Выбрать главу

Wtedy Mordor, kierując się khandyjską mądrością: „Jedynym sposobem pozbycia się krokodyli jest osuszenie błota”, zaczął wysyłać na Południe swoich misjonarzy. Nie nużyli czarnoskórej ludności opowiadaniami o Jedynym, ale leczyli dzieci i uczyli ich czytania oraz pisania, w alfabecie, jaki sami wypracowali dla języka haradzkiego na bazie Wspólnej Mowy. I kiedy jeden z jego twórców, wielebny Aidżuno, zobaczył pierwszy tekst stworzony ręką małego Haradrima, a był to znakomity w swej poetyckości opis polowania na lwa, zrozumiał, że nie nadaremno żył na tym świecie.

Byłoby przesadą twierdzić, że działalność misjonarska doprowadziła do znacznego złagodzenia okrutnych tamtejszych obyczajów. Sami misjonarze, jak się wydawało, otoczeni byli niemal religijnym szacunkiem i teraz każdy Haradrim na dźwięk słowa „Mordor” demonstrował najbielszy ze swych uśmiechów. Prócz tego, Harad, nie to co inne „cywilizowane” kraje, nie cierpiał na selektywną sklerozę. Tu znakomicie pamiętano, kto im w swoim czasie pomagał podczas wojny z khandyjskimi handlarzami niewolników. Dlatego, gdy mordorski poseł zwrócił się do Imperatora Fasimby Trzeciego z prośbą o pomoc w walce z koalicją Zachodnią, ten natychmiast wysłał na pomoc północnym braciom wyborowy oddział jazdy i mumakili — ten właśnie haradzki korpus, który tak wspaniale walczył na Polach Pelennoru pod purpurowym sztandarem ze smokiem.

Z całego tego korpusu ocalało tylko kilku ludzi, a w ich liczbie — dowódca jazdy, słynny kapitan Umglangan. Od tej pory prześladował go jeden obraz, jasny i wyraźny, jak rzeczywisty… Pośród nietutejszej błękitnej sawanny w groźnym oczekiwaniu czekały na siebie dwa szeregi rozdzielone piętnastoma jardami dystansu — odległość, z jakiej zabija assegaj. Obie strony mają w swych szeregach najwspanialszych wojowników wszech czasów, jednak w prawym szeregu jest o jednego wojownika za mało. Czas zaczynać walkę, ale groźny Udugwu, nie wiadomo dlaczego litując się nad kapitanem, nie daje sygnału do największej męskiej rozrywki. „No, gdzie jesteście, kapitanie?! Szybciej, zajmujcie miejsce w szeregu!” I co wybrać, skoro serce wojownika woła go tam, do podnóża czarnego bazaltowego tronu Udugwu, a powinność dowódcy każe mu wrócić z meldunkiem do swego Imperatora? Był to ciężki wybór, ale wybrał dług i teraz, pokonawszy tysiące niebezpieczeństw, dotarł już do granic Haradu.

Przyniesie Fasimbie smutną wieść: ci ludzie Północy, którzy byli dla Haradrimów jak bracia, padli w boju, i w północnych ziemiach nie ma teraz nikogo, prócz wrogów. Ale to też jest wspaniałe — ponieważ teraz stoi przed nimi wiele bitew i wielkich zwycięstw! Kapitan widział w akcji wojowników Zachodu — za nic nie oprą się czarnym wojownikom, kiedy będzie to nie malutki ochotniczy korpus pod purpurowym sztandarem, a prawdziwa armia. Zamelduje, że już nie ma różnicy w kawalerii, czego się mocno bali, gdyż całkiem niedawno Haradrimowie nie potrafili walczyć wierzchem, a teraz godnie przeciwstawili się najlepszej jeździe Zachodu. A przecież ci jeszcze nie znają piechoty Haradu: z tego wszystkiego, co on tam widział, mogła się z nią równać tylko trollijska — a teraz rzecz jasna już nikt. No a mumakile to mumakile — broń niemal doskonała. Gdyby nie stracili dwudziestu sztuk w przeklętej leśnej zasadzce — nie wiadomo jak potoczyłyby się sprawy na Polach Pelennoru… Boją się ognistych strzał? To nie problem: trzeba będzie to uwzględnić podczas tresury młodych… Cóż, Zachód sam wybrał swój los, zmiatając stojący między nim i Haradrimami Mordor.

