Выбрать главу

CZĘŚĆ TRZECIA

UMBARSKI GAMBIT

„W jednej trzeciej żołnierz, w jednej trzeciej policjant i w jednej trzeciej przestępca” — jak mawiał o sobie ten człowiek, należący do legendarnego pokolenia swego zawodu. Polował na komunistów na Malajach, mau-mau w Kenii, na Żydów w Palestynie, na Arabów w Adenie i na Irlandczyków — zawsze i wszędzie.

J. Le Carre

36

Umbar, Rybi Targ
2 czerwca 3019 roku

Krewetki były wspaniałe. Rozmieszczono je na cynowym półmisku, niczym gotowe do boju triery na mętnej porannej powierzchni zatoki Barangar: kłujące rostra w plątaninie wąsików-olinowania groźnie skierowane na wroga, łapki-wiosła podciągnięte pod korpus, jak przed abordażem. Pół tuzina na porcję — więcej chyba się nie da — zaiste „królewskie”, ledwie mieszczące się na dłoni. Do tego ostry sok, obiecujący niepowtarzalne uzupełnienie lekko słodkawego, różowawego mięsa, piekł już w odzwyczajone od tego przysmaku wargi i koniuszki palców. Tangorn rzucił spojrzenie na czekającą swej kolejki tacę z dużymi, pieczonymi na węglach ostrygami: omszałe stożkowe kamienie popękały w kilku miejscach od gorąca, odrobinę wstydliwie prezentując swą zawartość. Było w tym coś czarującego i odrobinę nieprzyzwoitego. Nie, jednak nigdzie w świecie nie potrafią tak przygotowywać morskich dań, jak w małych lokalach dokoła Rybiego Targu — gdzie tam do nich komfortowym restauracjom z nadbrzeża Trzech Gwiazd! Szkoda, że nie można zamówić trepangów: jeszcze nie sezon… Westchnął i ponownie zabrał się za ociekającą gorącym korzennym sosem krewetkę, z roztargnieniem wsłuchując się w paplaninę swego towarzysza konsumpcji. — I proszę nie przeczyć, baronie. Wasz kraj to malutki, ale mający przesadne o sobie mniemanie półwysep na północnym zachodzie oikumeny. Zasiedlają go klasyczni paranoicy, którzy wbili sobie do głowy, że cały pozostały świat śpi i marzy przez sen jak by tu was podbić i zniewolić. A komu, proszę mi powiedzieć potrzebne są wasze wątłe lasy osikowe wybrukowane muchomorami, nie topniejące przez połowę roku śniegi i ten bury pienisty kwas który pijecie zamiast normalnego wina?

Nie to, że gadanina tego chłystka w jakiś sposób dotykała patriotycznych uczuć Tangorna, szczególnie, że większość z tego było prawdą, po prostu w ustach wysokopostawionego pracownika Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Umbar takie słowa brzmiały dość dziwnie. Szczególnie, jeśli się uwzględni, że to on wykazał się inicjatywą w organizacji tego spotkania… Baron niespecjalnie zdziwił się, kiedy dzisiejszego ranka właściciel jego ulubionego hotelu „Szczęśliwa kotwica” z odpowiednią dozą służalczości wręczył swojemu stałemu gościowi kopertę, niemal całkowicie oblepioną rządowymi pieczęciami. Cóż, minęły już trzy dni od czasu kiedy pojawił się w Umbarze, gdzie na pewno pozostawił po sobie — jak by to delikatnie powiedzieć? — niejednoznaczne w treści i na pewno wyraziste wspomnienia. Zupełnie naturalne w takiej sytuacji jest, że sekretarz stanu Gagano, na ustną prośbę szefa Sekcji Północnej Zarządu MSZ Alkabiry, poprosił ithilieńskiego gościa o konfidencjonalne spotkanie. A w wyniku tego Tangorn już od kwadransa „wnika” w chamskie wypowiedzi tego bałwana. „Stop! — powiedział sobie. — A czy na pewno taki z niego bałwan, na jakiego stara się wyjść? Zaraz, wymacajmy jego odporność… co by tu, takiego… niewinnego?”

— „Malutki, ale mający przesadne o sobie mniemanie półwysep” — to nieźle powiedziane — przyznał baron. — Ale ostatni punkt, o „burym kwasie” zamierzam obalić. Nie uwierzy pan, ale pół minuty temu pomyślałem sobie: „Ech, żeby tak do tych krewetek kilka pint naszego dobrego bittera! Żeby był czarny i gorzki, jak dziegieć, a piana tak zwarta, że mogłaby utrzymać na sobie drobną monetę…” — Uśmiechnął się marzycielsko i obdarzył rozmówcę gestem przepełnionym zmęczonym protekcjonalizmem. — Pan po prostu nie wyobraża sobie, panie sekretarzu stanu, co to znaczy prawdziwy gondorski bitter. Po jednym łyku, tym najdłuższym, na języku pozostaje posmak dymu. Wie pan, jak w parku, kiedy na wiosnę palą ubiegłoroczne bukowe liście. Nie darmo nazywa się go też „wędzonym piwem”.

