszczędził. Na każdej ze skór ręką pisarza miejskiego — uczciwie mu zapłacono, zabijając jako ostatniego i stosunkowo szybko — wypisane było imię właściciela oraz szczegółowo opisane było, jakim torturom został poddany przed skórowaniem. Na skórach należących do kobiet, odnotowano ilu czarnych wojowników wszechstronnie oceniało zalety ich nosicielek. Kobiet w mieście było mało, a wojowników wielu, tak więc liczby było różne, ale zawsze robiły wrażenie… Tylko kilku mieszkańców miało szczęście dorobić się krótkiej notatki „zginął podczas szturmu”. A ostatnim numerem programu była kukła wykonana z gubernatora będącego krewniakiem samego kalifa. Zawodowi taksydermiści najprawdopodobniej nie pochwalali wykorzystania w charakterze materiału do wypychania pereł, tych samych, którymi płacono za niewolników, jednakże Imperator miał w tej materii swoje zdanie.

Powie ktoś, że takie potworne okrucieństwo nie może być usprawiedliwione: wódz Haradrimów, orzekną oni, po prostu ubrał w postać zemsty własne sadystyczne skłonności. Inni zaczną dywagować o „historycznej sprawiedliwości”, a że przy tym nie obeszło się bez „ekscesów i przegięć” — trudno, Haradrimowie to nie anioły, a wcześniej nałykali się biedy i niesprawiedliwości. Dyskusja na ten temat wydaje się w ogóle bez sensu, a w konkretnym przypadku po prostu nie ma związku ze sprawą, ponieważ to, co Fasimba uczynił z mieszkańcami Niewolniczej Zatoki, nie było ani spontanicznym przejawem patologicznego okrucieństwa wodza, ani zemstą za cierpienia przodków. Był to jedynie ważny element subtelnego, strategicznego planu, wymyślonego i realizowanego przez absolutnie jasny i zimny umysł.

33

Khandyjski kalif, otrzymawszy w prezencie skórki swoich poddanych i kukłę krewniaka zareagował właśnie tak, jak przewidywał Imperator: odrąbał głowy kapitanowi oraz całej jego załodze, żeby nie wozili w przyszłości byle czego, i publicznie poprzysiągł wykonać taką samą kukłę z Fasimby, po czym natychmiast wysłał do Haradu korpus ekspedycyjny. Pamiętając o smutnym losie marynarzy, doradcy nie tylko nie odwiedli go od głupiego pomysłu, ale nie nalegali nawet, by dokonać wstępnego zwiadu. Kalif natomiast, zamiast zabrać się za przygotowanie wyprawy, zajmował się wybieraniem tortur, jakim podda Fasimbę, gdy już ten wpadnie mu w ręce.

Po miesiącu dwudziestotysięczna khandyjska armia została wyładowana w ujściu Kuwango, przy ruinach zburzonej Niewolniczej Zatoki, i ruszyła w głąb kraju. Należy odnotować, że khandyjscy wojownicy, jeśli za miernik wziąć ilość niesionego na sobie żelaza, a szczególnie zdobiących owo żelazo złoconych dupereli, nie mieli sobie równych w Śródziemiu. Nieszczęście tylko w tym, że ich doświadczenie bojowe sprowadzało się do tłumienia wieśniaczych powstań i innych operacji policyjnych. Jednak przeciwko czarnoskórym dzikusom, jak się wydawało, powinno to wystarczyć: Haradrimowie w panice rozbiegali się, widząc przed sobą połyskującą w słońcu żelazną falangę. Ścigając bezładnie wycofującego się przeciwnika, Khandyjczycy minęli pasmo przybrzeżnej dżungli i wyszli na sawannę, gdzie następnego ranka natknęli się na cierpliwie oczekujące ich główne siły Fasimby.

Dowodzący wyprawą bratanek kalifa zbyt późno zrozumiał, że haradzka armia jest co najmniej dwukrotnie liczniejsza od khandyjskiej, a wyszkolona gdzieś około dziesięć razy lepiej. Właściwie bitwa, jako taka, nie odbyła się; był tylko miażdżący atak bojowych mumakili, a potem pościg za uciekającym w panice wrogiem. Zresztą straty Khandyjczyków mówią same za siebie: półtora tysiąca zabitych i osiemnaście tysięcy jeńców, Haradrimowie stracili nieco ponad stu ludzi.

Po krótkim czasie kalif otrzymał od Fasimby szczegółowe sprawozdanie o bitwie wraz z propozycją wymiany jeńców na znajdujących się w khandyjskiej niewoli Haradrimów — wszystkich na wszystkich. W przeciwnym wypadku proponowano przysłanie po Niewolniczej Zatoki statku, zdolnego do wzięcia na pokład dziewiętnastu tysięcy ludzkich skór, a w Khandzie wiedziano, że w tej materii Fasimba nie rzuca słów na wiar. Imperator wykonał jeszcze jeden dalekosiężny ruch: uwolnił kilkuset jeńców i wypuścił ich do domów, by ci wyjaśnili khandyjskiemu społeczeństwu, na czym polegają propozycje Haradu. Lud, jak można się było spodziewać, zaczął się burzyć i wyraźnie zapachniało powstaniem. Po tygodniu kalif, nie dysponując w tym momencie żadnymi siłami zbrojnymi, skapitulował. W Niewolniczej Zatoce odbyła się zaproponowana przez Fasimbę wymiana i od tej pory Imperator Stał się dla swego ludu żywym bogiem na ziemi — ponieważ w oczach Haradrimów wyciągnięcie człowieka z khandyjskiej niewoli mało czym różni się od wskrzeszenia.

Od tej pory to dość ponure imperium Haradrimów, w którym nie było piśmiennictwa, ani architektury, ale aż nadto rytualnego kanibalizmu, mrocznej czarnej magii i polowań na czarowników, porządnie rozszerzyło swoje granice. Najpierw czarnoskórzy przesuwali się tylko na południe i wschód, ale w ciągu ostatnich dwudziestu lat skierowali swoje spojrzenia na północ i odgryźli porządny kawał khandyjskiego terytorium, zbliżywszy się do granic Umbaru, południowego Gondoru i Ithilien. Mordorski poseł przy dworze Imperatora słał do Barad-Dur depeszę za depeszą: „Jeśli nie podejmiemy w krótkim czasie zdecydowanych kroków, to wkrótce cywilizowanym państwom centralnego i zachodniego Sródziemia przybędzie przeciwnik, straszniejszy od wszystkich wcześniejszych: niezliczone szeregi wspaniałych wojowników, nie wiedzących, co to strach czy litość”.