— Wie pan co, żeby wrócić do domu, do Mordoru, wystarczy mi sił i zdrowia nawet teraz…
— A kto panu powiedział — uśmiechnął się niewidoczny rozmówca — że kieruje się pan do Mordoru?
— To znaczy… jak…
— A tak, bardzo prosto. Przecież pana przez cały czas szukają — w każdym razie przewidujemy taką możliwość — elfy. Jak się przekonaliśmy, serio traktują swoje plany… A pan, nawiasem mówiąc, ma nie ukrywać się, a pracować, to ogromna różnica.
— Dobrze, ale gdzie?
— Proszę pomyśleć. Gdzie najlepiej ukryć łup? Na strychu policjanta. Gdzie jest najciemniej? Pod kandelabrem. Chwyta pan?
— Chce pan powiedzieć… — wolno powiedział Kumai, czując nagle chłód w dołku, ponieważ wszystkie fragmenty jego wspaniałej historii z zuchwałą ucieczką zaczynały nieubłaganie układać się w zupełnie inną mozaikę, nazwa której brzmi: inscenizacja. — Chce pan powiedzieć, że zostanę tu, w Gondorze?
— Nie. Tak naprawdę to byłoby kuszące i w normalnych czasach nawet nie tak bardzo złożone. Przewałkowaliśmy i ten wariant, ale musieliśmy z niego zrezygnować… Chodzi o to, że w Minas Tirith toczy się obecnie poważna walka między Królem i Królową. Oboje mają swoje sekretne służby, które bez przerwy szpiegują siebie wzajemnie, i w sferę zainteresowania tych zuchów można wpaść przypadkowo i z byle powodu. Tak więc okolica jest niestety dla nas zamknięta. Ale na Gondorze i Mordorze świat się nie kończy… A tak przy okazji, gdyby chciało pana wykorzystać Odrodzone Królestwo, to ich ludzie pewnie wysłaliby pana do pracy w Mordorze. Armia i kontrwywiad zwycięzcy na pewno potrafiłby stworzyć dla pana taką „kryształową wieżę”, że palce lizać. Zgadza się pan? Przez kilka sekund panowała cisza.
— Diabli! Czy naprawdę tak wszystko jest wypisane na mojej twarzy?
— Nie wątpię — choć twarzy pańskiej nie widzę z powodu ciemności. Słowem, proszę lepiej zostawić te dywagacje specjalistom i zająć się tym, co jest pana domeną, dobrze?
— Proszę przyjąć moje przeprosiny, nadintendencie.
— Nie ma za co. A skoro już o tym mówimy… Ludzie, z którymi przyjdzie panu pracować, trafili na ten „uniwersytet” różnymi drogami. Wielu z nich to wasi dobrzy znajomi. Może pan z nimi wspominać minione studenckie pijaństwa, obecne komunikaty Ruchu Oporu, filozoficzne obrazy świata — wszystko, co panu w duszy gra, prócz jednego: historii pańskiego tam pojawienia się. Gadanie na ten temat może kosztować życie wielu ludzi: i moich współpracowników, jak ten nasz wspólny znajomy z Mindolluiny, i pańskich kolegów znajdujących się jeszcze w ręku wroga. Mówię to zupełnie poważnie i z absolutną odpowiedzialnością za słowa. Czy to jest dla pana jasne, inżynierze drugiego stopnia?
— Tak jest, nadintendencie.
— No i świetnie. Jednym słowem, niech pan szybko dochodzi do zdrowia i w drogę.
— Gratuluję, Ichneumonie. — Gepard wyprostował się w fotelu i przyjrzał stojącemu „na baczność” porucznikowi Tajnej Straży. — Zapoznałem się z pańskim raportem podsumowującym operację „Kpiarz”. Sześciu uratowanych — wspaniale. W imieniu służby wyrażam swoje podziękowanie!
— Sługa Jego Królewskiej Mości!
— Spocznijcie, poruczniku. Proszę siadać — nie jesteśmy na placu defiladowym… Rozumiem, że pańskie odejście z Mindolluiny odbyło się w trybie awaryjnym.
— Tak jest. Ten ostatni człowiek, którego prowadziłem, inżynier Kumai, trzydziesty szósty numer na naszej liście, konstruktor „mechanicznych smoków”, dosłownie dzień przed ucieczką wpadł w idiotyczną historię. Tamtejsi przodownicy pracy zrobili z niego kawałek farszu, i musiałem go w krótkim terminie doprowadzić do porządku. Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili wydawało mi się, że nie ma co leczyć… W końcu udało mi się go wyciągnąć, ale sam się „zaświetliłem” na wylot, kablarze zameldowali dowództwu i… Jednym słowem, pańscy ludzie z grupy asekuracyjnej, zdążyli w najlepszym z możliwych momencie.