Poganiacz Mbanga żył problemami znacznie mniej globalnymi. Nie podejrzewając istnienia matematyki, od samego rana rozwiązywał w umyśle dość złożony problem planimetryczny, który inżynier drugiego stopnia Kumai, gdyby był wtajemniczony w plany współtowarzysza, sformułowałby jako „minimalizację sumy dwóch zmiennej długości odcinków”: od Mbangi do nadzorcy i od nadzorcy do skraju przepaści kamieniołomu. Oczywiście, nie jest on równy Umglanganowi, i nie ma co liczyć na miejsce w szeregu najlepszych wojowników wszech czasów, ale jeśli potrafi umrzeć tak, jak sobie wymyślił, to Udugwu — w swym nieskończonym miłosierdziu — pozwoli mu wiecznie polować na lwy na swych niebiańskich sawannach. Realizacja planu jednakże nie była łatwa. Mbanga, wychudzony sześcioma tygodniami głodu i ciężkiej pracy, musi zabić gołymi rękami uzbrojonego po zęby i wcale nie lekkomyślnego dryblasa, a na załatwienie tej sprawy ma nie więcej niż dwadzieścia sekund. Potem zbiegną się inni nadzorcy i po prostu zaćwiczą go nahajami, a to żałosny koniec niewolnika…

Wszystko odbyło się tak szybko, że nawet Kumai przegapił pierwsze ruchy Mbangi. Zobaczył tylko czarną błyskawicę, która wystrzeliła do nóg nadzorcy: Haradrim przykucnął, pozorując poprawianie kajdan, i nagle skoczył głową do przodu, niczym drzewna mamba, z niewiarygodną precyzją przebijająca sploty gałęzi. Prawe ramię czarnoskórego z całej siły wbiło się w oporowe kolano stojącego bokiem do nich strażnika — dokładnie pod staw kolanowy; Kumajowi wydało się, że naprawdę słyszy trzask towarzyszący rozdzieraniu stawu i wypadaniu ze swych gniazd delikatnego chrzestnego dysku. Gondorczyk opadł na ziemię, nawet nie krzyknąwszy, tak był zszokowany bólem. Mgnienie oka i, zarzuciwszy na ramię bezwładne ciało, Haradrim drobnymi z powodu pęt kroczkami podążył do krawędzi. Zbiegającą się ze wszystkich stron straż Mbanga wyprzedził o jakieś trzydzieści jardów. Dotarłszy do wymarzonej krawędzi, cisnął swoje brzemię w dół, w lśniącą białą przepaść, i teraz uzbrojony w przejęty miecz, spokojnie czekał na wrogów.

Oczywiście, ani jeden z tych Zachodnich ścierwojadów nie odważył się skrzyżować z nim klingi — po prostu zastrzelili go z łuków. Ale to nie miało już żadnego znaczenia: zginął w boju z bronią w ręku, a to znaczy, że zasłużył sobie na prawo pierwszego rzutu assegaja w zaświatowych polowaniach na lwy. Czym wobec tego jest taki drobiazg, jak trzy rany w brzuch, na tle owej wiecznej rozkoszy?

Haradrimowie zawsze umierają z uśmiechem, a uśmiech ten — jak już zaczęli się domyślać niektórzy przewidujący ludzie — nie wróży krajom Zachodu nic dobrego.

34

— Zdechł, ścierwo! — skonstatował z rozczarowaniem płowowłosy drągal, starannie zmiażdżywszy obcasem palce Mbangi — zero reakcji. Przeniósł swoje nalane krwią oczka na znieruchomiałego z boku Kumaja. — Ale niech mnie powieszą — przerzucił bat z ręki do ręki — jeśli jego kolega nie zapłaci za Erniego swą skórą…

Od pierwszego uderzenia Kumai instynktownie osłonił się łokciem, z ręki oderwał się kawałek skóry. Ryknąwszy z bólu, rzucił się na płowowłosego, a wtedy przystąpili do dzieła pozostali czterej… Bito go długo, z rozmysłem i wymyślnie, póki nie wyszło im, że teraz to już nie ma sensu, i tak ofiara straciła przytomność. A co wy sobie myślicie? Ktoś musi poważnie odpowiedzieć za śmierć nadzorcy, no bo jak inaczej?

Tymczasem podszedł dowódca straży, ryknął: „Może już koniec tej zabawy, co?!” i pogonił ich przekleństwami na swoje posterunki — po licho mu dodatkowy truposz w raporcie. Bo to jest tak: jeśli to bydlę kopnie w kalendarz tu, na miejscu — trzeba będzie wyjaśniać to z naczelnikiem robót, a nie ma nic gorszego! Ale jeśli trochę później, w baraku — wtedy proszę bardzo: „naturalny ubytek” i żadnego gadania… Skinieniem głowy przywołał grupkę jeńców przyglądających się egzekucji z pewnej odległości, i po niedługim czasie Kumai walał się już na przegniłej słomie swej pryczy. Zresztą, każdemu biegłemu człowiekowi wystarczyłoby jedno spojrzenie na tego półtrupa w zakrwawionych strzępach skóry, by wiedzieć, że nie będzie żył. Należy dodać, że kilka miesięcy temu troll, będąc poważnie ranny w bitwie na Polach Pelennoru, oszukał śmierć, ale na tym chyba jego fart się skończył.