Выбрать главу

Zwarta linia umocnień na przesmyku Chewelgar, łączącym półwysep z kontynentem, i wspaniała wojenna flota, gwarantująca niepowodzenie wrogich desantów sprawiały, że Umbar wydawał się być całkowicie niepodatny na podboje; tym dziwniejsze więc było to, że w ciągu swojej historii podbijany był przez każdego, kto tylko tego chciał. Dokładniej — Umbarczycy, nie dopuszczając do grzechu walki, uznawali nad sobą protektorat odpowiedniego kontynentalnego mocarstwa i płacili mu daninę, rozumnie uważając, że wojna — nawet zwycięska — będzie kosztowała ich handlowy kraj znacznie więcej. Ich sytuację można przyrównać do położenia przedsiębiorcy, który bez najmniejszej przyjemności, ale spokojnie odlicza reketierowi monety za „ochronę”, wliczając te sumy w koszt pozyskania towaru. Jest mu dokładnie wszystko jedno, do którego z przestępczych ugrupowań należy jego „protektor”, ważne tylko, by kolesie nie wszczynali strzelaniny z automatów na tle lustrzanych witryn jego lokalu.

Na kontynencie olbrzymie bitwy przeplatały się z wielomiesięcznymi oblężeniami, a sławni królowie, wiecznie zatroskani zajmowaniem kolejnych ziem, zamiast zająć się sensownym gospodarzeniem na tych, już posiadanych, kolejny raz dekapitowali swoich ministrów skarbu, którzy nabrali głupiego obyczaju przerywania wzniosłego lotu myśli koronowanej głowy swoimi nikczemnymi:

„Skarbiec pusty, sir, a żołd armii nie był wypłacany od ubiegłego września!” Jednym słowem życie toczyło się raźnie. Umbarczycy tymczasem, siedząc za swymi chewelgarskimi umocnieniami, zabudowywali grząskie wyspy, łączyli je w całość systemem tam i mostów, a potem przecinali kanałami. Megapolis wznoszące się prosto z lazurowych wód laguny sprawiedliwie uważano za jedno z piękniejszych miast Sródziemia. Kapitały kupców były niezmierzone, tak więc słynni architekci i rzeźbiarze czwarty wiek pod rząd trudzili się tu bez przerwy.

Przez ostatnie trzysta lat Umbar stał się tak mocny, że uznał za przesadę płacenie okupu komukolwiek. Nie mając sobie równych na morzach, przeszedł do taktyki czasowych obronnych sojuszy — a to z Mordorem przeciwko Gondorowi, a to z Gondorem przeciwko Mordorowi, a to z Khandem przeciwko obu. Jednakże w ostatnim roku sytuacja mocno się zmieniła. Mordor przestał istnieć — nie bez pomocy Umbaru, który w decydującej chwili przekazał Aragornowi flotę desantową, by raz i na zawsze pozbyć się konkurenta w handlu karawanowym; Khand, rozdarty wojną religijną, stracił całkowity wpływ na przybrzeżne obszary, a z południa nadchodziła nowa siła, z którą, wszystko na to wskazywało, nie da się plotkować przy herbatce — Haradrimowie. W sumie wybór Republika miała mizerny — między południowymi dzikusami i północnymi barbarzyńcami. Senat wybrał tych ostatnich, mają nadzieję, że haradrimski najazd odsuną miecze Aragorna, choć jasne było jak słońce, że tym razem opłatą za sojusz będzie bezpośrednia okupacja przez „wielkiego północnego sąsiada”. Tak więc znajdowali się tu i tacy, którzy uważali umbarską niezawisłość i swobody obywatelskie za wystarczająco godne, by położyć na drugiej szali własne życie i bronić je orężem.