Pan sekretarz stanu odpowiedział, że na gatunkach piwa zna się nie gorzej od aborygenów (w końcu nie pierwszy rok pracuje w Sekcji Północnej), równie dobrze jak na gatunkach foczego tranu, tak lubianego przez Lossothów z wybrzeży Lodowej Zatoki. Mhm. Nie pierwszy rok, w Sekcji Północnej… Można, oczywiście, gardzić do woli obcymi, ale po co tak otwarcie demonstrować swoje pogardliwe odczucia? A to, że otrzymywane za pomocą archaicznej metody górnego brodzenia bittery i stauty od stu chyba lat nie produkuje się już nigdzie poza Eriadorem, i że słynne shireskie wędzone piwo, to wcale nie bitter, a lager, tylko słód jest karmelizowany w szczególny sposób… Ależ nie, zawodowiec po prostu nie ma prawa nie wiedzieć takich rzeczy o kraju, z którym pracuje! Niech pan sobie myśli co chce, ale dziwnych dziś ma pracowników tak przecież mądry i dokładny Alkabir…

Tak więc, po co odbyło się to spotkanie? Wersja pierwsza: żeby po prostu wyciągnąć go z pokoju, by bez przeszkód poszperać w bagażach, poszukując notatek, listów uwierzytelniających i tym podobnych. No, taka taniocha byłaby co najwyżej w stylu tępogłowych miedziaków z gondorskiej siatki — umbarska tajna służba, jaką ją pamiętał z ubiegłych lat, działa znacznie, znacznie bardziej finezyjnie… Wariant drugi: Alkabir w imieniu MSZ komunikuje, że Republika zdradziła swą wielowiekową tradycję tymczasowych aliansów i balansowania między różnowektorowymi siłami. Postanowiła skapitulować przed najsilniejszym — to znaczy przed Gondorem — i demonstracyjnie odżegnuje się od wszelkich kontaktów z ithilieńskim emisariuszem, za którego go rzecz jasna uważają. Wariant trzeci — najbardziej prawdopodobny: Alkabir daje mu do zrozumienia, że choć Republika rzeczywiście zdradziła wielowiekową tradycję, to są w niej potężne siły, nie zgadzające się z tą decyzją. Tak więc „ithilieński emisariusz” powinien mieć do czynienia właśnie z nimi, a nie z MSZ i innymi oficjalnymi instancjami, jakie reprezentuje nabzdyczony niedorozwinięty Gagano. Najważniejsze, że w dowolnym wariancie nie ma sensu pchać się w gabinety Błękitnego Pałacu, wymachując swymi pełnomocnictwami. Nawet gdyby takowe posiadał…

W tym miejscu Tangorn opanował atak śmiechu, ledwo się powstrzymał: „To znaczy, że ja nie wierzę, iż Alkabir bez namysłu wysłał na spotkanie ze mną tego bubka Gagano, a Alkabir nie wierzy, w moją emeryturę i brak pełnomocnictw od Faramira. Powstałe na podstawie tych całkowicie dowolnie wybranych przesłanek obrazy są wewnętrznie sprzeczne, a niezupełnie wiadomo, jakiego rodzaju fakty mogłyby nas przekonać…”

— Co tak pana rozśmieszyło, baronie? — zapytał nadęty sekretarz stanu.

— Ach, takie tam… Przyszła mi do głowy pewna konstrukcja logiczna… Ale, ale! Zagadaliśmy się, a pan zapewne musi już wracać do urzędu — skromny wędrowiec, jak ja, nie powinien na długi czas odciągać od poważnych spraw tak odpowiedzialne osoby. Z całego serca dziękuję za bardzo konstruktywną rozmowę. Jeśli nie sprawi to panu trudności proszę, ale dosłownie i bez upiększeń, przekazać Alkabirowi następującą rzecz… Proszę powiedzieć, że całkowicie doceniłem jego decyzję delegowania na rozmowę ze mną właśnie sekretarza stanu Gagano, ale chłopcy, którzy siedzą na Nadmorskiej 12, są zbyt prostaccy i obawiam się, że nie doceniają takich subtelności…

Nagle Tangorn zamilkł, ponieważ słysząc adres konsulatu Gondoru jego rozmówca jak zaszczuty rozejrzał się na boki. Wyglądał wręcz jakby spodziewał się zobaczyć przy najbliższym stoliku dwóch, albo trzech współpracowników Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości w czarnych paradnych mundurach, rozkładających na obrusie swoje narzędzia do tortur. Poderwał się i, mamrocząc jakieś przeprosiny, podążył do wyjścia. Siedzący obok nich samotny dżentelmen o wyglądzie kupca, treściwie rozkoszujący się kawiorem jeża morskiego, popatrzył na barona i na obliczu jego zmieszały się — w zupełnie naturalnych dla takiego przypadku proporcjach — zaskoczenie, zdumienie i strach. Tangorn w odpowiedzi uśmiechnął się i, skinąwszy głową w stronę uciekającego sekretarza stanu, szczerze wzruszył ramionami i pokręcił palcem przy skroni. Następnie przysunął do siebie półmisek z nieco wystygłam! ostrygami — co się mają marnować! — i wyrobionym ruchem wyjął mięczaka z jego fortecy, po czym pogrążył się w rozmyślaniach.