Выбрать главу

Kiedy jazda Eomera przerwała obronę Armii Południe i zaczęła się ogólna panika, inżynier drugiego stopnia Kumai został odcięty od swoich nieco na północ od obozu, na terenie parku maszyn obiężniczych. Wraz z nim znalazło się tu w okrążeniu siedmiu żołnierzy oddziału inżynieryjnego, nad którymi jako najstarszy stopniem musiał przejąć dowodzenie. Nie będąc wielkim znawcą wojennej strategii i taktyki, zrozumiał, że jeszcze kilka minut i cała ta porzucona na los szczęścia technika trafi w ręce wroga. Jedyne, co mu pozostaje, to zniszczyć ją. Zaprowadziwszy twardą ręką porządek w swoim pododdziale (jeden z siedmiu, który bąknął coś w stylu „Ratuj się kto może!”, leżał nieruchomo przy wiązce szturmowych drabin), troll przekonał się, że czego jak czego, ale nafty — chwała Jedynemu! — nie zabraknie. Po minucie jego podwładni krzątali się jak mrówki, polewając paliwem mechanizmy katapult i podstawy wież oblężniczych, a on sam popędził do „bramy” — wyrwy w pierścieniu wozów, otaczających miejsce postoju tego inżynieryjnego zaplecza. Tam właśnie natknął się na przednią straż Rohirrimów.

Konni książęta odnieśli się do pojedynczego Mordorczyka bez należnego szacunku, za co zapłacili i to natychmiast. Kumai uważany był za siłacza, nawet jak na trolla — kiedyś w czasie studenckiego pijaństwa przeszedł po karniszu, niosąc na wyciągniętych rękach fotel z pijanym w trupa Haraddinem, tak więc jako broń wykorzystał nie byle co, a znaleziony przypadkowo dyszel… Wycofać się zdążył tylko jeden z jeźdźców — pozostali polegli tam, gdzie ich szyk zderzył się z tym straszliwym młynkiem.

Zresztą Rohirrimów to specjalnie nie skonfundowało. Z gęstniejącego mroku natychmiast wyłoniła się jeszcze szóstka jeźdźców, którzy natychmiast rozsypali się w najeżone kopiami półkole. Kumai usiłował przegrodzić sobą prześwit, odwracając za tylną oś jeden z wozów ale zrozumiał, że nie zdąży, dlatego wycofał się i — starając nie tracić z oczu przeciwników — rzucił przez ramię rozkaz:

— Zapalajcie, żeby was licho!

— Nie nadążamy, panie! — zawołał ktoś z tylu. — Do wielkich katapult nie możemy się przedostać…

— Palcie, co się da! Nie ma co się czaić! Zachodni są w obozie! — ryknął i zaprosił we Wspólnej Mowie gotujących się do ataku Rohirrimów: — No, kto tam się nie boi?! Kto stanie do uczciwej walki z górskim trollem?!

I udało się! Szyk rozsypał się na elementy i po jakiejś sekundzie stanął przed nim rycerz z białym plumażem korneta:

— Jesteś gotów, szlachetny panie?

Kumai chwycił swoją żerdź za środkową część, wykonał błyskawiczny wypad i odkrył Rohirrima o kilka jardów od siebie. Uratowało trolla tylko to, że rohańska klinga okazała się zbyt lekka i nie dała rady przeciąć jego dyszla, na którą przyjął cios. Usiłując zyskać cenne sekundy, inżynier wycofywał się w głąb parku maszynowego, ale nie udało mu się już oderwać od prześladowcy. Kornet był zręczny i szybki jak łasica, a w walce na krótkim dystansie szansę Kumaja z jego nieporęczną bronią były bliskie zeru.

— Podpalać i zwalić w diabły!!! — ponownie wrzasnął, wyraźnie widząc, że jego koniec zbliża się wielkimi krokami.

Tak też się stało: w następnej chwili świat eksplodował białym bólem i troll natychmiast opadł w delikatną chłodną ciemność. Uderzenie kometa dokładnie rozcięło mu hełm i Kumai już nie widział, jak po minucie wszystko dokoła dosłownie rozlało się w morze ognia — jego ludzie zdążyli mimo wszystko wykonać polecenie… A po kilku sekundach cofający się przed żarem Rohirrimowie, zobaczyli jak z głębi tego huczącego pieca wychodzi, niepewnie krocząc, ich lekkomyślny oficer uginający się pod brzemieniem nieprzytomnego trolla.

