Spora willa na ulicy Nadmorskiej, gdzie od niedawna znajdował się konsulat Odrodzonego Królestwa, a właściwie — „Umbarski terytorialny departament Tajnej Straży”, zasłużenie cieszyła się wśród mieszkańców miasta najgorszą reputacją. Mająca się odbyć w niedługim czasie aneksja Umbaru była już dla Minas Tirith sprawą przesądzoną, określano go teraz wyłącznie jako „piracką zatokę na odwiecznych ziemiach południowego Gondoru”. Konsul bez specjalnych ceregieli przygotowywał się do wykonywania obowiązków Namiestnika, a ludzie z gondorskiej rezydentury już teraz zachowywali się w mieście jak gospodarze. Nie wiadomo dlaczego nazywali siebie „wywiadowcami”, choć w rzeczywistości byli najzwyczajniejszymi łebkami od mokrej roboty. Tangorn spoglądał na to towarzystwo z uczuciami podobnymi do tych, jakie towarzyszą szlachetnemu bandycie z klasycznej szkoły, patrzącemu na stado małoletnich chuliganów. Zniknięcia ludzi i wypływające w kanałach ciała ze śladami tortur stały się w ostatnim czasie rzeczą zwyczajną. Do tej pory Umbarczycy mogli się pocieszać tym, że te okropne rzeczy dotyczą przede wszystkim emigrantów z Mordoru, jednakże niedawny zamach na słynnego admirała Carnero rozwiał i te iluzje.
Jednym słowem, konsulat Aragorna to firma co się zowie, bez dwóch zdań, ale żeby samo jej wspomnienie wywołało taką panikę u poważnego urzędnika państwowego i to podczas wykonywania obowiązków służbowych… „Coś tu cuchnie. Chyba, że… Chyba, że ten tchórz sam pracuje dla Gondoru! Aha, może ze strachu wydało mu się, że go zdemaskowałem i zamierzam przekazać. Ale mi się żarcik udał. Zaiste, głupi to ma szczęście… A ludzie Aragorna mają nerwy zupełnie do bani. Ciekawe, tak przy okazji, komu można przekazać zdrajcę w tym mieście, gdzie policja jest wykupiona cała z flakami, albo zastraszona tak, że drżą jej kolana, a gondorski rząd, gdyby chciał mógłby już wysyłać urzędowe polecenia urzędnikom rządowej administracji Umbaru? Co prawda, istnieje tu jeszcze tajna służba i wojskowi, ale ci, co jest zupełnie dziwne, zachowują się tak, jakby to wszystko ich nie dotyczyło… Zresztą, diabli z nim, z tym Gagano. Mam teraz swoich problemów powyżej uszu! Dość, że moja skromna osoba już niechcący wzbudziła zainteresowanie siatki Gondoru”.
„No bo — zastanawiał się, sącząc jakoś dziwnie niesmaczne już wino — dlaczego wszyscy uważają, że przywiozłem ze sobą zaszyte w kalesonach patenty nadzwyczajnego i pełnomocnego posła księstwa Ithilien z propozycjami obronnego sojuszu? Dobra, niech będzie — współplemieńcy na razie mnie tylko ostrzegają: »Nie pakuj się, przyjacielu, w oficjalne kontakty z władzami Republiki, nie należy!« Cóż, takiego ostrzeżenia gotów jestem wysłuchać i przestrzegać święcie, gdyż to zupełnie nie przeczy moim planom. Ale zabawnie by było — diabli! — podać do wiadomości publicznej, prawdę i tylko prawdę: »Zrozumcie, chłopcy, ja naprawdę nie zamierzam w żaden sposób pakować się w tę waszą gondorsko-umbarską kaszę! Mam zupełnie inne zadanie: muszę w ciągu trzech tygodni doprowadzić do poważnego kontaktu z konspiracyjnymi strukturami elfów, nie wiedząc o nich niczego, poza jednym jedynym imieniem z przechwyconego przez nas listu Eloara — Elandar«”.