— Na czas — mruknął Gepard i z wyraźnym obrzydzeniem obejrzał obskurny pokój konspiracyjnego mieszkania. — W najlepszym momencie. Dwa trupy, trzech rannych, cała tajna służba Jej Królewskiej Mości staje na głowie. Szukają „morskiego” szpiega, smagłego mężczyznę z drobniutkimi bliznami dokoła ust. A policja… Ta z kolei, chwyta zbiegłego katorżnika z takimi samymi znakami szczególnymi… Tak sobie myślę, najwyższy czas, zmienić klimat. Pakuj się, czeka cię praca na Południu, w Umbarze.
— Tak jest, panie kapitanie!
— Masz dossier. Zapoznaj się. Baron Tangorn, przed wojną był umbarskim rezydentem Faramira. Są podstawy sądzić, że jest w tej chwili zajęty tym samym, co i my: wyszukuje mordorskich specjalistów i dokumentację dla swego księcia. Według niektórych przymiarek, powinien w najbliższym czasie pojawić się w Umbarze. Twoim zadaniem jest przechwycić Tangorna i wycedzić z niego informację o tym pomyśle Ithilieńczyków. Jego Królewska Mość przykłada szczególną wagę do tej operacji.
— Czy podczas wyciągania zeń informacji mogę potraktować go… twardo?
— Inaczej się nie da: sądząc z tego dossier, baron nie należy do tych, którzy kupują sobie życie kosztem powierzonych mu tajemnic. Zresztą, po przesłuchaniu i tak trzeba będzie go zlikwidować. Przecież formalnie jesteśmy w sojuszu z Ithilien, tak więc ta historia nie powinna wypłynąć na zewnątrz.
— W jakim charakterze baron przybędzie do Umbaru? Oficjalnie czy…
— Raczej „czy”. Masz jedną przewagę: Tangorn, jak mi się wydaje, na razie nie wie, że na niego polujemy. Nie wykluczam, że przynajmniej na początku będzie najzupełniej legalnie mieszkać w jednym z tamtejszych hoteli, i wtedy ujęcie go nie sprawi żadnego kłopotu. Ale baron to bestia kuta na cztery nogi: wyczuwszy coś, zniknie w tym mieście jak żaba na dnie stawu.
— Jasne. Będę działał samodzielnie, w pojedynkę?
— Samodzielnie, ale nie w pojedynkę. Przydzielam ci trzech kaprali — wybierzesz ich sobie sam, z naszych. Jeśli znajdziesz go od razu, to tych sił powinno ci wystarczyć aż nadto. Ale jeśli go spłoszycie…
— To się nie może stać, panie kapitanie!
— Stać się może wszystko, i każdemu — rzucił z rozdrażnieniem Gepard, bezwiednie rzucając krótkie spojrzenie na swoją nogę. — Tak więc, prowadząc poszukiwania w mieście nie masz prawa zwracać się o pomoc do tamtejszej siatki, choć może i szkoda, gdyż mają tam od licha pracowników i, co najważniejsze, wspaniałe kontakty w miejscowej policji.
— Mogę wiedzieć, dlaczego?
— Dlatego, że dysponujemy danymi, że w Umbarze aktywnie działają elfy i istnieje mocne proelfickie podziemie. Lorien pod żadnym pozorem nie może się dowiedzieć o naszej operacji — to najsurowszy rozkaz — a ja obawiam się przecieków: naszych strasznie tam brakuje, i w umbarskiej siatce, niestety, pracują wyłącznie ludzie… — Gepard zamilkł na chwilę i jakimś dziwnie powszednim tonem zakończył: — Na wszelki wypadek dostaniesz mandat z sygnaturą „RUN”.
Ichneumon podniósł oczy na kapitana, jakby czekając na potwierdzenie tego, co usłyszał. Teraz wreszcie wiedział, co oznaczają słowa: „Jego Królewska Mość przykłada szczególną wagę do tej operacji…” Mandat z sygnaturą „RUN” pozwala pracownikowi Tajnej Straży działać „w imieniu Króla”. Podczas zagranicznych operacji przydaje się to w dwóch przypadkach: pozwala wydać bezpośredni rozkaz konsulowi i odsunąć go od stanowiska, lub wykonać na miejscu egzekucję szefa regionalnej siatki…