— Po jakie licho, kornecie?

— Ależ powinienem poznać imię tego szlachetnego sira! W końcu jest jeńcem mojej broni…

Kumai ocknął się dopiero trzeciego dnia — w rohańskim sanitarnym namiocie, gdzie obok niego leżała trójka jego „chrześniaków”: stepowi książęta nie czynili różnic między swoimi, i obcymi rannymi, i wszystkich leczyli jednakowo. Na nieszczęście, „jednakowo” oznacza w tym przypadku „jednakowo niedobrze”: głowa inżyniera znajdowała się w opłakanym stanie, a z lekarstw dostał mu się przez cały ten pobyt tylko bukłaczek wina, który przyniósł mu jego pogromca, kornet Eorgen. Kornet wyraził nadzieję, że po wyzdrowieniu inżynier drugiego stopnia okaże mu honor i spotkają się raz jeszcze w pojedynku — ale najchętniej jakąś bardziej tradycyjną bronią, nie dyszlem. I oczywiście może siebie uważać za wolnego, przynajmniej w granicach obozu — pod słowem oficera. … Jednakże po tygodniu Rohirrimowie wyruszyli na wyprawę na Mordor zdobywać dla Aragorna koronę Odrodzonego Królestwa, i tego samego dnia Kumaja wraz z resztą rannych wysłano do kamieniołomu na Mindolluinie: Gondor wszak był już cywilizowanym państwem, nie to co zapyziały Rohan.

Jak udało mu się przeżyć tych kilka pierwszych katorżniczych dni — z rozbitą głową i wstrząsem mózgu, który co jakiś czas ciskał go w odmęty nieświadomości — było całkowitą zagadką. Najprawdopodobniej był to wynik trollijskiego uporu, po prostu chęci uczynienia na złość nadzorcom. Zresztą, nie miał specjalnych złudzeń co do swego losu. Kumai w swoim czasie przeszedł zgodnie z panującą w majętnych trollijskich domach tradycją, cały łańcuszek stanowisk w ojcowej kopalni w Cagancabie — od górnika do pomocnika geometry. Wystarczająco dobrze znał się na organizacji prac wydobywczych, by wiedzieć, iż ekonomiczne wyniki nikogo tu nie interesują. Przywieziono ich tutaj nie dlatego, by przynieść właścicielom kamieniołomu jakiś dochód, a żeby zdechli. Dla mordorskich jeńców ustalono takie proporcje normy wydobycia i wyżywienia, że było to najprawdziwszym „zabijaniem na raty”.

Na trzeci tydzień, kiedy część jeńców już oddała dusze Bogu, a reszta, nic nie mogąc na to poradzić, wciągnęła się jako tako w ten zabójczy rytm, wpadła tu inspekcja elfów.

— Hańba i barbarzyństwo — wydzierali się inspektorzy. — Czyż nie jest jasne, że ci ludzie mogą robić coś więcej niż tylko popychać taczki? Przecież tu jest pełno specjalistów z wielu dziedzin. Wykorzystajcie ich na odpowiednich stanowiskach, do licha!

Gondorskie dowództwo drapało się w zakłopotaniu po głowach — „No tak, poszkapiliśmy się, wasza stepowość!” — i natychmiast urządziło swoisty rejestr mistrzów. W wyniku tego kilkudziesięciu szczęściarzy zmieniło mindolluińskie piekło na pracę w swojej specjalności, na zawsze porzuciwszy kamieniołom…

A niech im, Jedyny rozsądzi… Kumai w każdym razie nie zamierzał kupować sobie życia, budując dla wroga latające aparaty cięższe od powietrza, gdyż to właśnie było jego specjalnością. Są rzeczy, których robić nie wolno, bo robić nie wolno. I koniec. Ucieczka z Mindolluiny była marzeniem ściętej głowy, a innych możliwości wyrwania się stąd Kumai nie widział. Przy tym zaczynało odgrywać rolę wycieńczenie organizmu i coraz częściej dominowała w jego zachowaniu zwyczajna, głęboka apatia. Trudno powiedzieć, ile jeszcze by pociągnął w takim trybie — może tydzień, a może i pół roku, ale rok, to już raczej nie. Jednakże Mbanga — niech Jedyny ma go w opiece — na koniec swego żywota tak mocno trzasnął drzwiami, że za jednym zamachem rozwiązał wszystkie Kumajowe problemy — raz i na zawsze.