Tangorn dopił wino, cisnął na stół swoją ostatnią umbarską monetkę z dumnym profilem Castamira i, lekko kulejąc, skierował się do wyjścia. Sharha-Rana podał im namiary na kilka rezerwowych skrytek, ale Tangorn unikał płacenia złotymi mordorskimi dunganami. Miłośnik morskich jeży również zakończył posiłek i niespiesznie wytarł serwetką najpierw palce, a potem wargi — cienkie i jakby pomarszczone przez mnóstwo malutkich blizn. Sygnał „Uwaga!” Przy stoliku pod drzwiami rozlokowało się trzyosobowe towarzystwo marynarzy, z namaszczeniem pochłaniających zupę z małży. Ten z prawej niedbale odsunął na brzeg stołu butelkę barangarskiego: „Gotowi!” Tangorn powinien dojść do drzwi tawerny za jakieś sześć do siedmiu sekund, a przez tych właśnie kilka sekund porucznik Tajnej Straży Ichneumon musiał podjąć decyzję: czy improwizować i brać barona już teraz, czy działać według pierwotnego, starannie przemyślanego planu. Ale kto mógł wiedzieć, że jego agent Gagano tak głupio pęknie?
A miał tylko i wyłącznie mgliście napomknąć Tangornowi w imieniu umbarskiego MSZ-tu o niestosowności oficjalnej jego akredytacji — porywanie dyplomaty obcego, choć jakby sojuszniczego państwa wcale się porucznikowi nie uśmiechało — i z tym zadaniem sekretarz stanu poradził sobie całkiem dobrze. Niestety, ten tchórzliwy typ zwerbowany był również za pomocą malutkiego szantażu, tak więc żądanie Ichneumona utrzymania spotkania w tajemnicy przed swoim stałym kuratorem wprowadziło Umbarczyka w straszliwe przerażenie. Znakomicie rozumiał, że na ulicy Nadmorskiej takie „zapominalstwo” uznane będzie za dwulicowość, ze wszystkimi z tego wynikającymi konsekwencjami. Gagano bał się panicznie swoich gondorskich władców i w wyniku celnej riposty barona po prostu rozsypał się na kawałki…
„Nie — powiedział do siebie Ichneumon — nie ma co się szarpać. Nie stało się nic, czego by się nie dało naprawić. Baron oczywiście zrozumiał, że jego rozmówca związany jest z wywiadem Gondoru, ale niemal na pewno dojrzy w tym dążenie Minas Tirith do ukrócenia Emyn Arnen… Dobra, decydujemy: niech idzie, działamy według planu wyjściowego”. Porucznik schował serwetkę do kieszeni — zamiast cisnąć ją na stół — i Tangorn bez przeszkód minął marynarską kompanię przy wejściu. Zmieszał się z ulicznym tłumem i niespiesznie skierował w stronę nadbrzeży. Dwukrotnie sprawdzał, ale obecności „ogona” nie stwierdził.
Naprawdę go nie było: Ichneumon uznał, że najważniejsze to nie spłoszyć teraz niechcący podopiecznego. Za kilka godzin przygotowanie operacji będzie zakończone całkowicie. Ostatni ruch — otrzymają do swej dyspozycji kilka kompletów prawdziwych umbarskich mundurów policyjnych. Dziś wieczorem w „Szczęśliwej kotwicy” zjawi się po Tangorna patrol policji; okażą nakaz i poproszą go, by udał się z nimi na posterunek w celu złożenia zeznań… A potem dołożą starań, by baron nie zmarł wcześniej, niż wyłoży wszystko o sukcesach ithilieńskiej służby wywiadowczej w jej polowaniu na mordorskie technologie.
37
Nikt zapewne nie wie, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się na tym wydłużonym górzystym półwyspie i na błotnistych wyspach zamkniętej przezeń laguny. W każdym razie, jeśli mieszkańcy Odrodzonego Królestwa wymawiają „Numenor” z obowiązkowym przydechem, wywracaniem oczu i unoszeniem w kierunku nieba wskazującego palca, to Umbarczycy zupełnie szczerze drapią się po głowach: „Jak, jak? Numenorczycy? A czy ja mogę spamiętać wszystkich barbarzyńców? Wiecie ile ich tu przez nas się przewaliło?” Los Umbaru, jako wielkiego morskiego mocarstwa określiły dwie okoliczności: wspaniała zamknięta zatoka i fakt, że najwyższy punkt ma wysokość 5.356 stóp nad poziomem morza — jedyne prawdziwe góry na całym wybrzeżu od ujścia Anduiny. Na tych wysuszonych szerokościach słowo „góry” oznaczało „las”, „las” znaczyło „statki”, a „statki” — „morski handel”, który to handel w naturalny sposób wiąże się z kaperstwem i — po co ta obłuda! — z jawnym piractwem. Plus fantastycznie wygodne rozmieszczenie na styku wszystkiego, co się dało: prawdziwe skrzyżowanie Świata. Idealna baza przeładunkowa i docelowy punkt wszystkich karawan z krajów Wschodu.