35
Pod wieczór do baraku Mordorczyków, gdzie miotał się w spalającej go gorączce inżynier drugiego stopnia, zajrzał nieznajomy: szczupły i szybki w ruchach, a smagła twarz mieszkańca zaanduińskiego południa, była zdecydowana i władcza — najpewniej oficer z umbarskiego kapra, dziwnym zrządzeniem losu ulokowany w Mindolluinie, a nie na rei galery królewskiej floty. Przez minutę stał i patrzył na tę zakrwawioną sieczkę, po której już zupełnie spokojnie, jak po swojej domenie, spacerowały stada tłustych much, i mruknął, do nikogo w szczególności się nie zwracając: „Tak, wygląda, że do rana się upiecze…” Potem zniknął, ale po pół godzinie, ku niemałemu zdziwieniu Kumajowych sąsiadów, pojawił się ponownie i zabrał za leczenie. Poleciwszy przytrzymać pacjenta, by się nie miotał, zaczął wcierać prosto w sączące się posoką rany jadowicie żółtą, lepką maść o mocnym zapachu kamfory. Spowodowało to taki ból, że Kumai natychmiast wypadł z płytkiego omdlenia, i gdyby nie był tak wycieńczony, to za diabła koledzy z baraku nie utrzymaliby go. Jednakże Pirat, bo tak nazywali go jeńcy, spokojnie wykonywał swoją pracę i dosłownie po minucie mięśnie rannego rozluźniły się, ciało spłynęło potem, gorączka w oczach zaczęła opadać. Troll zapadł w kamienny sen. Maść miała prawdziwie czarodziejską moc: do rana szramy nie tylko podeschły, ale zaczęły też rozpaczliwie swędzieć — a to jest pewna oznaka zabliźniania się. Tylko kilka ran miało oznaki zapalenia — nimi zajął się ponownie, przybyły przed porannym apelem Pirat. Przywrócony do życia Kumał dość ponuro powitał swego zbawiciela:
— Nie chcę wyjść na niewdzięcznika, ale naprawdę nie dałoby się znaleźć lepszego zastosowania dla owego cudownego środka? Co za sens wyciągać z tamtego świata kogoś, kto i tak kieruje się w tamtą stronę?
— Hm… Człowiek co jakiś czas powinien popełniać głupstwo, bo inaczej nie będzie człowiekiem. Proszę się odwrócić. Tak… Niech pan wytrzyma, inżynierze, zaraz poczuje pan ulgę. Aha, wracając do głupstw. Proszę mi wybaczyć ciekawość, ale dlaczego został pan w kamieniołomie? Siedziałby pan sobie teraz w Minas Tirith, w królewskich warsztatach, i nie znał goryczy życia powszedniego.
— Zostałem dlatego — prychnął Kumai — że przez całe życie hołdowałem takiej dewizie: „Nie miotaj się pod klientem”…
— I nagle urwał w pół słowa, gdy dotarło do niego: a skąd ten człowiek wie o jego specjalności, skoro nikomu o niej nie opowiadał i starannie ją ukrył w czasie „rejestracji”?
— Godna postawa — zupełnie poważnie skinął głową Pirat.
— A najciekawsze, że w danym przypadku jest nawet od strony pragmatycznej prawidłowa. Rozumie pan, jedyna prawidłowa… Przecież wszyscy, którzy wtedy zaczęli się miotać, już nie żyją, a pan — przy minimalnym szczęściu — wkrótce znajdzie się na wolności.
— Są martwi? Skąd pan wie?
— Stąd, że sam ich zakopywałem. Ja, jeśli mogę się pochwalić, bawię w tutejszym oddziale pogrzebowym.
Kumai milczał przez kilka minut, trawiąc wieści. Najstraszniejsze, że pierwszą jego myślą było: „I słusznie!” A potem: „Boże mój, kim tu się stałem…” Tak więc nie dotarło do niego od razu, co mówi Pirat:
— Jednym słowem dokonał pan słusznego wyboru, mechaniku Kumai. Ojczyzna, jak pan widzi, nie zapomniała o panu i podjęła specjalną operację ku pańskiemu uwolnieniu. Jestem jednym z uczestników tej operacji.
— Jak to? — Słowa zbawcy wytrąciły go do końca z równowagi. — Jaka ojczyzna?
— A co? Ma ich pan kilka?
— Pan zwariował! Czy naprawdę ktoś jest gotów poświęcić wielu ludzi, żeby wyciągnąć stąd mnie?