Większość obywateli jednakże o tych smutnych rzeczach nie myślała, albo przynajmniej starannie odganiała od siebie podobnego typu myśli. Wesoły kosmopolityczny Umbar z jego prostymi i po „naszemu” sprzedajnymi władzami prowadził zwyczajne życie „głównego skrzyżowania Świata”. Tu działały świątynie wszystkich trzech światowych i wielu miejscowych religii, a kupiec z dowolnego kraju, zrobiwszy interes, mógł uczcić go w restauracyjce ze specjałami rodzimej kuchni. Tu gromadzili, wymieniali i kradli informacje dyplomaci oraz szpiedzy z takich krajów, o których w Odrodzonym Królestwie nawet nie słyszano, a gdzie z kolei nikt nie interesował się zaśnieżonym niedźwiedzim kątem na tym brzegu Anduiny. Tu można było znaleźć dowolną rzecz, jaką zrodziła ziemia, wody i trzewia Ardy, lub tworzyły ręce i umysły jej mieszkańców, począwszy od egzotycznych owoców do najrzadszych leków i narkotyków, od zadziwiającego wykonaniem platynowego diademu ze słynnymi wendotenijskimi szmaragdami do mordorskiego jataganu z bułatnej stali, którym można było przeciąć kamień, a następnie owinąć klingę wokół pasa jak rzemień, od nieznanych skrzemieniałych zębów (jakoby smoczych, posiadających magiczne właściwości) do rękopisów w zapomnianych dziś językach. Było tu wszystko, a zawierało się to zwłaszcza w pewnej znanej anegdocie: „Czy naprawdę istnieje Pierścień Władzy? Nie, ponieważ gdyby istniał można by go kupić na umbarskim bazarze”. A jak tu się mieszała krew… Jakie piękności wynurzały się z tego wrzącego wszechświatowego tygla! W każdym razie Tangorn po drodze z Rybiego Targu na nadbrzeża Trzech Gwiazd naliczył co najmniej pół tuzina takich Metysek, że po prostu „trzymajcie mnie we czworo”. Na nadbrzeżu zajrzał do znanej sobie z dawnych czasów piwniczki, gdzie wypił kielich ulubionego złocistego muszkatelu. Słodycz i gorycz tak subtelnie w nim się równoważyły, że smak zanikał w ogóle i wino stało się urzeczywistnionym aromatem jakby zwyczajnym i nawet dość mocnym, a tak naprawdę utkanym z wielu odcieni wieloznaczności i niedopowiedzeń. Wystarczy zatrzymać łyk na języku, by zobaczyć na jawie nagrzane promieniami słońca topazowe owoce, nieco przyprószone wapiennym pyłem i lśniącą, białą kamienistą drogę przez winnicę, a potem, z drżącego południowego upału, same zrodzą się w duszy upajające rytmy umbarskich sześciowierszy — takato…

Dziwna sprawa, myślał, wychodząc po wyszczerbionych stopniach z chłodnego piwnicznego mroku (jeszcze raz sprawdził — nie ma „ogona”), ale kiedyś wydawało mu się zupełnie poważnie, że jeśli pijący wyczuje do końca smak takiego magicznego napoju to wniknie w duszę miasta, gdzie się zrodził. Cudowny, przeklęty, delikatny, kapryśny, ironiczny, grzeszny, wiecznie umykający i nie dający się do siebie zbliżyć Umbar… Dziewka nieziemsko piękna i urokliwa, która napoi cię oszałamiającym wywarem — specjalnie, by flirtować na twych oczach z pierwszym lepszym — i masz tylko jedno do wyboru: zabić ją, lub machnąć na wszystko ręką i pogodzić się z nią taką, jaką jest. On pogodził się i teraz, wróciwszy po czterech latach rozłąki, zrozumiał w końcu absolutnie jasno i wyraźnie, że całe gondorskie życie barona Tangorn było niczym więcej jak przeciągającym się nieporozumieniem, ponieważ prawdziwy jego dom jest tu…

Zatrzymał się przy balustradzie nabrzeża, opierając się łokciem o ciepły różowawy wapień, rzucił spojrzenie na wspaniałą panoramę obu umbarskich zalewów, Harmiańskiego i Barangarskiego, i nagle coś sobie przypomniał: to właśnie tu spotkał się z baronem Gragerem pierwszego dnia swojego w Umbarze pobytu! Rezydent wysłuchał opowieści Tangorna i zimnym głosem odciął: „Mam w nosie rekomendacje Faramira! Do prawdziwej pracy dopuszczę pana, młodzieńcze, nie wcześniej niż za pół roku. Do tego czasu ma pan znać miasto lepiej niż miejscowa policja, ma pan mówić oboma tutejszymi językami bez akcentu i posiadać szeroki krąg znajomości we wszystkich warstwach społeczeństwa — od kryminalistów do senatorów. To na początek. Jeśli nie wywiąże się pan z zadania — wracamy do domu. Zajmiemy się przekładem literackim, gdyż to naprawdę dobrze panu wychodzi”. Zaiste wszystko wraca na swoje miejsce…