— Wykonujemy rozkaz — sucho odparował Pirat — i nie nam sądzić, co jest ważniejsze dla Mordoru: przez lata tworzona siatka szpiegowska, czy pewien inżynier drugiego stopnia.
— Proszę mi wybaczyć… A przy okazji, jakoś do tej pory nie zainteresowałem się, jak brzmi pana imię.
— I słusznie pan uczynił. Nie jest ono panu do niczego potrzebne. Ucieczka zacznie się dosłownie za kilka minut, i jakikolwiek będzie jej koniec, my i tak się już nie spotkamy.
— Za kilka minut?! Proszę mnie posłuchać, czuję się lepiej, ale nie na tyle, żeby… Ciekawe, jak przejdę przez strefę straży zewnętrznej?
— Jako trup, ma się rozumieć. Ja, o ile pan pamięta, służę w oddziale pogrzebowym. Proszę się nie martwić, nie pan pierwszy i — odstukać w drewno — nie ostatni…
— Więc mówi pan, że ci wszyscy, którzy się wtedy…
— Niestety! Akurat w tym elemencie obozowego życia wszystko odbyło się na serio. To robota elfów, tak wszystko zaplanowali, i nic nam się nie udało zdziałać… Krótko mówiąc, wypije pan teraz ten preparat i „umrze” mniej więcej na dwanaście godzin. Nie sądzę, by po wczorajszym incydencie pańska śmierć wywołała jakieś pytania. Reszta to detale, które pana nie dotyczą…
— Jak to „nie dotyczą”?
— Bardzo prosto. Zalecam dopełnienie pańskiego kredo „Nie miotaj się pod klientem” jeszcze takim: „Mniej wiesz — spokojniej śpisz”. Co powinien pan wiedzieć, stanie się jasne w odpowiednim czasie. Proszę pić, Kumai. Czas jest drogi.
Napój z flakonika podziałał szybko, dosłownie w kilka sekund; ostatnia rzecz, jaką widział to smagłe oblicze Pirata z mnóstwem małych blizn dokoła ust.
O tym, co się działo potem z jego „trupem” — tętno: sześć uderzeń na minutę, brak reakcji — Kumai nigdy się nie dowiedział. Zresztą, po co miał wiedzieć, że wieziony był w trupowozie pod stertą innych ciał, a potem leżał, czekając na transport w sąsiednim, porzuconym wyrobisku, przysypany warstwą żwiru? Ocknął się w całkowitych ciemnościach. Wszystko się zgadza, jeśli Pirat nie nałgał o „godzinie dwunastej”, teraz powinna być noc. Gdzie on jest? Sądząc po zapachu, w jakimś chlewie… Ale wystarczyło, by się poruszył, kiedy obok rozległ się nieznajomy głos, w którym ledwo dało się uchwycić jakiś obcy akcent:
— Gratuluję udanej podróży, inżynierze drugiego stopnia! Może się pan rozluźnić, droga jeszcze przed panem niekrótka, ale największe niebezpieczeństwa — tfu-tfu-tfu! — za nami.
— Dziękuję, eee…
— Nadintendent. Po prostu — nadintendent.
— Dziękuję, nadintendencie. Ten człowiek, z kamieniołomu…
— Wszystko z nim w porządku. Więcej pan wiedzieć nie musi.
— Można mu przekazać moje podziękowanie?
— Nie sądzę. Ale zamelduję o pańskiej prośbie.
— Można zadać pytanie?
— Można.
— Czy ode mnie będzie się wymagało, bym tworzył nowe typy broni?
— Oczywiście.
— Ależ ja jestem specjalistą w zupełnie innej dziedzinie!
— Czyżby pan chciał pouczać dowództwo, inżynierze drugiego stopnia?
— Wcale nie. — Milczał chwilę. — Po prostu nie jestem pewien…
— Ale dowództwo jest pewne. W końcu — w głosie nadintendenta pojawiły się cieplejsze nutki — nie będzie pan pracował samotnie. Tam jest cała grupa. Dowodzi wami Dżaheddin.
— Ten Dżaheddin?
— On właśnie.
— Niekiepsko…
„Nie, to ma swoje uroki — o niczym nie myśleć, spokojnie robić, co ci każą…”
— Reasumując — proszę leżeć i wypoczywać. Gdyby nie ta idiotyczna historia z nadzorcą moglibyśmy ruszać nawet zaraz, a tak przyjdzie nam trochę poczekać.